Znaleziono 0 artykułów
19.12.2018

5 najlepszych płyt na muzyczne święta

Mela Koteluk (Fot. Mayeriały prasowe)

Monumentalna reedycja dyskografii Kate Bush, marzycielska Mela Koteluk, świąteczny Pentatonix, antologia mrocznego dandysa Barry Adamsona i jazzowo hip-hopowy Marcus Strickland to nasze propozycje na długie zimowe wieczory.

Mela Koteluk „Migawka”  (Warner Music)

Mela Koteluk (Fot. Mayeriały prasowe)

Truizmem jest stwierdzenie, że trzecia płyta Meli Koteluk jest najdojrzalszą i najlepszą w jej dyskografii, ale trudno dyskutować z faktami. Najnowsze dzieło zatytułowane „Migawka” pokazuje Koteluk jako w pełni świadomą i ukształtowaną songwriterkę, która tworzy liryczny i dość melancholijny avant-pop z  postrockowymi retrospekcjami. W „Tańczę, przepływam” jest przestrzeń, a w otwierającej kompozycji „Odprowadź” oraz w utworze „Aha”  można wyczuć ducha Maanamu, i to zarówno w warstwie aranżacyjnej, stylizacji tekstowej, jak również w ekspresji wokalnej. Płyta jest na wskroś współczesna, ale słychać też echa nowej fali lat 80-tych. Jeden z krytyków usłyszał nawet inspiracje legendarną brytyjską grupą Cocteau Twins, a ja dołożyłbym do tego jeszcze powidoki Lany del Rey. Na szczęście nikt już natomiast nie powie, że Mela śpiewa podobnie do Nosowskiej. „Migawka” pokazuje, że znalazła swoje własne na tle konkurencji (Kari, Brodka, Misia Furtak).

Kate Bush „Remastered” (Warner Music)

Kate Bush, (Fot. Materiały prasowe)

Kate Bush to jedna z największych artystek muzyki pop, jakie kiedykolwiek się narodziły. Powinna zostać wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO! Objawiła swój geniusz w 1978 roku albumem „The Kick Inside” i piosenką „Wuthering Heights”. Świat oszalał na punkcie dziewczyny o wielkich oczach, wysokim głosie i nieograniczonej wyobraźni. To ona po nagraniu genialnej „Babooshki” z płyty „Never For Ever” zaprzestała działalności koncertowej na 35 lat. To ona tworząc najbardziej progresywną w swojej dyskografii płytę „The Dreaming”, ponosi komercyjną klęskę, po czym objawia epickie dzieło „Hounds Of Love” (1985 rok), a świat zamiera w zachwycie. To ona po wydaniu świetnej „The Red Shoes” wycofuje się z życia muzycznego na kolejne 12 lat, co dla każdego innego artysty byłoby medialną śmiercią, po czym triumfalnie wraca onirycznym dwupłytowym albumem „Aerial”. To ona nagrywa płytę poświęconą w całości śniegowi „50 words for snow” (2011 rok). To ona po prawie czterech dekadach ciszy koncertowej w 2014 roku ogłasza serię 22 występów w Londynie. Bilety wyprzedają się w 15 minut. Teraz, pod koniec 2018 roku, wydarza się cud fonograficzny, wydarzenie bez precedensu i najlepszy prezent dla fanów tej wyjątkowej artystki. W specjalnej zremasterowanej przez samą Kate Bush wersji ukazały się reedycje wszystkich jej albumów w formie CD i boxów z płytami winylowymi, dodatkowo wzbogacone o nigdy wcześniej niepublikowane piosenki i specjalne remiksy. Jednocześnie ukazało się 18 albumów (!). Ich zawartość daje jedyną w swoim rodzaju możliwość obcowania z autonomicznym gatunkiem, który nazywa się Kate Bush.

Barry Adamson „Memento Mori” (Mute)

Barry Adamson „Memento Mori” (Fot. Materiały prasowe)

Oryginał, ekscentryczny kompozytor, basista i wokalista wydał wyśmienity album podsumowujący 40-lecie kariery muzycznej, przewrotnie zatytułowany „Memento Mori”. Członek kultowych formacji jak Magazine, Visage, The Birthday Party czy Nick Cave And The Bad Seeds od debiutanckiego, solowego „Moss Side Story” z 1988 roku, po wydany w 2017 roku „Love Sick Dick” z powodzeniem flirtuje z popowym mainstreamem, łącząc go z psychodelicznym funkiem, nowofalowymi korzeniami i, przede wszystkim, cudownie pompatycznym retro jazzem o mocno bondowskiej proweniencji. Jego płyty to ścieżki dźwiękowe do nieistniejących filmów noir. Nie bez kozery zresztą jego utwory znalazły się na soundtrackach takich filmów jak „Zagubiona autostrada” Davida Lyncha, „Urodzeni mordercy” Oliviera Stone’a, czy „Last Of England” Dereka Jarmana. Na „Memento Mori” mamy do czynienia z doskonałym wyborem ze wszystkich dziewięciu solowych płyt Adamsona oraz archiwalne „Parade” zespołu Magazine z 1978 roku, a także kultowe nagranie z Nickiem Cave’em „From Her To Eternity”.

Pentatonix „Christmas is Here!” (Sony Music)

Pentatonix „Christmas is Here!” (Fot. Materiały prasowe)

Pentatonix, czyli pięcioosobowa amerykańska grupa wokalna specjalizująca się w śpiewie a capella, po raz czwarty (!) w swojej dyskografii mierzy się z tematem świątecznym. Płytą „Christmas is Here” z rozmachem, dowcipem i najwyższą klasą udowadniają, że są bezdyskusyjnymi mistrzami w budowaniu świątecznego nastroju. Na najnowszym albumie obok typowych świątecznych standardów, podanych w żywiołowej upbeatowej formie („Rockin’ Around the Christmas Tree” czy „Here Comes Santa Claus”, „Jingle Bells”),  pojawiają się także młodsze przeboje, np. „Grown Up Christmas List” z gościnnym udziałem Kelly Clarkson. Z repertuaru wybija się również musicalowa wersja piosenki „Making Christmas” z kultowej animacji „ The Nightmare Before Christmas” oraz słynny temat z baletu „Dziadek do orzechów” czyli „Waltz of The Flowers”. Płyta jest kolorowa, radosna, różnorodna. Słowem, bardzo amerykańska.

Marcus Strickland Twi Life „People of the sun” (Blue Note)

Marcus Strickland Twi Life „People of the sun” (Fot. Materiały prasowe)

Pochodzący z Brooklynu kompozytor i saksofonista Marcus Strickland należy obok Kamasiego Washingtona i Roberta Glaspera do nowej awangardy współczesnych amerykańskich twórców jazzowych, którzy łączą nowoczesne techniki produkcyjne z hip hopem, r’n’b i afro-kubańskimi rytmami. Strickland stworzył ten nowy gatunek ze swoim znakomitym zespołem, w skład którego wchodzą Mitch Henry na instrumentach klawiszowych, Kyle Miles na basie i Charles Haynes na perkusji. Wokalnie płytę wspomagają między innymi znany ze współpracy z Kimbrą, Eryką Badu i Kendrickiem Lamarem wokalista Bilal, oraz raper Pharoahe Monch. „People of The Sun”, jak mówi o materiale sam lider, merytorycznie podąża śladami czarnej diaspory w Ameryce, badając jej afrykańskie korzenie, związki z amerykańską teraźniejszością i znaczenie dla kultury. To album jednocześnie kontemplacyjny i przebojowy. Intensywne partie klarnetu basowego i saksofonów Srticklanda przeplatają się z psychodelicznymi klawiszami, afro-karaibskimi rytmami i soulowymi wokalami połączonymi z techniką spoken words i rapem. Duża rzecz, bo scala nie tylko gatunki muzyczne, ale także różne pokolenia słuchaczy, zdobywając dla współczesnego jazzu szczególnie to najmłodsze.

Maciej Ulewicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę