Znaleziono 0 artykułów
29.07.2018

Być jak Kora

29.07.2018
Maanam na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, 1985 rok (Fot. Mirosław Stępniak/FOTONOVA, East News)

Potrzebowaliśmy jej krzyku. I to nie w sensie przenośnym, ale dosłownym. Mówię „my”, bo jeżeli nas – pokolenie dzisiejszych 50-latków – w ogóle coś łączy, jeżeli mamy jakiekolwiek wspólne doświadczenie, to jest to doświadczenie Kory i Maanamu.

Winylowe single miały wówczas pośrodku otwór o sporej średnicy i żeby umieścić taki singiel na gramofonie – potrzebna była specjalna nakładka. Miałem dwie: czarną i szarą. Zawsze się bałem, że gdzieś je zgubię. Gdzieś położę i nie będę wiedział, gdzie.

Ten singiel miał numer katalogowy S-286. Dlaczego go kupiłem, nie wiem. Bo przecież nie ze względu na numer. Mało tego, również nie ze względu na wykonawcę – zespół o którego istnieniu nie miałem zielonego pojęcia i którego dziwna nazwa nic mi nie mówiła.

Koncert Maanam 1997 rok (Fot. Mieczysław Wlodarski/Reporter, East News)

No, i raczej nie dlatego, że jedna z dwóch zamieszczonych na nim piosenek nosiła tytuł „Hamlet”. O Hamlecie bowiem niewiele wtedy wiedziałem. Owszem, widziałem już go w Teatrze Telewizji i miał dla mnie twarz Gustawa Holoubka. Nie, nie dla twarzy Gustawa Holoubka kupiłem wtedy ten singiel.

Kupiłem go – tak mi się dzisiaj wydaje – bo za wszelką cenę (o ile się nie mylę, singiel kosztował wtedy 20, a może 25 złotych, a płyta długogrająca 65 lub 80, a może już nawet 120?) chciałem znaleźć coś nowego. Coś nowego i nareszcie coś swojego.

Jej „Hamlet” – choć nie miał w sobie jeszcze radykalnej drapieżności późniejszych piosenek – od pierwszych taktów brzmiał jakoś inaczej. Budowany z pojedynczych słów i krótkich fraz wydawał się raczej wyskandowany niż zaśpiewany. Nie było w nim miejsca na wokalne popisy, a zwrotki nie prowadziły do łatwo wpadającego w ucho refrenu. Ba, zamiast niego pojawiała się specyficzna wokaliza oparta na sylabie „ha”, z niemożliwą do zaśpiewania przecież spółgłoską „h”, która stwarzała wrażenie wokalnego brudu. W „zwrotkach” Kora śpiewała o nadmiarze słów i myśli, które cisną się do głowy, a w refrenie nie była w stanie, nie chciała, nie mogła, nie umiała ich wypowiedzieć. Zamieniała więc słowa i myśli w pozbawione znaczenia, rytmicznie wyśpiewywane szumy i dźwięki. Dając nam zamiast szlagwortu do podśpiewywania serię złożoną z sylaby „ha”, przy której powtarzaniu mogliśmy się co najwyżej przydusić lub zapluć.

Koncert Maanam, 1981 rok (Fot. Mirosław Stępniak/FOTONOVA, East News)

Niemniej jednak wciągający rytm tej piosenki wybijany na – obecnej w nagraniu na pierwszym planie – perkusji (grał na niej, o ile dobrze pamiętam, Benedykt Radecki z zespołu Dżamble) nie pozwalał na zaniechanie prób jej niemożliwego podśpiewywania. W ten sposób stawaliśmy się niejako wspólnikami w tej artykulacyjnej niemocy. My sami dawaliśmy się niejako wyciszyć, zakneblować. Dawaliśmy się ocenzurować. „Słowa, słowa, słowa, słowa, wyrazy cisną się do głowy” – śpiewaliśmy razem z Korą i raptem wpadaliśmy w to zatykające, odbierające dech, rytmiczne „ha ha” (które nie miało nic wspólnego ze śmiechem).

Miałem 13 lat. Nikomu nigdy wcześniej (ani też chyba nigdy później) nie udało się sprawić, bym w sposób tak bardzo fizyczny poczuł, jak odbierane jest mi prawo do głosu. Nie przez Korę i jej piosenkę oczywiście. Ale przez system, w którym żyłem. System, w którym taki 13-latek jak ja nie mógł mieć nic do powiedzenia – ani o tym, co mu przychodzi do głowy, ani o tym, co nie pozwala mu się zatrzymać. Wtedy poczułem, że muszę siebie samego odetkać. Wypluć ten tkwiący w gardle korek.

Kora, Warszawa 1992 rok (Fot. Tomasz Wierzejski/FOTONOVA, East News)

Potrzebowaliśmy do tego jej krzyku. I to nie w sensie przenośnym, ale dosłownym. Mówię „my”, bo jeżeli nas – pokolenie dzisiejszych 50-latków – w ogóle coś łączy, jeżeli mamy jakiekolwiek wspólne doświadczenie – my, którzy dobrowolnie daliśmy się pozbawić pokoleniowej wspólnoty – to jest to doświadczenie Kory i Maanamu.

Wtedy wydawało mi się, że czekam na ten krzyk całe wieki. Tym bardziej, że nie wiedziałem nawet, na co czekam. Wiedziałem, że chcę usłyszeć inne, kolejne utwory. W tym celu podłączyłem na stałe do radia, produkowany na licencji Grundiga, magnetofon kasetowy MK125, by w każdej chwili móc przycisnąć symultanicznie klawisze „play” i „record”, gdy tylko usłyszę wyczekiwaną zapowiedź (prezenterzy radiowi zapowiadali wtedy każdy odtwarzany utwór). Niestety, raz takiej zapowiedzi nie usłyszałem i piosenkę „Blues Kory” musiałem nagrać od środka. Ba, bardzo długo nie znałem nawet jej tytułu, ani nie byłem pewien, czy to jest ten sam zespół. Ten od „Hamleta”. Utwór owszem, podobał mi się, ale czy to było to, na co czekałem?

Incydent na pustyni, 1983 rok (Fot. East News)

Oczekiwany krzyk przyniosły pojawiające się w radiu nagrania z przygotowywanej pierwszej płyty. Ich radykalna drapieżność przekroczyła nasze oczekiwania. Ale kiedy te utwory zabrzmiały, wiedzieliśmy od pierwszych dźwięków, że właśnie na nie czekaliśmy. Płyta, która zaczynała się od „Stoję stoję”, a kończyła „Szarymi mirażami” zapierała dech w piersiach. To płyta, przy której mogliśmy krzyczeć i razem z którą mogliśmy krzyczeć. Dzięki której mogliśmy wykrzyczeć siebie we własnym języku; w języku, który dała nam Kora. Im bardziej ten język był niezrozumiały dla innych, im bardziej uwalniał się od obowiązujących dyskursów, tym bardziej stawał się nasz.

Koncert Maanam, 1992 rok (Fot. Tomasz Wierzejski/FOTONOVA, East News)

Kiedy Kora śpiewała „Boskie Buenos”, śpiewała go do nas – nastolatków uwięzionych w Białymstoku, Gorzowie Wielkopolskim i Kielcach. Prosto z singla Tonpressu (jeżeli oczywiście nie zgubiliśmy gdzieś nakładki na gramofon). Numer katalogowy: S-328. Ze standardową jednokolorową obwolutą. To było zanim jeszcze Kora zaśpiewała w Opolu i zanim wyszła pierwsza płyta Maanamu. Wersja zupełnie, powiedziałbym, dzika. Jakby nagrana na magnetofonie w garażu. A może nawet w piwnicy. Jakby zespół miał do dyspozycji dwa mikrofony, z których jeden zbierał muzyków, a drugi wokalistkę. Jakby ten singiel nagrał ktoś z nas i tu u nas. W Białymstoku czy Gorzowie. Raptem okazało się, że nie trzeba marzyć o niemożliwym Buenos Aires (gdzie to w ogóle jest?). Kora sprowadzała świat na nasze podwórko. I to nie importowany, ale nasz własny. Śpiewała: tu jest świat. Nie dajmy wyeksportować naszych marzeń do nieistniejącego Buenos Aires.

Na stronie B singla w tym samym garażowym stylu Kora śpiewa: „mam w domu skrzynię, skrzyyynia jest pusta, zaaaaaaaglądam do niej, w skrzyyyyyyni ka-pusta” i dalej „ach bach bach bach, uch buch buch buch, maaaaaaaaszyna w ruch, ach! ach-co-za-duch!”. Kora krzyczy, wrzeszczy, wyje, przeciąga samogłoski, skanduje sylaby, manierycznie atakuje dźwięki, wydaje nieartykułowanie odgłosy. Dziś powiedzielibyśmy: przegina i przegina się. Jest w swoim śpiewaniu przegięta. Ale to przegięcie staje się dla nas odkryciem. Staje się naszym prawdziwym językiem. Kodem, którym porozumiewamy się między sobą i którym wypinamy się na rzeczywistość: „Tylko dlatego, że jesteś nikim, możesz pogadać z drugim człowiekiem”. Skoro jestem nikim, mogę się przeginać. Jak chcę. Bo przeginać się nie wolno tylko temu, kto już stał się kimś.

Ale to już kolejny singiel (numer katalogowy: S-334) który wychodzi po występie w Opolu i ma spersonalizowaną okładkę ze zdjęciem zespołu. To w tamtych czasach rzadkość –  singiel z własną okładką. Ale wtedy już Kora jest nie tylko wokalistką, jest też – jak to się dziś mówi – ikoną. Już wiadomo, że nie tylko śpiewa, ale i wygląda. Że jest nie tylko nowym głosem, ale i zupełnie nowym obliczem. (Okładka singla wylądowała nad moim łóżkiem, przypięta do ściany pinezką).

Kora na 42 Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, 2005 rok (Fot. Mieczysław Włodarski/REPORTER, East News)

Kora zrywała ze wszystkimi obowiązującymi w polskiej kulturze tamtych czasów normami kobiecości i męskości. Można powiedzieć, że ustanawiała swój własny gender. Była kobietą na swój własny bezkompromisowy sposób. Taką przynajmniej postać tworzyła w muzyce i na scenie. I taką postać wprowadziła do powszechnej, zbiorowej świadomości.

Mogliśmy się w niej kochać i mogliśmy chcieć być kimś takim jak ona. Bez względu na płeć. Kora jednym ruchem wydobyła nas – ówczesnych nastolatków – z patriarchalnej heteronormy. Chłopcy chcieli być jak Kora i dziewczyny chciały być jak Kora. Chłopcy mogli wyglądać jak Kora i dziewczyny mogły wyglądać jak Kora. Będąc nastoletnimi fanami Kory, nie musieliśmy się odnajdywać w sztywnych ówczesnych normach męskości i kobiecości. Postać przez nią stworzona pozwalała nam na queerowanie (nie znaliśmy wówczas tego słowa) naszej tożsamości. W niej odnajdowaliśmy bezpieczeństwo.

Jej ekstremalnie krótkie włosy, jej graficzny nowofalowy makijaż, sposób, w jaki poruszała się na scenie, chodząc po niej na wpół kocim, na wpół mechanicznym krokiem, jej charakterystyczne quasi-punkowe stylizacje bardziej z ulic Londynu niż Krakowa – gdzie postpunkowa moda Vivienne Westwood z całą bezwzględnością stawiała raczej na podobieństwa między płciami niż podkreślała różnice – pozwalał nam zapomnieć o sztywnym polskim genderze tamtych czasów.

Kora złamała też w modzie granicę pomiędzy artystką a publicznością, którą wyznaczał królujący w tamtych czasach patetyczny strój estradowy. Chcieliśmy wyglądać jak Kora, bo mogliśmy wyglądać jak Kora. Była to bowiem kwestia stylu, a nie kostiumów Maryli Rodowicz czy białych garniturów grupy Vox.

Kora, 1992 rok (Fot. JAcek Domiński/REPORTER, East News)

Kiedy ubieraliśmy się jak Kora, obcinaliśmy włosy jak Kora, tańczyliśmy jak Kora nadawaliśmy własnemu ciału, a właściwie odnajdywaliśmy w nim, własny rodzaj ekspresji. Zupełnie inny niż ten, w którym byliśmy ćwiczeni w domu i szkole. A wychowywaliśmy się w czasach, w których nasze ciała poddawane było kontroli, treningowi i kształtowaniu. Tymczasem jako fanki i fani Kory mogłyśmy i mogliśmy stawać w szerokim rozkroku i rozciągać go niemal do szpagatu.

Radykalna kreacja Kory i Maanamu weszła do mainstreamu. Zyskała powszechny odbiór. Nie zamknęła się w gettcie tego, co naturalne, autentyczne i niekomercyjne, i o czym słyszało jedynie 100 osób. Kora zbudowała nową polską popkulturę. Stała się jej medium. Złamała nieprzekraczalną wcześniej granicę koncesjonowanej rozrywki. Dzięki niej świat popkultury stał się naszym światem. Naszym krzykiem, naszym skandowaniem, naszym językiem i naszym (być może) bełkotem. Podczas, gdy nisze pozostają zawsze lokalne i zamknięte we własnym gronie.

Nie chcę mówić o Korze, która odeszła. Nie mam do tego prawa. Tu głos powinien należeć do jej bliskich, jej przyjaciół; do tych, którzy znali ją naprawdę. My znaliśmy ją stąd, że ją sobie wymyśliliśmy. A właściwie to ona wymyśliła nas.

„Poczekaj trochę jeszcze pożyję bez gór, bez chmur i bez piór. Jeszcze zagarnę trochę snów wtulona w oddech twój”. (singiel Tonpressu, numer katalogowy S-417, strona B, utwór: 1984)

 

Janusz Noniewicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę