Znaleziono 0 artykułów
08.02.2020

Demontaż atrakcji. 365 dni

(Fot. materiały prasowe)

Jak dobrze, że jest rok przestępny. Wciąż zostanie 365 dni na dobry seks, kino i radość życia. W tym roku, który ma 366 dni, ten jeden dodatkowy jest właśnie po to, by zapomnieć najgorszy film, jaki kiedykolwiek widzieliście. Jeśli w ciszy sali kinowej słychać skowyt – to zdycha wasze libido.

Są filmy, które odbierają chęć życia. Zamiatają wiarę człowieka, w to, że życie może być ciekawe, romans ekscytujący, miłość ważna – wszystko na szuflę i wyrzucają do wielkiego kosza w holu, razem z rozsypanym popcornem i rozlaną colą. A czynią to jednym seansem, trwającym niby półtorej godziny, a jednak grzebiąc nadzieje całego życia. Wychodzisz z mroku z bólem duszy od nieszczęścia. Wiesz już, że nic nie ma sensu i masz ochotę tylko rzucić się komuś pod koła. 

Co z tego, że wybrałaś się na randkę, ubrałaś wystrzałowo, wskoczyłaś w szpilki, zrobiłaś super make-up. Ten wieczór będzie zmarnowany, nawet jeśli wydawało ci się, że jesteś w najlepszym związku. Film zatruje wasze uczucie, a życzenia, że czeka was dzisiaj namiętna noc, nagle staną się toksyczne. Nie wiem, jak pomóc tym, którzy go zobaczą. Raczej zerwiecie ze sobą po seansie albo zrozumiecie, że nigdy naprawdę nie byliście parą. A jeśli jesteś singlem, „356 dni” możesz tylko odespać, licząc, że nie obudzi cię kac morderca.

(Fot. materiały prasowe)

Gdy szukałam książek Blanki Lipińskiej, okazało się, że we wszystkich bibliotekach były wypożyczone. Zapisałam się więc na listę oczekujących. Był listopad. Dopiero dzień przed Wigilią przyszedł sms z biblioteki, że wreszcie wróciły i mogę je odebrać. Zerwałam się z krzesła i pobiegłam po lektury, byle nikt inny mnie nie uprzedził. Naiwnie sądziłam, że pochłonę je najdalej do Sylwestra. Okazało się to wcale nie jest takie łatwe. Pierwszy tom płynął wartko, napędzała go ciekawość. Kolejne były wtórne, seks wyglądał wciąż tak samo i był po prostu nudny. Całość konserwatywna i moralizująca. Podobną opinię miała pani bibliotekarka. Sama wprawdzie nie czytała, bo książki są wciąż w obiegu, ale starsze panie oddając je, mówiły, że w pierwszym tomie jeszcze coś się dzieje, ale kolejne ciągną dalej postacie, w które się nie wierzy. Młode czytelniczki narzekały, że tylko początek daje radę i ma posmak ekscytacji „50 twarzami Greya”. Tak zresztą był u nas reklamowany. Tyle że „365 dni” to nie fantazje sado-maso, lecz marzenie o byciu porwaną, więzioną i gwałconą. Czyli o tym, że kobieta zrzuca odpowiedzialność za własne pożądanie na faceta, który katuje ją wielokrotnymi orgazmami.

Ale gdyby to było tylko to, nie byłoby pewnie o czym mówić. Niejeden harlequin opierał się na tym schemacie. Laura Biel, bohaterka powieści jest nie tylko ofiarą, która zakochuje się w swoim oprawcy, z czego sama śmieje się, mówiąc, że ma syndrom sztokholmski. Jest też śpiącą królewną, która co chwilę budzi się i ubiera, rozbiera, uprawia seks i znów zasypia. Królewna spotyka swego królewicza na wakacjach – to łatwo dostępna fantazja Polek, że wymarzony amant jest Włochem, a kolejnego, tym razem Hiszpana poznaje na Kanarach (w tomie drugim). Pojawia się też aluzja, jakoby widzieli się wcześniej na innych wakacjach, gdy akurat była w Chorwacji. Szkoda więc, że Blanka Lipińska napisała tylko trylogię. Do kompletu polskich fantazji przydałaby się jej pentalogia, czyli pięć tomów romansów z wakacji: w czwartym powinna być Grecja, a w piątym Egipt. Wtedy na kartach powieści zmieściłyby się wszystkie nasze ulubione wakacyjne kierunki.

Istotne jest to, że polska królewna wcale nie jest seksualnie wyzwolona. Zachodzi w ciążę przy pierwszym stosunku, bo Massimo zapewnia, że podczas porwania wszczepił jej implant antykoncepcyjny, żeby mogli mieć razem jak najwięcej uciechy bez stresu. Laura mu wierzy i nawet się cieszy, że jej kat okazał się tak zapobiegliwy. Okazuje się, że ją okłamał: chip wcale nie zapobiega ciąży, tylko pozwala Laurę lokalizować. Jakby nosiła elektroniczne kajdany. 

Zachodzi więc w ciążę, a on od razu ją porzuca. Biedaczka nie wie, że stała się solą w oku mafii, że wrogowie Massima wykorzystają ją jako zakładniczkę w swoich porachunkach. Wyjeżdża, próbuje żyć w Budapeszcie, niemalże marząc, by znów doznać rozkoszy niewoli. 

To właśnie dzieje się w tomie drugim, gdy państwo biorą ślub, po czym bohaterka znów zostaje porwana i oczywiście zakochuje się w kolejnym oprawcy. Tu Blanka Lipińska miała szansę dać Laurze wiele seksualnych przygód. Niestety, zrobiła z niej seryjną monogamistkę i Laura nie jest w stanie nawet męża zdradzić. Zamiast rozkoszy erotycznych następuje atak makabry: bohaterka zostaje postrzelona, ma przeszczep serca, dziecko umiera. Mąż izoluje się od niej w poczuciu winy, więc ona ni stąd, ni zowąd odreagowuje odrzucenie w pracoholizmie, bo dostała przecież w prezencie od Massimo markę odzieżową, o której zapomniała na jakieś 300 stron, ale nagle sobie o niej przypomniała. Następnie Włoch odkrywa, że ją traci na rzecz Hiszpana, więc znów więzi i ponownie gwałci, ale jego dni są już policzone. Wiemy, że walczy w klatce, lekko zabija rywali, ale siła już tu nie pomoże. Pojawia się prawdziwy królewicz, czyli drugi porywacz Nacho – wytatuowany surfer z Teneryfy. Obaj są mafiozami, ale ten pierwszy nosi garnitury, rolexy i brylantynę, a drugi jest łysy, wyluzowany i kolorowy. 

Dzięki Nacho Laura rozumie, że dotąd błądziła, a prawdziwa miłość to nie zimne sado-maso, tylko czułość, uwaga, humor – wszystko to, co daje jej drugi porywacz. Czarę goryczy przelewa to, że Włoch przysyła jej poćwiartowanego psa, ukochanego kanapowca, którego dał jej na zgodę. Co gorsze, wysyła go w pudełku po butach drogiej marki, której nazwy nie wymienię, bo nie chcę się wciągać w to bagno. 

Ponownie okazuje się, że królewna jest w ciąży, myśli, że z gwałcicielem, więc jest załamana. Lecz oczywiście, uff, okazuje się, że zaszła ze swoim nowym chłopakiem (znów za pierwszym razem) i wszystko kończy się dobrze. Żyli długo i szczęśliwie na boskiej plaży, a ja na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam.

(Fot. materiały prasowe)

Szkoda życia na to, żeby wymieniać wszystkie błędy tej trylogii. Nawet Sienkiewicz by tego nie wymyślił. Skupmy się zatem na zaletach. Bohaterka przepracowuje swoje fantazje i szuka tego, co naprawdę dla niej dobre. Uczy się pożądać, a nie tylko być pożądaną. Dowiaduje się, co znaczy bliskość i zaufanie w związku. Uczy się także... jeść, bo w pierwszym tomie była ciągle na bani. Przejrzałam uważnie wszystkie strony: w „365 dniach” Laura tylko pije w kółko szampana drogiej marki albo inne trunki. Pije i rzyga na okrągło, bo przecież nie wie, że jest w ciąży. Dobrze, że dziecko umarło w jej łonie, bo po tej ilości alkoholu byłoby ciężko upośledzone. Chwała też Hiszpanowi, że wreszcie przekonał ją do jedzenia. Wraz z jedzeniem zmienia się też stosunek Laury do jej wyglądu i obsesyjnego kultu ekskluzywnych marek. 
Do czasu surfingu nie miała żadnych pasji. Bardziej przeżywała to, co ma na sobie niż to, co właściwie będzie w tych milionowych ciuchach robić. Nieustannie chodziła na zakupy albo za pomocą zakupów porozumiewał się z nią jej mąż. Chodzili razem po luksusowych butikach jak każda para z komedii romantycznej okresu polskiej transformacji. We wschodzącym kapitalizmie taki był wzorzec awansu społecznego: kosztowne zakupy potwierdzały prestiż, aspiracje do świata biznesu, czyli wielkiego świata. Zarazem miłość pojmowano tradycyjnie – seks służył prokreacji, a romans przyszłemu małżeństwu. Szkoda więc, że Blanka nie napisała swej trylogii 20-30 lat temu. Dziś taka wizja wydaje się cokolwiek staroświecka.

Rozczarowała mnie książka, ale liczyłam na film. Może on wyniesie tę literaturę trochę wyżej i zrobi z niej kino, które da się oglądać z uśmiechem? W końcu metodą Hitchcocka było ekranizować tylko nieudane książki, bo, jak mawiał, nie ulepszy się już „Zbrodni i kary”, a słabe pisarstwo owszem. Trzymałam więc kciuki za powrót reżyserki Barbary Białowąs, która zniknęła z polskiego kina po niesławnym debiucie „Big Love” (2012), który wtedy okrzyknięto dnem, choć był całkiem udatnym filmem rozrywkowym. Cieszyłam się, że dano jej szansę i pokaże, że potrafi stworzyć na ekranie gęstą atmosferę iskrzącą erotyzmem między postaciami. 
Niestety, najwyraźniej nie miała ona zbyt wiele do gadania na planie ani podczas montażu, skoro efektem jest film znacznie gorszy od jej poprzedniego. Znacznie to w tym przypadku przepaść, która sprawia, że w ogóle nie wierzę w jej autorstwo. Wprawdzie był jeszcze współreżyser Tomasz Mandes, który naprawdę jest aktorem, ale dotąd pracował on przy dwóch najgorszych filmach ostatnich sezonów – o Westerplatte i Dywizjonie 303, więc nie sądzę, by mógł tu coś pomóc. To, jak „365 dni” jest zrobiony, wskazuje na to, że reżyserka była jedna i nazywała się Blanka Lipińska. 
Rozumiem, że była na planie każdego dnia, przy każdej scenie erotycznej. Może też bym na jej miejscu była. Lecz nieudolność, z jaką zrealizowano dosłownie każdą scenę, świadczy o tym, że osoba odpowiedzialna za film jako całość nie miała najmniejszego pojęcia o sztuce filmowej. Nie ma tu żadnej dobrze zbudowanej postaci, choć są dobrzy aktorzy, nie są wykorzystane malownicze lokacje, nie ma wreszcie napięcia. Ani erotycznego, ani zwykłego dramatycznego. Żal mi Anny Marii Siekluckiej i Michele Morrone, że namęczyli się na darmo. Z ich ról nic nie wynika: wprawdzie zostali dobrze obsadzeni i brawa dla twórców, że nie wybrali znów tych samych twarzy, ale nie wierzę w relację Massima i Laury ani przez sekundę. Nie tylko w seksie, lecz także poza nim są sztuczni jak ich udawany orgazm.
Jasne, on jest tak przystojny, że aż niepokoił się mój chłopak, pytając wciąż na seansie, czy mi się podoba – Michele, nie Kuba. Niespokojny o moje fantazje, zauważył, że aktor przez cały film ma wyraz twarzy owczarka niemieckiego. Celnie. Włoch jest drewniany jak Pinokio i prędzej podnieciłby mnie gabinet figur woskowych niż to pięknie 

wyrzeźbione, lecz martwe na ekranie ciało. Anna Maria zaś poświęciła się dla niewłaściwej sprawy. Sądząc z jej obecności w Chórze Kobiet, ma talent i werwę. Tu jednak rozebrała się tylko po to, żeby przeglądała się w niej Blanka (pisarka obwieściła bowiem, że to ona sama z młodości) oraz żeby wyżywali się na niej dziennikarze. Żal mi jej, że debiutuje w tak odważnej roli, a nie dostanie za nią złamanej dobrej recenzji, bo film jest dotkliwie zły.

(Fot. materiały prasowe)

Najgorsze, co robi ten film poza uśmiercaniem waszego libido i przebijaniem dna w historii kina, to jednak zbrodnia, która powinna być karana. A przynajmniej – skoro nie ma na to paragrafu – wytykana i potępiana. Ilustrując fantazję o gwałcie, „365 dni” utwierdza najgorsze fałszywe przekonanie stojące u podstaw #MeToo, a mające efekt w przemocy seksualnej. Tutaj „nie” kobiety powiedziane podczas zbliżenia z mężczyzną, znaczy w istocie „tak”. To, co dzieje się między Laurą a Massimo jest całe lata świetlne od tego, na co umawiali się bohaterowie „50 twarzy Greya”. Polska wersja sado-maso jest zwyczajnym gwałtem, zastraszeniem o połowę niższej i słabszej samicy, aby silny samiec sobie ulżył, używając jej ciała. To, co robią, nie jest erotyką, ale mechaniczną kopulacją. Nie tak wygląda erotyczna zabawa, w której słowo klucz w każdej chwili może przerwać fantazję, w której obie strony mają czuć się cały czas bezpiecznie. Zgody na taki seksizm nie ma.

W wersji książkowej Laura w trzecim tomie rozumie, że robiła źle i pochopnie związała się z sadystą. Idąc do kina miałam nadzieję, że twórcy zekranizują pierwszą część z perspektywy trzeciej, wzbogacą bohaterkę o cień wątpliwości, czy aby to, co robi, daje jej przyjemność i siłę. Łudziłam się, że autorka spojrzała na początek swojej drogi krytycznie i wyciągnęła wnioski, które pokazane na ekranie pozwolą rozbroić lęki wielu kobiet, które nie przyznają przed sobą, że są gwałcone. Wolą myśleć, że kochają chama. Niestety, suspens, że tak wcale nie jest, Lipińska zostawiła na ostatnią część filmowej produkcji. Problem w tym, że nie jest pewne, czy ona powstanie.

Długo myślę, czy jest w „365 dniach” coś z kategorii zaskoczeń. Otóż i Bronisław Wrocławski w roli Włocha – zawsze można odkryć w sobie coś nowego. Choć nie można powiedzieć tego o innych: Grażynie Szapołowskiej, Tomaszu Stockingerze czy Nataszy Urbańskiej, to i tak miło ich widzieć choć na parę sekund w tym filmowym delirium. Ulgę przynosi też obecność Magdaleny Lamparskiej w roli Olgi, najlepszej przyjaciółki Laury, śmiesznej, wyuzdanej i zwariowanej. Aktorka gra to co zwykle i tak samo jak zwykle, ale na bezrybiu i rak ryba. Te chwile, gdy jej postać przejmuje stery akcji, pokazują, że z „365 dni” lepiej było zrobić komedię romantyczną, w której dziewczyny chodzą razem do fryzjera zrobić sobie „volume”, a niesiona na rękach do samolotu bohaterka macha nogami, bo tak bardzo boi się latania. 
W komedii romantycznej uzasadniona byłaby cenzura, z jaką Lipińska potraktowała genitalia i pozycje seksualne. Natomiast w filmie erotycznym taki zabieg jest nie do przyjęcia. Nie zobaczyliśmy nawet tego legendarnego narządu, jakim książkowy Massimo przekonuje do siebie porwaną. Tym samym odebrano Michele Morrone szansę na The Manatomy Awards, gdzie nagradza się najlepszą męską nagość na ekranie. W tym roku, jak donosi mój kolega, stały obserwator wszystkich 43 kategorii, znacznie ciekawszych od Oscarów, za najlepszy widok z frontu nagrodę dostał Jack Reynor za występ w horrorze „Midsommar”. Gdyby twórcy zdecydowali się na pożądaną w kinie erotycznym nagość, być może mielibyśmy wreszcie w tym gronie polskiego (włoskiego) kandydata. 

A tak Morrone nie ma szans na wyróżnienie, a widzowie – na komedię romantyczną. Żeby zrobić komedię, trzeba mieć dystans do litery oryginału oraz trochę poczucia humoru. A o to, niestety, trudno twórców „365 dni” posądzać. Autorka książki chciała je wykazać, obsadzając samą siebie w roli stewardesy, którą zaraz na początku filmu Massimo zmusza do zrobienia loda. Niestety, producenci odradzili Blance taką rolę. Dali jej inną – panny młodej na ślubie, gdzie Laura przedstawia wybranka rodzicom. Racja, ta obecność jest zdecydowanie lepsza, ale i tak przysporzyła celebrytce hejtu w internecie. Nie świadczy też o dystansie pisarki do samej siebie. Gdy otwierała premierę filmu, nie wspomniała słowem o reżyserce, tylko powiedziała, że czuje się na tej scenie, jakby miała właśnie urodziny. 
Patrząc na rangę i strój uczestników, odniosłam wrażenie, że to raczej ślub – i to taki, w którym teściowa chce być ważniejsza od panny młodej. W filmie Laura przypadkowo łapie bukiet Blanki. Ja na premierze niechcący nadepnęłam na tren jej sukni. Był tłok, nie zauważyłam, że tiul ciągnie się po podłodze. Lipińska wydarła się na mnie tak , że aż uciekłam z podkulonym ogonem. Złapać bukiet dobra wróżba, więc Sieklucka się nie martwi. Nadepnąć na tren znaczy, że małżeństwo się uda. Zła wróżba: Blanka nie zekranizuje kolejnych części.

Adriana Prodeus
Komentarze (1)

Marek Szreder10.02.2020, 10:15
Czy można zrozumieć, co Pani Blanka Lipińska chciała przekazać w ramach tej twórczości?
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę