Znaleziono 0 artykułów
07.05.2022

Agata Grzybowska. Jak sfotografować wojnę?

Fot. Agata Grzybowska

Wojna w Ukrainie jest wyjątkowo medialna. Kiedy tylko płonie ważny budynek albo spada bomba, wydarzenie jest natychmiast relacjonowane. A ja miałam potrzebę opowiedzenia o czymś prywatnym, o ludziach, którzy zostali, bo podjęli decyzję, że nie będą uciekać – mówi Agata Grzybowska, fotoreporterka i korespondentka wojenna, z którą rozmawiamy o tym, co zobaczyła w Ukrainie, o obowiązkach reportera i czy wszystkie zdjęcia należy publikować.

Kiedy pojechałaś do Ukrainy?

W marcu 2022 r., niecały miesiąc po wybuchu wojny. Nie mogłam wcześniej, bo akurat realizowałam projekt w Libanie dla Polskiej Akcji Humanitarnej. Ale starałam się jak najszybciej domknąć sprawy i przenieść się do Ukrainy. Mam umowę ze swoją partnerką, że nigdy nie jeżdżę w rejon konfliktu zbrojnego pracować jako freelancerka, tylko jako reporterka z ramienia konkretnej gazety albo organizacji. Chodzi oczywiście o kwestie bezpieczeństwa – gdyby coś się stało, organizacjom pozarządowym i dyplomatom łatwiej byłoby ściągnąć mnie do kraju z dokumentacją, że pracowałam na konkretne zlecenie. Wzięłam więc kamizelkę kuloodporną, hełm, apteczkę taktyczną i pojechałam.

Fot. Agata Grzybowska

Czy ktoś pomagał ci odnaleźć się w realiach na miejscu, miałaś kierowcę?

Nie, pracowałam sama, bez tłumacza czy fiksera [lokalnego przewodnika – przyp. red.]. To była świadoma decyzja. Patrząc na Instagramie na to, co się działo, wiedziałam, że akurat ta wojna jest wyjątkowo medialna. Kiedy tylko płonie ważny budynek albo spada bomba, wydarzenie jest natychmiast relacjonowane. A ja miałam potrzebę opowiedzenia o czymś prywatnym, o ludziach, którzy tam zostali, bo podjęli decyzję, że nie będą uciekać. Nie interesowała mnie więc linia frontu, tylko miejsca, przez które on przeszedł już jakiś czas temu. Pojechałam do Charkowa, Dnipra, Żytomierza, obwodu kijowskiego i tam szukałam bohaterek i bohaterów.

Kogo tam spotkałaś?

W Charkowie dużo czasu spędziłam z Serhijem Żadanem, pisarzem i aktywistą, oraz z jego przyjaciółmi, czyli przeróżnymi artystami i artystkami. Serhij powiedział, że nikt z nich nie wyobraża sobie wyjazdu, życia na emigracji. Oni wszyscy chcą budować Ukrainę na miejscu. Serhij gra koncerty w metrze dla osób, które tam mieszkają, czyta swoje wiersze żołnierzom. Organizują pomoc humanitarną dla tych, którzy zostali, rozwożą jedzenie, leki i ubrania potrzebującym osobom w Charkowie i okolicach. 

Rozmawiałam też z 17-letnim Loszą, który powiedział mi, że jego dom jest w Charkowie, innego nie będzie miał. Stepan Pasichnyk, dyrektor Teatru Dramatycznego, twierdził z kolei, że kultura ukraińska jakby na chwilę zastygła, bo artyści są zaangażowani w pomoc humanitarną, ale wszyscy czekają, aż to się skończy. – Ukraińskie ziarno czeka, aż tylko się przebije przez rosyjski beton i zacznie kwitnąć – mówił.

Fot. Agata Grzybowska

W małym miasteczku Rochań pod Charkowem, jeszcze niedawno okupowanym przez Rosjan, spotkałam dwa małżeństwa, które zdecydowały się zostać, mimo że większość ich sąsiadów uciekła albo zginęła. – A dokąd mielibyśmy jechać? Mielibyśmy mieszkać u obcych ludzi w domu? Nie wyobrażamy sobie tego. Mielibyśmy przenieść się do miasta i zejść do metra? Jak długo byśmy tam wytrzymali? – tłumaczyli mi.

Jak ich poznałaś: po prostu zobaczyłaś na ulicy i nawiązałaś rozmowę? Opowiedz o swojej metodzie pracy.

Początek jest zawsze przypadkowy, zagaduję i jeśli rozmowa się rozwija, poznaję czyjąś historię. Później, kiedy już realizuję projekt, to chodzę za bohaterem krok w krok, towarzyszę mu przy każdej czynności, poznaję go i z nim rozmawiam. Na końcu dodaję kontekst miejsca. To zaskakujące, ale w tak trudnych warunkach ludzie stają się otwarci. Kiedy czują, że ktoś chce słuchać, zaczynają opowiadać i dzielą się osobistymi historiami.

Mają świadomość, że to, co usłyszysz i zobaczysz, możesz przekazać światu. Czują misję.

Tak, a przy tym też ludzką potrzebę wygadania się, podzielenia się doświadczeniem. Byli świadkami czegoś naprawdę strasznego.

Projekt, o którym opowiadasz, nie powstaje na zamówienie. Robisz go na swoich warunkach, a dopiero później szukasz tytułu do publikacji. Ale większość fotografów na wojnie działa inaczej – polują na kadry. Potrzebują gorącego materiału na pierwsze strony gazet czy klikalne materiały w sieci. Tak powstaje zjawisko pornografizacji wojny. Jaki masz do tego stosunek?

Nie wiem, czy w tym miejscu użyłabym określenia „pornografia wojny”, może jeszcze nie w tym danym momencie; bardzo lubię dyskutować z Susan Sontag. Pornografia oznacza podglądanie, a my powinniśmy widzieć i nie odwracać wzroku. Co więcej, powinniśmy być zobowiązani do oglądania obrazów przemocy, bo tak wygląda wojna i jej rzeczywistość. Wszystko, co się wydarzyło, należy dokumentować, to informacja dla nas i świadectwo historyczne dla kolejnych pokoleń. Reporterom nie wolno odwracać wzroku, zwłaszcza że zbrodnie Rosjan w Ukrainie nazwałabym wprost ludobójstwem. Wiem, że wielu dziennikarzy nie chce używać tego słowa, porównują liczbę ofiar np. z masowymi mordami w Rwandzie, starają się zmierzyć i zważyć winy. Ale ja nie muszę być dyplomatyczna i używam mocnych słów. To, co wydarzyło się m.in. w Buczy – egzekucje, gwałty na dorosłych i dzieciach, rozdzielanie rodzin i wywożenie ludzi w głąb Rosji – ma jasną intencję, która zresztą przebiła się w kilku wywiadach Putina. Celem jest wymazanie ukraińskości.

Mam tylko wrażenie, że ilość i intensywność tego przekazu jest obezwładniająca. Odbiorca po kilku tygodniach opatrywania się z makabrą przyzwyczaja się, zaczyna obojętnieć, a to przecież najgorsze, co może się wydarzyć. Media społecznościowe, które miały być narzędziem rozrywki, nie radzą sobie z zaangażowanym przekazem, wypaczają go. Reklamy, zdjęcia piesków i memy mieszają się tu ze zdjęciami grobów i ciał.

Starałabym się patrzeć na tę sytuację inaczej. Owszem, Facebook i Instagram powstały, żeby przekazywać lekkie treści, ale zyskały nową rolę. Dziś to najpopularniejsza platforma do komunikacji, ma więc również informować o tym, co ważne. Nie dziwi mnie, że za słodkim obrazkiem pieska wyskakuje przerażająca relacja z Buczy. Te dwie rzeczywistości współistnieją i nie możemy o tym zapominać. To jest właśnie prawdziwy obraz świata.

Fot. Agata Grzybowska

Aktywistka i dziennikarka Anna Alboth wkrótce po wybuchu wojny właśnie na Facebooku zwróciła się z apelem do swoich znajomych fotografów i reporterów. Poprosiła ich, żeby nie zawężali relacji z wojny do okrucieństwa i rozpaczy. Pisała, że jeśli na kijowskiej ulicy działa kawiarnia, w której można napić się kawy i na chwilę odetchnąć, to ona też jest elementem rzeczywistości, który należy rzetelnie pokazać.

I ja się odnajduję właśnie w takim relacjonowaniu wydarzeń. Moje założenia są proste: rozglądam się wokół i pokazuję to, co zastaję. Nawet jeśli konkretne zdjęcie „tu i teraz” wydaje się nieprzydatne – bo nie jest newsowe, to z upływem czasu zacznie nabierać mocy. Dopełni obraz kraju, w którym kolejny miesiąc toczy się wojna.

Które zdjęcie lub zdjęcia opublikowane do tej pory stały się dla ciebie najistotniejszym zapisem wojny w Ukrainie?

Nie będę mówić o konkretnych zdjęciach, tylko o wydarzeniach, bo to one są tematem. I od razu myślę o odkryciach w Buczy. To oczywiście status na teraz – koniec kwietnia 2022 r., bo jeszcze nie wiemy, co zobaczymy w Mariupolu. Z informacji, jakie dziś się przebijają, albo też z braku tych informacji, możemy się spodziewać, że odkryjemy coś zupełnie innego, być może jeszcze straszniejszego. Boję się, że tamten obraz będzie pusty.

Co masz na myśli?

Wyobraź sobie, że kiedy my tu spokojnie rozmawiamy, po Mariupolu jeżdżą mobilne krematoria, które zacierają ślady morderstw na cywilach. A ciała, chowane przez walczących Ukraińców i Ukrainki, zakopywane są w nocy, pod ostrzałem, w przypadkowych miejscach. Nikt nie odnajdzie tych mogił, nie zidentyfikuje zwłok, krewni nie dowiedzą się niczego o losie bliskich. Zginęli, uciekli, a może zostali wywiezieni? Świat nie będzie w stanie odtworzyć wydarzeń ani oszacować skali zbrodni. 

Fot. Agata Grzybowska

Czy istnieje kanon, w jaki pokazywana jest wojna w Ukrainie w fotografii prasowej?

Myślę, że są pewne schematy – pogrzeb, płonący dom, niewypał rakiety wbity w ulicę, martwy człowiek na ulicy, szpitale, twarze ludzi w autobusach, które widzimy przez zaparowane szyby, pożegnanie na dworcu kolejowym, życie w schronach czy na oddziałach noworodkowych, które bywają celem militarnym, ale wciąż działają. Mimo zagrożenia bombardowaniem przychodzą w nich na świat dzieci. 

Są jeszcze portrety szabrowników, którzy namierzani przez lokalną ludność są przywiązywani do słupów drogowych, rozbierani i upokarzani.

Właśnie z tymi zdjęciami mam duży problem. Z jednej strony powiedziałam już w tej rozmowie, że czuję osobisty obowiązek rejestrowania wszystkich wydarzeń, z drugiej, poważnie zastanawiam się nad tym, co należy publikować. Szabrownik przywiązany taśmą do słupa to obraz ofiary linczu. Jeśli pokazujemy twarz tej osoby, niezależnie od tego, jakich przestępstw czy zbrodni się dopuściła, odbieramy jej godność. Jej prawem do wizerunku dysponujemy prawdopodobnie, a nawet na pewno, wbrew jej woli. I choć samosądy to ważne zjawisko, które dużo mówi o nastrojach i realiach, to myślę, że należy poważnie się zastanowić, które zdjęcia wysłać do publikacji. Każdą sytuację można przecież przedstawić na kilka sposobów. Zdjęcie linczu przedstawiające ofiarę od tyłu, w szerszym kontekście, wydaje mi się głębsze w treści niż bliski portret, który skupia się na cierpiącej twarzy anonimowej osoby. Zresztą taka fotografia odbiera godność osobie fotografowanej. A godność człowieka, bez względu na to, kim jest i co zrobił, zawsze pozostaje najważniejsza w mojej pracy.

Fotografia nie ocenia?

Nie powinna oceniać, ale najważniejsze: nie powinna uprzedmiotawiać. Dla mnie to jest najważniejsza kwestia, bo osoba, którą fotografuję, ma swoje imię i nazwisko, a przede wszystkim historię. Dobrym przykładem jest tu sytuacja, o której często opowiadam swoim studentkom i studentom. W 2012 r. amerykańska korespondentka wojenna Marie Colvin zmusiła stację CNN do wyemitowania dwuminutowego filmu dokumentującego śmierć dziecka w bombardowanym przez syryjski reżim Hims. Przez dwie minuty widzowie oglądali, jak klatka piersiowa dziecka unosi się i opada, z każdą sekundą coraz wolniej i ciężej, aż wreszcie całkowicie zamiera. Ten chłopiec nie był anonimowy, a więc symboliczny, był konkretną osobą, której odebrano życie – miał na imię Adnan i miał dwa lata.

Możemy się zastanawiać, czy słusznie CNN pokazało twarz dziecka i jego śmierć. Czy to było raportowanie realnych wydarzeń, czy wzbudzanie sensacji? A może to jest właśnie pornografia śmierci? Dla mnie te pytania nie mają sensu. Uważam, że pokazanie śmierci Adnana widzom siedzącym przed telewizorami było właściwe, bo właśnie tak wyglądała rzeczywistość cywilów, mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy na co dzień chowali się przed bombami w schronach. Tak wygląda wojna i dobrze, żeby wszyscy ją zobaczyli. Poszerzyli swoją świadomość i stanęli przed wyborem, czy pozostaną bierni, czy opowiedzą się po którejś ze stron, wyrażą sprzeciw, podejmą działania. Społeczeństwo należy informować, żeby nawiązał się dialog.

Kiedy wracasz do Ukrainy? 

Chciałabym jak najszybciej. I nie chodzi o żadną adrenalinę. Chcę wrócić do ludzi, których spotkałam, i trochę z nimi pobyć. Kiedy robię zdjęcia, dużo rozmawiam, słucham ich historii, a to bardzo zbliża. Nie ma znaczenia, czy realizuję projekt na wojnie w Ukrainie, czy w Bieszczadach. To mój sposób na fotografię, a może też na życie. Chodzi o uczciwość wobec osób, które fotografuję, ale i wobec odbiorcy. Moje zdjęcia nie łapią przypadkowych momentów, to zapis relacji.

 

Fot. Filip Ćwik

Agata Grzybowska (ur. 1984) - fotografka, fotoreporterka, twórczyni video, mieszka i pracuje w Warszawie. Współzałożycielka i członkini RATS Agency, ambasadorka Leica Camera Poland. Nad swoimi reportażami pracuje w różnych rejonach świata, opowiadając o człowieku w sytuacjach trudnych i często granicznych. Fotografowała m.in. wojnę w Syrii, wiosnę arabską w Egipcie, Rewolucję Godności na Kijowskim Majdanie, wojnę w Ukrainie, kryzys osób uchodźczych w Libanie, Iraku. Jej zasadą jest być jak najbliżej człowieka i jego historii.  Publikuje w magazynach w Polsce i na świecie, jej prace były pokazywane w galeriach m.in. w Tokio, Los Angeles, Teheranie, Bukareszcie i Sydney. 

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę