Znaleziono 0 artykułów
05.06.2021

„Jestem i Będę”: Życie z syndromem DDA

(Fot. Przemek Dzienis)

Cykl „Jestem i Będę” przybliża historie radzenia sobie z kryzysem zdrowotnym. Tym razem słuchamy opowieści dorosłego dziecka alkoholika. 

Vogue.pl łączy siły ze Storytel by jako partnerzy wesprzeć Fundację Małgosi Braunek “Bądź” i jej projekt "Jestem-Będę". Poznajemy w nim historie 11 bohaterów którzy po doświadczeniach związanych z kryzysem zdrowotnym odnaleźli drogę zdrowia na każdym poziomie. Posłuchaj rozmów z bohaterami „Jestem i Będę” przez 30 dni bezpłatnie logując się na stronę: www.storytel.pl/jestembede

Jestem DDA, czyli dorosłym dzieckiem alkoholika. Choć moi rodzice bardzo kochali mnie i moją siostrę, choroba alkoholowa zawładnęła naszym dzieciństwem. Żyłem w nieustannym napięciu. Ten strach towarzyszy mi do dzisiaj. Chorobę udało się pokonać, ale jej dziedzictwo okazało się trudne do przezwyciężenia

Za to, co działo się w moim rodzinnym domu, płaciłem wysoką cenę. Miałem niskie poczucie własnej wartości i kompulsywną potrzebę akceptacji. Wciąż się bałem, że coś robię źle.

(Fot. Przemek Dzienis)

Mechanizmy obronne

Jako dziecko wykształciłem mechanizmy obronne: zaprzeczenie, wyparcie, udawanie, że wszystko jest w porządku. Odcinałem się od sytuacji rodzinnej, bo nie mogłem udźwignąć jej ciężaru i powagi. W końcu zablokowałem emocje. Nie potrafiłem się komunikować ani ze sobą, ani z otoczeniem. Kiedyś te emocje musiały znaleźć ujście.

Doświadczenie kryzysu 

Początek mojego kryzysu sięga 2013 r. Miałem 27 lat, rozpadał się mój związek, straciłem pracę, cały rok musiałem żyć za pożyczone pieniądze. W moim domu rodzinnym też była trudna sytuacja ekonomiczna. 

Pierwszy atak paniki dopadł mnie w samolocie, tuż przed startem. Niemal wybiegłem na płytę lotniska, moja partnerka nie była w stanie mnie uspokoić. Miałem hiperwentylację i wszystkie inne fizyczne symptomy. Pomogła mi wówczas interwencja stewardesy oraz lek na uspokojenie, który dostałem od współpasażerki. Ten nagły atak paniki był dopiero początkiem. Musiało minąć dużo czasu, zanim się podniosłem.

Aneksja Krymu przez Rosję była kolejnym katalizatorem, który sprawił, że żyłem w obsesyjnym lęku. Czytałem wszystkie informacje na ten temat. Narastający lęk skutkował kolejnymi atakami paniki. Ta emocjonalna sinusoida była wyczerpująca. Później dowiedziałem się, że to błędne koło typowe dla osób z zaburzeniami lękowymi: napięcie-ulga-napięcie-ulga.

To, co działo się potem, można określić jednym słowem: szyba. Funkcjonowałem, żyłem, ale miałem poczucie, że nie biorę oddechu pełną piersią. Czułem, jakby od prawdziwego życia oddzielała mnie ta cholerna szyba.

Tłumione emocje

Życie w domu z alkoholem to nagromadzona ogromna złość, której nie umiałem wyrażać, najpierw jako dziecko i nastolatek, a następnie jako młody dorosły. Długi czas tłumiłem w sobie złe emocje. Skutkowało to coraz silniejszymi wybuchami furii z ciskaniem przedmiotami o ścianę. Nie miałem dostępu do emocji, więc czasami wybuchały jak wulkan. Nie jestem w stanie zliczyć telefonów i przedmiotów, które zniszczyłem.

Moje relacje z ludźmi były całkowicie powierzchowne. Nie miałem prawdziwych przyjaciół, byłem daleko od mojej siostry. Związku też się nie da zbudować, jest się tak bardzo niepogodzonym ze sobą i swoją przeszłością

(Fot. Przemek Dzienis)

Byłem niedostępny dla siebie i innych na wielu poziomach. Miałem romanse i relacje, ale prawdziwa bliskość z drugą osobą wymaga kontaktu z własnymi emocjami, demonami, lękami. Tworzyłem związki, w których krzywdziłem i byłem krzywdzony. Tego najbardziej żałuję.

To były związki bez partnerstwa albo związki toksyczne. Jeden z nich sprawił, że poszedłem na terapię. Dowiedziałem się tam, że muszę najpierw zrobić krok w tył: pomyśleć, kim jestem, skąd jestem, co zrobiłem i dlaczego. Zobaczyłem ból i krzywdę, której byłem powodem. Pomyślałem, że coś jest bardzo nie tak. Niczego nie cofnę, ale mogę dociekać przyczyn i wyjść z tej mrocznej gęstwiny. Powiedziałem sobie: nigdy więcej.

Terapia sprawiała, że moja szyba stawała się coraz bardziej przejrzysta. Zacząłem nabierać świadomości, co się ze mną dzieje – ataki lękowe były mniej dotkliwe. Wiedziałem już, skąd biorą się kryzysy, wciąż zdarzały mi się napady furii. Na prawdziwy przełom musiałem poczekać dłużej i przeżyć jeszcze poważniejszy upadek. 

Czarna dziura 

W 2019 r. zaliczyłem bolesne rozstanie. Okazało się, że to tylko jeden z kryzysów, które na mnie wówczas czekały. Zacząłem pić dużo alkoholu. Niemal każdy wieczór spędzałem w barze. To wszystko zepchnęło mnie z krawędzi, do której zbliżałem się całe lata.

Od świata zaczęła mnie oddzielać już nie szyba, tylko czarna dziura, która uwidoczniła się jako poważne załamanie nerwowe. Nie mogłem spać, chyba że po xanaxie. Byłem pewien, że umieram. Czułem mrowienie, ból całego ciała, miałem drgawki, destabilizujący, nieustanny, uporczywy, absolutnie pochłaniający lęk, właściwie codziennie miałem ataki paniki.

Nie wiem, jak pracowałem, nie wiem, jakim sposobem niczego nie zawaliłem. Dziś myślę, że działałem po prostu na autopilocie. Podczas nagrań do telewizji czy spotkań prowadzonych na festiwalu toczyła się we mnie walka. Zadawałem gościom pytanie i w tym krótkim momencie, gdy mój rozmówca zbierał się do odpowiedzi, czułem, jak wzbiera we mnie lęk. Jakimś cudem przestawiałem mózg z powrotem na zadanie do wykonania.

Rodzice wyciągnęli do mnie pomocną dłoń. Zaoferowali, że mogę do nich przyjeżdżać, żeby nie siedzieć samotnie w czterech ścianach. Podobnie zachowała się moja siostra, przyjaciele również nie zostawili mnie w potrzebie. Ich wsparcie było nieocenione.

Z tego okresu pamiętam zwłaszcza jedną sytuację. Przyjechałem do rodziców, żeby popracować. Byłem sam w pokoju, zajrzała do mnie mama. Zastała mnie leżącego, w drgawkach. Weszła i usiadła obok mnie. Położyłem jej głowę na kolanach, zwinąłem się w pozycję embrionalną, byłem kompletnie sparaliżowany. Milczeliśmy, a mama głaskała mnie po głowie. Pomyślałem wtedy, że w dzieciństwie alkohol zabrał mi to, co dostałem teraz. W samym środku mojego największego dramatu zdarzyło się coś naprawdę wspaniałego.

(Fot. Przemek Dzienis)

Terapia i leczenie 

Nasilające się stany lękowe skłoniły mnie do szukania pomocy. Terapeutka najpierw skierowała mnie do psychiatry po leki stabilizujące. Do dziś pamiętam pierwsze uczucie, gdy zaczęły działać. Któregoś dnia po prostu obudziłem się i poczułem, jakby ktoś przestawił mi w głowie dźwignię. Otworzyłem oczy i pomyślałem: pójdę na spacer, obejrzę film lub mecz. Pierwszy raz od dłuższego czasu miałem poczucie, że życie może być dobre. W końcu mogłem oddychać.

Terapeutka namówiła mnie na terapię grupową dla DDA i osób z rodzin dysfunkcyjnych. To zmieniło moje życie. Spędziłem kilka miesięcy z ludźmi o podobnych doświadczeniach. Raz w tygodniu uczestniczyłem w trzygodzinnej sesji. Wszystko, co wiem na swój temat, jest wynikiem głębokiej świadomości wyniesionej z terapii. Dowiedziałem się tam, czym jest kontakt z emocjami.

Byłem w strasznym miejscu, często sam na sam z lękiem i paniką. Na terapii spotkałem ludzi, którzy mówili: „hej, rozumiem cię, znam to dobrze”. Słuchanie innych było niezwykle ważną częścią procesu mojej transformacji. Doświadczyłem uzdrawiającego efektu lustra, przeglądałem się w historiach towarzyszy i towarzyszek tej podróży.

Nie potrafiłem mówić o emocjach, ubrać ich w słowa, nie miałem do nich dostępu. Gdy usłyszałem, jak inni o nich opowiadają, znalazłem słowa, którymi mogłem się posługiwać. Porozumiałem się z małym Błażejem, z tym bezbronnym dzieckiem, które wykształciło mechanizmy defensywne, by przetrwać i przekonywało dorosłego Błażeja, że ciągle musi z nich korzystać. Każdemu, kto choć trochę odnajdzie się w mojej historii, z czystym sumieniem mogę polecić terapię grupową u doświadczonych terapeutów.

Bardzo pomogła mi również aktywność fizyczna. Gdy byłem w kryzysie, budziłem się w nocy ogarnięty lękiem. Zdarzało się wtedy, że ubierałem się i biegłem przed siebie, na oślep. Z czasem zacząłem biegać regularnie, chcąc przewietrzyć głowę i dać upust emocjom. Dużo też spacerowałem. Grałem i gram w piłkę nożną – wchodzę na boisko i przez półtorej godziny nie interesuje mnie nic poza nim.

(Fot. Przemek Dzienis)

Destrukcyjne schematy pozostaną częścią mojej tożsamości. To matryca, która nigdy nie zniknie. Ale mam już skuteczne narzędzia, żeby się podnieść, gdy znów upadnę. W gorsze dni myślę: okej, widzę, że coś się dzieje, ale wiem, jak sobie poradzić. Akceptacja jest moją bronią. Jestem i będę osobą z zaburzeniami lękowym

Dobre życie 

Mam teraz dobre życie. Jestem w szczęśliwym związku, bez toksyny i krzywdy, za to z miłością i szacunkiem. Współtworzę rodzinę. Mam obok siebie rodziców, siostrę i przyjaciół. Od ponad dwóch lat jestem abstynentem.

Mogę otwarcie powiedzieć, że jestem z siebie dumny. Wielu rzeczy żałuję, przede wszystkim krzywdy, którą wyrządziłem. Wziąłem za to odpowiedzialność, zrobiłem i robię wszystko, żeby nigdy już do tego nie dopuścić. Zmieniłem swoje życie i wszedłem na dobrą ścieżkę. Zaryłem o dno i podniosłem się.

Bruce Springsteen, w którego muzyce zawsze odnajduję cząstkę siebie, powiedział kiedyś, że życie jest jak samochód, w którym jadą wszyscy: ty sprzed dziesięciu lat, ty sprzed pięciu, czterech, dwóch lat, ty w swojej obecnej wersji. Dodał, że tak będzie zawsze, ale najważniejsze jest, kto prowadzi. Wreszcie mam poczucie, że to ja jestem kierowcą.


Tekst jest częścią projektu Fundacji Małgosi Braunek "Bądź”. Cykl „Jestem i Będę” przybliża autentycznych bohaterów, ich historie poradzenia sobie z kryzysem zdrowotnym i doświadczenia z holistycznym podejściem do leczenia.

Vogue.pl jest partnerem projektu. Od listopada aż do kwietnia czytelnicy będą mogli przeczytać historię 12 bohaterów, które dopełnią fotografie zrealizowane specjalnie do projektu przez wyjątkowych fotografów. Całości towarzyszą podcasty na platformie Storytel, która jest drugim ważnym partnerem projektu. Rozmów z bohaterami prowadzonych przez Orinę Krajewską wysłuchacie w Storytel.

Więcej informacji o projekcie „Jestem i Będę” tutaj: http://fundacjabadz.pl/jestem-i-bede-projekt-fundacji-malgosi-braunek-badz-w-vogue-pl-i-na-storyrel-pl/

Wsparcie redakcyjne: Marta Malik-Ryl, Studio Słowa
Fotografie: Przemek Dzienis

Błażej Hrapkowicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę