Znaleziono 0 artykułów
15.05.2018

„Błagam, bilet na dziś, na cokolwiek”. 24 godziny w Cannes

Pałac festiwalowy w Cannes (Fot. Claudio Lavenia, Getty Images)

Doba największego festiwalu filmowego w Europie. Wydarzenie co roku gromadzi tłumy ludzi. Od gapiów biwakujących przy czerwonym dywanie, aż po miłośników kina, gromadzących się na festiwalowych pokazach. Wszędzie ciągną się kilometrowe kolejki, przyjęcia trwają aż po świt. Selfie na czerwonym dywanie są przez organizatorów tępione, ale i tak robią je zarówno gwiazdy, jak i ich fani. Pokazy dla mediów zlikwidowano, żeby „publiczność mogła pierwsza cieszyć się kinem”. Po zeszłorocznych protestach branży z konkursu wypadły Netflix i Amazon. Jak zatem przebiega święto kina?

RANO

Ranek na Croisette to wielkie sprzątanie, zmiana patrolów policji, której jest tu masa. Kawiarnie dopiero podnoszą markizy, bary gaszą światło. Pod jednym dwie dziewczyny w miniówach, z szampanami w dłoniach, chwieją się na szpilkach, ciągnąc za ręce pijanych jak one mężczyzn. Nalegają, aby z nimi poszli. Jest 8:30, pora pierwszego seansu.

W tym czasie rozkładają się tu uliczni sprzedawcy, muzykanci, którzy w czasie festiwalu zbierają dobre żniwo. Bezdomni wiercą się w śpiworach na trawniku pod samym Pałacem Festiwalowym. Chłopak w dredach mości się z kartonem na szczycie kamiennej donicy, jednej z tych, które blokują jezdnie zwartym szykiem, chroniąc nas przed potencjalnym atakiem terrorystów. Na kartonie napis: „Cannes Challenge. Film festival with no budget”, dalej: „Przygarnij mnie na jedną noc, daj coś do zjedzenia albo bilet na film”. Nie widać za to inwalidy, który w ubiegłym roku popychał swój wózek, przygnieciony portretem Pedro Almodovara w złotej ramie, bo wtedy był on przewodniczącym jury. Tegoroczna szefowa jury, Cate Blanchett, widnieje na okładkach rozdawanych na ulicy codziennych pism, jej twarz nadrukowana jest na słupach i przystankach.

Przygotowania do festiwalu filmowego w Cannes (Fot. Christophe Bouillon, Audiovisual Press Office, Getty Images)
Przystań jachtowa w Cannes (Fot. Emma McIntyre, Getty Images)

Jak bardzo podzielone klasowo jest francuskie społeczeństwo, widać po segregacji wstępów na seanse. Przed każdą z kilkunastu sal porządkowi ustawiają co najmniej cztery rodzaje kolejek, zależnie od koloru akredytacji. Osobno prasa papierowa i internetowa, osobno bilety i zaproszenia, osobno goście, osobno ci, którzy kupują filmy do telewizji, kin, na festiwale. Ci ostatni, biorący udział w filmowym markecie, chodzą też na zamknięte pokazy, których w czasie festiwalu jest najwięcej, bo w końcu grunt to sprzedać tytuł do jak największej ilości krajów. Atmosfera na tych pokazach jest najluźniejsza: ludzie jedzą, rozmawiają, załatwiają sprawy na laptopach czy smartfonach – wszystko podczas filmu. Że trudno o skupienie? W końcu jesteśmy profesjonalistami.

Ogólnodostępne seanse są najbardziej obwarowane restrykcjami: nie wolno wnieść nic do jedzenia ani do picia – nawet w upale, nawet odrobiny wody. Przy wejściu stoją kosze pełne odebranych przedmiotów, jak na lotnisku. Z jednego prawie wysypują się dezodoranty i maleńkie buteleczki perfum.

Kolejki zaczynają się tworzyć nawet dwie godziny przed czasem. Godzinę na pewno. Czekając, nie wolno siedzieć na podłodze. Porządkowi stopniowo ściskają ludzi, ustawiając kontynuację ogonka w innej części holu. Stojąc, nie ma się gwarancji wejścia, jeśli akurat ta kolejka nie jest w tym wypadku preferowana. Albo jeśli to pokaz filmu Romain Gavrasa, w którym grają Isabelle Adjani i Vincent Cassel, tu dwie godziny czekania to za mało. Lecz warto próbować, bo a nuż się uda. Nagle cudotwórca wejdzie z plikiem biletów w kolejkę i rozda je przypadkowym albo upatrzonym z góry widzom. Tacy od razu przestają tu przynależeć, oderwani od tłumu oddychają z ulgą. Bywa też tak, że ktoś się zniecierpliwi i przerwie ścianę ludzi, a kolejka, zawsze gotowa do skoku, ruchem robaczkowym uzupełni jego brak. I akurat ty ostatni się zmieścisz. A nawet jeśli tym razem odejdziesz z kwitkiem, to czekając trochę się opalisz albo zmokniesz, może kogoś poznasz.

Publiczność błagająca o bilety przed Pałacem Festiwalowym w Cannes (Fot. Gareth Cattermole, Getty Images)

Gdy wreszcie ochrona zaczyna wpuszczać, trzykrotnie przeszukując: rzeczy, ciało i cyfrowe dane, błyskawicznie zajmuje się najlepsze miejsca na sali: te z brzegu i te w środku rzędu.

Sale są różne. Kino mieszczące się w podziemiach kasyna co rano uderza w nozdrza ostrym zapachem kwaśnego wina, papierosów i potu przegranych. Wystarczy pół godziny seansu, aby wtopić się w tę woń. Aż do następnego ranka, gdy noc odnowi swój zapach. Wtedy znów zatyka, aż trudno wytrzymać.

Policjant w Cannes (Fot. Emma McIntyre, Getty Images)

Widownia największego Grand Theatre Lumiere jest tak stroma, że trzeba się na nią wspinać. Ale dzięki temu zewsząd dobrze widać ekran. Wychylając się z siedzenia, można by spaść w przepaść sceny, gdzie na koniec przyznaje się nagrody. Elegancka trybuna z pluszowymi siedzeniami przyjmie na klatę nawet złe filmy, zwłaszcza na uroczystej premierze, ale reakcje są tu zawsze bardziej radykalne niż gdzie indziej.

Fotografowie przed Pałacem Festiwalowym w Cannes (Fot. Gareth Cattermole, Getty Images)

Rano w Cannes widać też zwykłych mieszkańców, nieuczestniczących w życiu festiwalu. Moja gospodyni, emerytka Francoise, rano chodzi biegać na plażę z iPodem. Mieszka tu od ponad 30 lat i tylko raz, przed laty była na filmie, ale nie pamięta tytułu. W dni powszednie ulice zapełniają matki, rzadziej ojcowie, prowadzący do szkoły swoje dzieci. Wszystkie drepczą do tej samej, obłożonej zieloną plandeką szkoły. Chłopiec trzaska po bruku walizką na kółkach, aż słychać, jak w środku przewalają się książki i bidon, dziewczynka ma na sobie wykrochmalony mundurek, a na plecach prawie pusty szmaciany plecaczek. Komuś mama niesie torbę dodatkowo obładowana swoimi.

W weekend ulice są złote od słońca i widać na nich tylko zgięte w pół figury staruszków, którzy spieszą się do kościoła. Prowadzą do niego wysokie schody, więc słabsi muszą podpierać się laską. Na każdym stopniu płoną kolorowe świece. U drzwi wita ich ksiądz w białej szacie, czule całując każdą siwą głowę w oba omszałe policzki. Mieszkańcy Cannes przez hałas i szum festiwalu, klaksony aut, megafony policji dobrze słyszą, i dzwonek na lekcję, i kościelne dzwony.

LUNCH

W tajskim barze przy dworcu kolejka do toalety. To przebierają się hostessy i modelki. Kroczą przez tajski bar z pustym wzrokiem, jakby po wybiegu szły pierwszy raz, a wcześniej oglądały go dużo w telewizji. Mocno wymalowane, w południe, w ogródku knajpy pozują w tłumie do długiego obiektywu. Wokół ludzie jedzą wontony, pad thaia, w pośpiechu śmigają pałeczki. Hostessy są nieobecne, skupione na kuszącym wyrazie oczu i ust wycelowanych do kamery. Wszystko wokół nich się rozmywa.

Smutni panowie z festiwalowymi smyczami na szyjach zerkają zaciekawieni, ale nie odważają się zagadać do modelek, nawet tych początkujących. W knajpie i na ulicy widać pełno ślicznych dziewcząt, odsłaniających każdy możliwy kawałek ciała, palących papierosy i dostających co chwila napadów teatralnego śmiechu. Początkujące aktorki, asystentki asystentów. Wołanie o równouprawnienie naprawdę nabiera tu większego ciężaru. I każdy, jak w Hollywood, nosi w sobie pomysł na scenariusz. Festiwal to okazja bycia dostrzeżonym – wiele osób przyjeżdża tu z nieokreśloną nadzieją na sukces.

Plaża w Cannes (Fot. Emma McIntyre, Getty Images)

Na przykład Karim, który zaczepia mnie na nabrzeżu, widząc, że robię jakieś notatki. Pyta, czy jestem dziennikarką i czy chciałabym zrobić z nim wywiad. Jest aktorem, na razie tylko porno. Na telefonie pokazuje mi swój profil i z rozbrajającym uśmiechem pyta, czy nie znam jakichś producentów albo reżyserów, którym mogłabym go przedstawić. W zamian obiecuje wspólną wizytę w kasynie, gdzie zna krupiera, a potem może jacht, na którym też pracuje kolega.

Boa Kirsten Stewart na czerwonym dywanie w Cannes (Fot. Stephane Cardinale - Corbis, Getty Images)

O tej porze gwar otacza już czerwony dywan. Jeszcze puste stoją drabinki fotografów, ale kłębi się tłum innych, znanych tylko sobie gwiazd. Niektórzy we frakach, w wieczorowych, lejących się sukniach, z cekinami przyklejonymi na twarzy i rękach, trzaskają selfie, choć jest dopiero południe. Co chwilę tłum, idący Croisette, staje, bo trzeba obejść takie lalki, nie przeszkadzając im w sesji, urządzanej tu w godzinach szczytu. Dziewczęta prowadzone są przez zapiętych po szyję chłopców w garniturach jak do matury. Młody mężczyzna o koreańskich rysach, ostro wymalowany, we wściekle różowej peruce próbuje utrzymać w rękach kilkanaście toreb ze sklepów najdroższych marek. Prowadzony przez ochroniarza krzyczy do tłumu, osłaniając twarz ręką: „Don’t touch me! Don't touch me!”.

W biurze festiwalu agentka sprzedaży o błędnym wzroku pogryza nerwowo kanapkę, osypując ziarna na plik dokumentów rozrzuconych wokół. Drżącym głosem opowiada, że przez ostatnie dni miała tylko po 17 spotkań dziennie, ale u niej wszystko super i tak, jest zrelaksowana. Nie reaguje na uwagę, że to trochę dużo. – Niektórzy dystrybutorzy mają rozmowy po 10 minut, prowadzone równolegle przez trzech pracowników siedzących obok siebie! – mówi. – I coś z tego wynika? – pytam. – Tak... mnóstwo z tego wynika – przerywa, bo zaczepia ją jakaś kobieta, mówiąc, że przyszła na spotkanie kwadrans wcześniej. Agentka momentalnie wyparowuje wraz z kobietą, zostają tylko resztki kanapki na papierach.

Przechodnie podczas festiwalu filmowego w Cannes (Fot. Emma McIntyre, Getty Images)

Kiedy szukam w torbie pieniędzy, próbując zapłacić za lunch, z mojego portfela wysypuje się plik wizytówek. Dopiero wtedy widzę, że w pośpiechu ludzie dają sobie nieswoje wizytówki – te, które przed chwilą dostali od kogoś innego. Niektórych nazwisk nie uda się już odtworzyć. W moim wizytowniku powstał zbiór rzeczywistych i przypadkowych kontaktów.

POPOŁUDNIE

Upał ani deszcz nie zniechęca widzów tworzących sztywny szpaler otaczający wejście do Pałacu. W wyciągniętych rękach dzierżą kartki: „Zaproszenie na film VON TRIERA, oddam wszystko” albo „Błagam, bilet na dziś, na cokolwiek”. Za nimi oddzielony barierką z kratami paraduje rozweselony tłum szczęśliwców z zaproszeniami. Sobowtór Johnnego Deppa przebrany za Jacka Sparrowa rozdaje autografy. Młodzież pokazuje sobie na telefonach wciąż te same zdjęcia z Instagrama: Penelope Cruz w koronkach i piórach od Chanel, Julienne Moore cała w czerwieni od Givenchy czy Helen Mirren w aksamitnym, jakby historycznym stroju. Barbarę Meier uchwycono, gdy schodzi ze schodów i za wysoko rozsuwa się rozcięcie jej sukni. I najpiękniejsze kreacje: codziennie inna Cate Blanchett, widowiskowa Lupita Nyong’o, bezwysiłkowa Lea Seydoux. Tutejsze stylizacje wciąż krążą po ekranach dotykowych całego świata.

Deszczowe Cannes (Fot. Mark Case, Getty Images)

Przewodnicząca jury – wraz z 82 kobietami, które prezentują w Cannes swoje filmy jako reżyserki, aktorki, producentki, autorki zdjęć, muzyki, scenografii – mówi o męskiej dominacji w branży filmowej. I o tym, że trzeba ją przełamać. Największą adwokatką tej idei jest 90-letnia Agnes Varda – legenda francuskiej Nowej Fali, nestorka kina, która z niesłabnącą ciekawością i radością przygląda się światu. W zeszłym roku pokazywała w Cannes nowy film „Faces, Places”, w tym roku na plaży leci jej feministyczny musical „Jedna śpiewa, druga nie” z 1977 roku. Niziutka Varda z oryginalną siwo-rudą fryzurą, okrągła z twarzy i uśmiechnięta jak kokoszka przemyka cicho po korytarzu Pałacu Festiwalowego. Gdy ją zatrzymać, chętnie robi sobie zdjęcie z fanami i cierpliwie wysłuchuje peanów na cześć swojego kina.

Sekretna impreza Chopard podczas festiwalu filmowego w Cannes (Fot. Anthony Ghnassia, Getty Images)

Pałac to miejsce zaludnione głównie przez tysiące dziennikarzy z całego świata. Niektórzy próbują złapać chwilę oddechu na śnieżnobiałych tarasach lub w molach wokół wioski festiwalowej. Otoczeni kaktusami i palmami, zachłystują się bryzą. Przebierając palcami po klawiaturach, przekrzykują się z szumem fal w wielu językach. Niektórzy zioną już winem, które pije się tu od rana. Inni wychodzą na pobliską plażę odpocząć. Z uporem cykają kolejne pocztówkowe zdjęcia albo rozmawiają z redakcjami. Czas się zregenerować, do powrotu do hoteli jeszcze wiele godzin.

Niektóre plaże bronią dostępu sylwetkami rosłych ochroniarzy, ale są takie, na które można wejść nawet i bez zaproszenia. Morze nie jest w tym roku niestety dużo cieplejsze niż Bałtyk w sierpniu. Ale zawsze ktoś się kąpie, ktoś inny dopływa do przycumowanych w oddali jachtów. Tam odbywają się prywatne imprezy, ale dopiero przed północą. Popołudnie mija w oczekiwaniu na wieczór.

Właśnie w miejscach postoju czy odpoczynku najłatwiej spotkać gwiazdy – tu krzyżują się bowiem boczne wejścia, jakimi wprowadza się je na photocall, Q&A, press-junket czy roundtable. To określenia powszechnie tu znane, obecne na wszystkich większych festiwalach. Oznaczają: czas dla fotoreporterów, spotkanie z publicznością po seansie i wydarzenie prasowe, zbiorowy wywiad z grupą dziennikarzy. Gwiazdy widziane w przejściu zazwyczaj wyglądają na zmęczone ciągłym harmidrem, szumem, zamętem. Mimo to rozdają uśmiechy zza ciemnych okularów i serdecznie się witają, okazując wdzięczność obsłudze festiwalu.

WIECZÓR

Dopiero teraz wszystko zyskuje wcześniej zaplanowany kształt. Rauty zaczynają się festiwalem przekąsek, im mniej rozpoznawalnych w smaku, tym lepiej. Cannes podczas festiwalu generalnie nie słynie z najlepszego jedzenia, nawet w świetnych na co dzień restauracjach przez te prawie dwa tygodnie festiwalu spotyka się nieudane posiłki. Ale generalnie je się tu owoce morza w każdej postaci – to one są specjalnością regionu i przy odrobinie szczęścia zdarza się tu trafić na wyjątkowo smaczne ostrygi czy langusty.

Jednak na bankietach chodzi głównie o dobre wrażenie. Każda forma ma zadziwiać, balon wzlatywać, uśmiech zachwycać, melodia porywać do tańca, szampan uderzać do głowy. Euforia na najwyższym diapazonie. „Wow” powtarzane z tylu ust brzmi jak syrena ambulansu. Kelnerzy bez wahania inkasują wysokie napiwki, taksówkarze ruszają z kopyta, nawet jeśli kluczyć będą bez adresu. Nadnaturalna sprawność mechanizmu tworzącego glamour Cannes trwa tylko kilka chwil po zmroku, z których robi się screenshota. To one tworzą image, słowo wymawiane tu zawsze z francuska: „imaaż”, czyli splendor gości i serwis bez skazy.

Bella Hadid i tłum fotoreporterów na czerwonym dywanie w Cannes (Fot. Vittorio Zunino Celotto , Getty Images)

Helikopter właśnie ląduje na dachu. – I naprawdę wcale nie jest taki drogi! – przekonują się wzajemnie goście jednego z przyjęć pod gołym niebem na ostatnim piętrze hotelu. Pomiędzy stolikami gra zespół jazzowy, w sąsiedniej sali dudni muzyka do tańca, pośrodku można pływać w podgrzewanym basenie. Eleganckie toalety przypominają alkowy, w których można położyć się i odpocząć. Wszędzie i wszyscy się fotografują, gratulują sobie wzajemnie i czuć, że są naprawdę szczęśliwi. – W życiu bym nie przypuszczał, że pokażę tu film! – śmieje się sam do siebie młody reżyser. Festiwal w Cannes rzeczywiście często bywa wrotami do kariery. Nic dziwnego, że łatwo można zaczadzić się fantazją o enigmatycznie pojętej karierze. Bardziej doświadczeni w tej branży, mówią, że urok Cannes to iluzja i nieco ostrożniej rozdzielają ochy i achy. Dojrzały reżyser tłumaczy mi bez cienia zgorzknienia, że tu każdy producent obiecuje złote góry, kontrahent zgadza się na wszystko pod wpływem kanneńskich czarów, a po powrocie z festiwalu negocjacje często trzeba zacząć od nowa. Bo Cannes jest złudzeniem, w jakie wszyscy chcemy wierzyć, tak jak wierzymy w prawdę na ekranie.

To właśnie tej krótkiej nocy w Cannes służą przygotowania trwające przez pozostałe dni w roku. Na nią czekają media z najdalszych zakątków świata. Kino ma tu celebrować zwycięstwo: nad przeciętnością, nudą, biedą. Film, a raczej to, co go otacza, jest symbolem triumfu. Daje totalny reset rzeczywistości poza festiwalem. Ma być jak czyste powietrze. Jak palmowy liść, lśniący w pełni księżyca. Bo tym jest właśnie Cannes, niesłychaną urodą powstałą z połączenia miejsca, osób i czasu. Dość powiedzieć, że ten sam film obejrzany w zimie, w domu, samemu na telewizorze nie zrobiłby pewnie takiego samego wrażenia jak tu, pod palmami, w tłumie kinomanów i z gwiazdami na czerwonym dywanie. Uroda, dla której powstało Cannes, i jakiej wciąż od niego potrzebujemy, musi więc wystarczyć na jeden błysk w oku we właściwym momencie. Potem może i rozmyje się, straci rezon, potknie o fałdę dywanu. Ale na tę jedną chwilę Cannes jest ideałem.

Każdy ma swoją. W Cannes obowiązuje dyskrecja. Przynajmniej do rana.

Adriana Prodeus, Cannes
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę