Znaleziono 0 artykułów
14.08.2021

Reżyser Apichatpong Weerasethakul o filmie „Memoria”

Reżyser Apichatpong Weerasethakul (Fot. materiały prasowe)

Tajski reżyser Apichatpong Weerasethakul od lat gości ze swoimi filmami na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty. Zdobywca Złotej Palmy za film „Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia” tworzy kino, w którym jawa przeplata się ze snem. Jego najnowszy film „Memoria” to efekt współpracy z Tildą Swinton.

W swoich filmach zakrzywia pan czas, szuka duchów, rozmawia z przyrodą. Jak wychodzi pan poza utarte schematy?

Dorastałem w kulturze tajskiej, która jest mieszanką hinduizmu, animizmu i buddyzmu. Wierzymy, że wszystko ze sobą współistnieje, że drzewa mają dusze. I choć dziś wiem, że to bzdura, trudno tę myśl całkowicie odeprzeć. Dlatego w moich filmach widać szacunek dla „otwarcia kadru”, patrzenia szerzej. Przekonanie, że nie tylko aktorzy są bohaterami filmu, ale i wydarzenia. W „Memorii” bohaterem jest dźwięk.

(Fot. Sandro Kopp)

Niezidentyfikowane dźwięki słyszy w „Memorii” grana przez Tildę Swinton Jessica.

To się nazywa zespół eksplodującej głowy – pacjent cierpi na wyładowania sensoryczne, które przypominają eksplozję. Stało się to moim udziałem kilka lat temu. To niezwykle frustrująca przypadłość, bo nie sposób wyjaśnić innym, jak dokładnie brzmi dźwięk, który słyszymy w głowie. Bo właściwie to nie jest dźwięk, tylko odczucie. Podczas pracy nad „Memorią” dużo czasu zajęło mi wytłumaczenie dźwiękowcowi, jak ma brzmieć to coś, co Jessica słyszy. Przegrzebaliśmy bardzo wiele bibliotek dźwiękowych w poszukiwaniu idealnego odgłosu. Co ciekawe, ostatecznie wybraliśmy coś, co w hollywoodzkiej bibliotece dźwięku nazywa się „dźwiękiem przemocy”.

(Fot. materiały prasowe)

Przemoc jest w tym filmie obecna w każdym kadrze, choć nie jest bohaterką filmu. Miejsce akcji – Kolumbia – to kraj poraniony przez przemoc.

W 2017 r. byłem gościem specjalnym międzynarodowego festiwalu filmowego w Kartagenie. Zwiedziłem kraj, byłem w kilku różnych departamentach i zaskoczyło mnie, jak otwarci są ludzie, jak chętni, by dzielić się swoimi historiami. Zafascynowały mnie też przestrzeń, niesamowita natura, ukształtowanie terenu, soczysta zieleń. No i te niewiarygodne chmury, dynamiczne zmiany pogody. Kolumbia pod tym względem przypomina człowieka z jego zmiennymi nastrojami. Powiedziałem wtedy Tildzie, że znalazłem miejsce na nasz film. Podczas zdjęć bardzo dużo rozmawialiśmy o przemocy. Wielu znajomych Kolumbijczyków wspominało sytuację sprzed pięciu, dziesięciu lat, kiedy poziom brutalności w kraju było wiele wyższy niż obecnie. Częścią codzienności były odgłosy wybuchów czy seria z karabinu. Zauważyłem, że do tej pory przypadkowy odgłos potrafi sprawić, iż ludzie się spinają. Wybuch opony, fajerwerki, spadające przedmioty kojarzą im się z niebezpieczeństwem. Doświadczenie ciągłego napięcia zostawiło ślad.

(Fot. materiały prasowe)

Na czerwonym dywanie w Cannes kolumbijski aktor Elkin Diaz zaprotestował przeciwko sytuacji w swoim kraju. Pan w przeszłości też bywał ofiarą politycznych rozgrywek. Polityka jest panu bliska?

Bardzo dużo myślę o reperkusjach politycznych, także w kontekście moich filmów. Nie chcę tego wprost pokazywać ani otwarcie o tym mówić. Widz może to, co widzi, interpretować zgodnie ze swoim przekonaniem, w kontekście lokalnym lub globalnym. Oczywiście chciałbym, żeby widzowie byli świadomi kruchości tego, co ich otacza. Nie ulega wątpliwości, że w naszym interesie jest zrozumienie idei chaosu, czegoś niestabilnego, żeby potem móc się z tym zmierzyć z empatią. Ale ten film – ani żaden mój film – nie jest filmem politycznym, nie ma żadnego politycznego celu, nie reprezentuje żadnej opcji. Jestem obserwatorem, zawsze stojącym z boku, tak jak Jessica w „Memorii”. Jak lustro. Moim zadaniem jest odbijanie uczuć i ukrytych nurtów.

Realizowanie filmu w obcym języku, w którym się na dodatek nie mówi, to chyba całkiem inne doświadczenie?

Owszem. Podczas zdjęć odkryłem, że moja intuicja odnośnie do języka jest błędna. Często mówiłem ekipie: „Wow, ale świetnie brzmi”, a oni na to: „No co ty, brzmi jak kiepski aktor z telenoweli”. To było dla mnie trudne, bo naturalność w kinie jest dla ważna. Ale też, jak się okazuje, bywa umowna. Na przykład dialogi w filmach japońskiego mistrza Yasuhiro Ozu zawsze wydawały mi się bardzo naturalne. Potem moi japońscy znajomi uświadomili mi, że wręcz przeciwnie, kwestie są podawane w sposób usztywniony. Na planie „Memorii” inaczej podchodziłem do Tildy, dla której hiszpański nie jest pierwszym językiem, a inaczej do Elkina [Diaza, ekranowy partner Swinton], który jest Kolumbijczykiem. Po Jessice słychać, że jest obca. Słowa Elkina traktowałem jak muzykę. Szukałem w nich rytmu, tempa, pauz.

(Fot. materiały prasowe)

Co jeszcze zainspirowało cię do nakręcenia filmu?

„Memoria” ma korzenie w żałobie. W 2012 roku zmarła matka Tildy, Judith. To było dla niej bardzo silne przeżycie. W 2018 roku odszedł ojciec, John. Myślę, że w jej najbliższych projektach widzowie zobaczą dużo śladów tamtych emocji. Jestem zaszczycony, wiedząc, że nasza współpraca była jednym z pierwszych artystycznych podejść Tildy do przepracowania tamtej traumy. I to w bardzo osobisty sposób. Rozwijając postać Jessiki, eksplorowała świat pamięci.

To wasz pierwszy wspólny film, ale z Tildą znacie się już od lat.

To prawda. W 2012 roku byliśmy nawet kuratorami multidyscyplinarnego festiwalu Film on The Rocks, łączącego film, sztukę, architekturę i modę. Odbywał się u wybrzeży tajskiej wyspy Yao Noi. Na miejsce docierało się łodzią, w nocy. Nic nie było widać, droga w lesie oświetlona była przez świece. Potem znowu łódka, która dowoziła gości na platformę, gdzie ustawione były krzesła i ekran. Po dwóch godzinach ewakuacja, bo zmieniał się poziom wody. To było wyjątkowe doświadczenie. Jednorazowe, bo budżetowo całkowicie nieopłacalne. Na platformie mieściło się tylko 800 osób. Dlatego zawsze mówię, że ten festiwal było jak sen: nierealny.

(Fot. materiały prasowe)

Tilda podkreśla, jak ważna jest dla niej idea kreatywnej współpracy. Czy to stało się bazą waszej relacji?

Zdecydowanie tak. Kiedy myślę o filmie, nie chodzi mi o końcowy produkt, ale o cały proces. Oczywiście jest na tej drodze etap wymagający całkowitej samotności. Ale film bywa też procesem wybitnie wspólnotowym. Tym bardziej dla kogoś, kto tak jak ja często pracuje z aktorami, których dobrze zna. Pod tym względem „Memoria” jest dla mnie czymś całkowicie nowym, bo musiałem od podstaw stworzyć fikcyjne postaci. Tilda jest dobrym duchem całej ekipy. Uwielbia wydawać przyjęcia i gotować. Zaprasza wtedy całą ekipę, razem czujemy się jak dzieci, które po prostu razem spędzają czas i świetnie się bawią. Z Tildą już pracujemy nad czymś nowym. Chcę zrobić film, w którym będzie występowała razem z moimi tajskimi aktorami, bo doskonale się dogadują, wymieniają pomysłami, łączy ich wspaniała energia.

(Fot. materiały prasowe)

W ostatnich latach kino przyspieszyło. Pan pozostaje powolny, mimo że takie kino – wymagające skupienia, cierpliwości, zanurzenia się w obraz – bywa dla widzów wyzwaniem.

Ważna jest dla mnie świadomość upływającego czasu. Takie doświadczenie oferuję widzom w kinie – zamiast cięcia filmu na małe kawałeczki i gonienia za historią poprzez sugestywną muzykę, montaż czy ruch kamery, który ma zapewnić rozrywkę. Kiedy kino zwalnia, może dostrzec umowność sztuki filmowej, jego pewną sztuczność. Przecież o to w kinie chodzi – o stwarzanie, kreowanie. Ekran to nie tylko dom narracji, ale też scena dla gry iluzji.

Pana postaci bardzo często mają bliski związek z naturą. Na co dzień jesteśmy od niej daleko. Za daleko?

Być może? Ważne jest to, o czym w kontekście „Memorii” często wspomina Tilda: trzeba zgodzić się na to, że się czegoś nie wie. Żyjemy w kulturze, która nieustannie żąda nowych informacji. A natura nie ma gotowych odpowiedzi. Po prostu otwiera przed tobą przestrzeń i to ty musisz wybrać, czy chcesz iść w prawo, w lewo, czy przed siebie. Nie ma windy, która dowiezie cię z jednego piętra na drugie. Masz wolność. Film w pewnym sensie też zdaje się przynależeć do świata natury. Dlatego wybieram prowadzenie widowni w sposób organiczny. Nie wyprzedzam ich potrzeb. W moim doświadczeniu chodzi o to, żeby być razem. Chwycić się za ręce i ruszyć przed siebie, bez pewności, gdzie nas to doprowadzi.

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę