Znaleziono 0 artykułów
17.04.2020

Benedetta Barzini: Na przekór instynktowi stadnemu

17.04.2020
Kadr z filmu „Zniknięcie mojej matki” (Fot. mateirały prasowe)

Gwiazda pierwszej okładki „Vogue Italia” zniknęła ze świata mody. Syn Beniamino Barrese nakręcił o niej dokument „Zniknięcie mojej matki”. Film będzie można zobaczyć na platformie vod.mdag.pl, która rusza 18 grudnia.

To jej twarz zdobiła pierwszą okładkę „Vogue Italia”. Pozowała dla Richarda Avedona i Irvinga Penna, była muzą Andy’ego Warhola i Salvadora Dalego. U szczytu sławy powiedziała: „stop”, odcięła się od świata wyznającego kult powierzchowności. Lata 70. spędziła na barykadach jako radykalna feministka, walcząc o równouprawnienie dla kobiet. Została wykładowczynią, autorką, laureatką nagród. Prowadziła bardzo intensywne życie. Niektóre relacje ją rozczarowywały, inne – inspirowały. Nie z każdym z czworga swoich dzieci jest dziś tak blisko, jak z synem Beniamino, dzięki któremu w wieku 75 lat została gwiazdą filmową. Ale o tym za chwilę.

Benedetta siedzi przede mną na kanapie hallu hotelu Marriott w Park City w wyciągniętym swetrze i podniszczonych spodniach, z długimi, siwiejącymi włosami zaplecionymi w warkocz. Na nogach ma dwie różne skarpetki i mocno znoszone buty. Pachnie tytoniem (wciąż pali jak smok) i skórą. Jej twarz ozdobiona jest gęstą siatką zmarszczek. Nie pamięta, kiedy ostatni raz nałożyła na nią krem, nie mówiąc już o makijażu. A ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz mój rozmówca obdarzył mnie tak autentycznym zainteresowaniem, wręcz czułością.

Kadr z filmu „Zniknięcie mojej matki” (Fot. mateirały prasowe)

Zanim uda mi się rozpocząć wywiad, zdąży wypytać mnie o milion rzeczy. Jest ciekawa, kim jestem, co robię, gdzie mieszkałam, bo nie mam wyraźnego wschodnioeuropejskiego akcentu. Odpowiedzi słucha z ogromną uwagą. W międzyczasie Beniamino szeptem prosi ją o kilka dolarów. – Zgubiłem portfel! – tłumaczy. – Jasne, jasne. Specjalnie zapomniał – puszcza do mnie oczko Barzini. 

Jakiś czas temu Benedetta oświadczyła Beniamino, że ma dość. Jest zmęczona, chce zniknąć, odciąć się od swojego życia. Wtedy on zaczął kręcić o niej film. „Zniknięcie mojej matki” miało swoją premierę na festiwalu Sundance. Dokoła panuje zgiełk, co chwilę ktoś do nas podchodzi, prosząc Włoszkę o zdjęcie lub podanie ręki. – Ten film jest magiczny– mówi 70-letnia na oko Szwedka. Moja rozmówczyni wstaje, uśmiecha się i mocno ją przytula. Benedetta Barzini to człowiek, z którym nie chce się rozstawać.

Benedetta Barzini na łamach Voguea, 1964 rok / (Fot. Louis Faurer/Condé Nast via Getty Images)

W filmie mówi pani w pewnym momencie, że aparat nigdy nie był w stanie uchwycić pani prawdziwego „ja”. 

Dotarło to do mnie po raz pierwszy, gdy zostałam zaproszona do Nowego Jorku, żeby pracować tam jako modelka. Redaktorzy i fotografowie mają tam manierę mówienia modelce podczas sesji, jaka to nie jest fantastyczna, boska i niesamowita. Jeśli weźmie się to na poważnie, człowiek ma przesrane. Bo to nie prawdziwa ty jesteś fantastyczna, boska i niesamowita, tylko to, co im się udało z tobą zrobić. Ich makijaż, stylizacja, włosy, strój. Wszystko to, z czego czerpią zyski, zbierając gratulacje za świetnie zrobioną sesję. Pozując dla największych, zawsze powtarzałam sobie w głowie: „Pamiętaj, Beni, że masz brudne skarpetki”. 

Skarpetki?

Pamiętaj, że zdejmiesz sztuczne rzęsy, wyjdziesz na ulicę i staniesz się jedną z miliona. Taka jest rzeczywistość. Każdy z nas może być boski, gdy z pomocą przyjdzie cała ta machina, szczególnie rozrośnięta na taką skalę, jaka charakteryzowała lata 60. Gdy zaczęłam wchodzić w tamten Nowy Jork, włączył mi się mechanizm obronny. Obiecałam sobie, że nikt nigdy nie sfotografuje prawdziwej mnie, bo nie jestem na sprzedaż. Jeśli nałożymi się maskę, przemieni w coś innego, to już czyjaś wizja, nie ja. I na to się zgadzam. Robiłam wiele ambitnych sesji, ale nigdy nie dostawałam komercyjnych zleceń. Na szczęście nie dorobiłam się większych pieniędzy, więc zawsze musiałam ostrożnie postępować z finansami. To mnie uratowało. To i brudne skarpety. 

Zaczynała pani karierę w okresie nadmiaru. 

Lata 60. to początek śmierci high fashion. Czas nostalgii za arystokratycznym światem. Sposób rozumienia władzy przesuwał się wtedy w nową stronę. Szczególnie w okresie Diany Vreeland, ówczesnej naczelnej amerykańskiego „Vogue’a”, która była w pełni zaangażowana w kreowanie fantastycznej formy piękna. 

Kadr z filmu „Zniknięcie mojej matki” (Fot. mateirały prasowe)

Łatwo było się w tym zagubić. Dziś bije od pani ogromny spokój. Czy zawsze…

Nie, skąd. Kiedyś byłam zagubioną, bojącą się wszystkiego dziewczynką. W Nowym Jorku zmagałam się z anoreksją, choć jeszcze nikomu o tym nie mówiłam. Trafiłam na terapię. Któregoś dnia zapytałam sama siebie: „Beni, ty chcesz żyć czy umrzeć? Zdecyduj się, bo musisz wybrać”. Śmierć nie przerażała mnie aż tak bardzo, ale nie chciałam umrzeć jako ofiara. Postanowiłam, że muszę z tego wyjść.

Nie mogło być łatwo. To był zabójczy czas dla zdrowia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Dosłownie.

W artystycznym światku Nowego Jorku wszyscy ćpali. Fotografowie, modelki, asystenci, fryzjerzy, makijażyści. Wszyscy brali LSD albo meskalinę. Wychodziłam z anoreksji, ale bałam się, że wpadnę w narkotyki. Nie można było z nikim z pracy otwarcie porozmawiać o swoich lękach. W tym świecie nie mówiło się o słabościach. Wymyśliłam sobie, że będę jak parapet. Oglądam wszystko przez okno, ale zza szyby, w nic nie wchodząc. Nie było to łatwe, bo w pewnym momencie byłam naprawdę blisko epicentrum wydarzeń. Zaprzyjaźniłam się z asystentką Leo Castellego, legendarnego marszanda zajmującego się pop-artem, a ona chciała mnie wszędzie ze sobą zabierać. Na spotkanie z Frankiem Stellą, Jasperem Johnsem, z ludźmi, którzy w tamtym okresie odpowiadali za inaugurację muzeum Whitney. Mnie ten świat ogromnie interesował, ale nie chciałam stracić do niego dystansu.

A Warhol? W pani biogramach często się pisze, że byliście blisko.

Andy czerpał przyjemność z obserwowania cudzego cierpienia. Z lubością patrzył na dzieci ważniaków i bogaczy kupujących jego prace. Najczęściej były to totalnie pogubione osoby, bo nikt nigdy nie poświęcał im uwagi. Najpierw opiekowały się nimi nianie, a potem wysyłano ichdo prestiżowych szkół z internatem, krążyli od jednego towarzyskiego wydarzenia do drugiego. Najczęściej ciężko naćpani. Odnosiłam wrażenie, że ci ludzie byli jak karaluchy, które wywróciły się na grzbiet, a Warhol się nimi bawił. Był w pewnym sensie sadystą. 

Ale i geniuszem.

Warhol nigdy nie umarł. Jeśli powiesi się na ścianie jego prace, on wciąż żyje. Mamy 2019 rok, a ludzie wciąż przychodzą je oglądać. Ale według mnie jego największy talent objawiał się na innym polu. Doskonale pamiętam, jak ludzie, którzy byli maszynami do zarabiania pieniędzy, ale nie mieli pojęcia o otaczającym ich świecie, zachwycali się jego pokazami, w każdej pracy widząc objawienie. Andy drwił z bogactwa, śmiał się z Ameryki, tak jak Nabokov, kiedy pisał „Lolitę”. A oni płacili grube miliony za tę drwinę i wieszali ją sobie w salonie. Networking, PR, to była dla niego betka, potrafiłby sprzedać wszystko.

Biorąc pod uwagę to, jak została pani wychowana, trudno mi sobie wyobrazić, że czułaby się pani w takim świecie komfortowo. 

W niektórych moich biogramach piszą, że jestem marksistką, ale to nie do końca prawda. Marksizm wymaga wiedzy. Trzeba naprawdę rozumieć, co pisze Marks. Ale na pewno można powiedzieć, że od urodzenia niemalże towarzyszyła mi postawa antykapitalistyczna. Kapitalizm nie działa. Bogaci się bogacą, a biedni ubożeją. Nigdy mi się to nie podobało. Jestem po stronie ludzi, a nie dóbr. Współpracowałam z pracowniczkami fabryk, które zmagały się z problemami zdrowotnymi, a praca zabierała im czas dla rodziny. Rozmawiałam z przedstawicielkami związków zawodowych, organizowałam dla nich szkolenia. I tyle tego mojego marksizmu.

Kadr z filmu „Zniknięcie mojej matki” (Fot. mateirały prasowe)

Wolała pani prawdziwe fabryki niż The Factory Warhola.

Zdecydowanie. Ale ogromnie cenię tamte doświadczenia. Negatywne przykłady to dobre przykłady, bo możemy z nich wyciągać wnioski. Patrzenie na Edie Sedgwick [jedna z muz Warhola, zmarła tragicznie w wyniku przedawkowania barbituranów i alkoholu – red.] i jej podobne było bolesne, ale też wiele mnie nauczyło. Tamtym dzieciakom, wywróconym na grzbiet karaluchom, nikt nie pomógł zbudować mechanizmu obronnego. Ich bronią była kasa, o którą mogły prosić zawsze, w dowolnej ilości. Mam czworo dzieci i wiem, że nie ma sposobu na to, żeby być rodzicem idealnym. Ale można przynajmniej pomóc swoim potomkom odkryć ten mechanizm.

Pani życie zostało zmienione przez nauczanie.

Kiedyś zostałam zaproszona na gościnny wykład. Wtedy moje życie zmieniło się diametralnie. Znalazłam swój cel. Modeling nauczył mnie wielu niewidzialnych na pierwszy rzut oka rzeczy. Na przykład profesjonalizmu. Nie narzekam, robię, co trzeba, bez względu na to, w jakiej pracy. Nauczył mnie też, że ważne ubrania są zawsze niewygodne (śmiech)… Ale to nie była moja życiowa misja. Zawsze bardzo interesowała mnie antropologia. Natura ludzka i nasza tendencja do naśladownictwa. Temu chciałam poświęcać czas i uwagę. Fascynowało mnie, że jesteśmy zwierzętami stadnymi i to, jak to się tłumaczy na codzienne praktyki. Chcemy przynależeć do plemienia, a nie być poza jego kręgiem. Szczególnie w dzisiejszych czasach ta potrzeba wpisania się w grupę jest trudna do spełnienia, bo związana z nabywaniem dóbr. Ale dopiero kiedy wszystkie dzieciaki noszą podobne vansy, przychodzi czas personalizacji. Odkąd uczę, czuję, że jestem.

Tak jak pani mówi, ta przynależność, szansa utożsamienia się z grupą, jest ważna. Ale czasami trzeba postawić granice. Pani nie pozwoliła swoim dzieciom wtopić się w grupę na jednym konkretnym polu – wiary.

Nigdy nie zdradziłam, że sama nie wierzę w Boga, więc niczego im nie narzucałam. Za to aktywnie pilnowałam, żeby nie chodziły na lekcje religii, na rekolekcje czy msze. „Mamo, ale dlaczego, przecież wszyscy to robią!”. Naprawdę, to, że wszyscy mają coś od Vuittona, nie znaczy, że ty też musisz. Zawsze odpowiadałam: „Bo my jesteśmy prawdziwymi chrześcijanami. I dopiero, jak dorośniecie, będziecie mogli podjąć z własnej nieprzymuszonej woli świadomą decyzję, czy chcecie wstąpić do Kościoła. Nie dlatego, że od małego ktoś was uczył, że tak trzeba”. Warto się zastanawiać, dlaczego chcemy naśladować innych. Z tym instynktem stadnym to podchwytliwa sprawa, mocno działa tu podświadomość. Ale jeśli samemu jest się trochę innym, tak jak ja, można pomagać swoim dzieciom znaleźć własne mocne strony bez wkraczania na wydeptany przez poprzedników szlak. Chciałam, żeby moje dzieci były tak wolne, jak to tylko możliwe.

Benedetta Barzini na łamach "Vogue'a", 1970 rok (Fot. Franco Rubartelli/Condé Nast via Getty Images)

Czy feminizm pozwolił pani odnaleźć swoją wolność?

Kobiety przez wiele lat nie miały dostępu do edukacji. Wciąż przeważnie nie mają własnego nazwiska, co oznacza, że nie można śledzić ich genealogii. Bogowie są mężczyznami. My nie mamy swojego Sokratesa, swoich filozoficznych korzeni. Kobietom bardzo trudno jest się wybić na intelektualną niepodległość, odseparować od świata kształtowanego męską myślą, bo uczy się nas w ten sposób od przedszkola. Liczy się ten, kto jest silniejszy – ekonomicznie i militarnie. Dopóki świat jest tak określany, nigdy nie będziemy miały władzy. W moim odczuciu poprzez działanie każda z nas przynosi kolejne ziarenko piasku na tę kamienistą plażę. Powoli staje się ona coraz bardziej miękka. To, że zbudujemy kobiecy system filozoficzny, jest tylko kwestią czasu. I na pewno będzie on uwzględniał to, co na tym polu wymyślili mężczyźni, bo nie chodzi o to, żeby działać w opozycji, aleo odnalezienie brakującego ogniwa. Kiedyś przestaniemy być Jessicami Rabbit, a oni przestaną być Supermenami. Czas przyniesie nam alternatywę.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Benedetta Barzini: Na przekór instynktowi stadnemu
Proszę czekać..
Zamknij