Znaleziono 0 artykułów
25.10.2020

Demontaż atrakcji. Borat 2

(Fot. materiały prasowe)

„Borat 2” ma szansę zmienić świat swoim wybuchowym humorem. Nieustraszoną żądzą przygody, wywracania wszystkiego na plecy i ataku w miękkie podbrzusze, bez zahamowań, bez tabu, dowolnym kosztem. Dla mnie najważniejszy jest tu feminizm, który nieoczekiwanie postuluje druga część kultowej komedii. Sacha Baron Cohen schodzi na drugi plan i ustępuje miejsca Marii Bakalovej. Dzisiaj nie da się inaczej.

Dawno nic tak mnie nie zelektryzowało, jak propozycja imprezy z Boratem. Co z tego, że online. Co z tego, że o 4.30 nad ranem. Grunt, że w ten ponury czas czeka mnie zabawa VIP. Mogę wreszcie zapomnieć o tym, co dzieje się w kraju i na świecie. Uciec w taniec, używki, śmiech, do tego we własnym domu. Okutana w miękki szlafroczek z kubkiem herbaty w dłoni. Najpierw seans filmowy – wyczekiwane od lat dzieło wyemitowane premierowo na platformie Amazon Prime Video w trakcie debaty prezydenckiej Trump-Biden. Potem rozmowa z Sachą Baronem Cohenem, a właściwie z Boratem, bo aktor nie wychodzi z roli. na koniec wspólna impreza z wirtualną widownią. Łałałiła! Czy może być coś lepszego?

(Fot. materiały prasowe)

Zaczęło się super – film rzeczywiście nie zawiódł oczekiwań. A Borat party? Wprawdzie link do imprezy nie działał, ale dzielny reporter informował na bieżąco biegłą angielszczyzną: „World wide web is strong as bull and crashing Kazak internet. We purchase extra servers from great nation of USSR. Please you will keep trying!” („Światowy internet silny jak byk niszczyć kazachski internet. Ale kupujemy dodatkowe serwery od narodu radzieckiego. Próbujta!”). Jednak ekran komputera pozostał pusty. Czarny jak najczarniejszy protest, który właśnie przeszedł ulicami Warszawy. Nie było tańców, okrzyków ani popisów DJ-a. Jedyne, co udało mi się wskórać, to zrobić w internetowej fotobudce selfie utrzymane w słonecznym stylu reżimowej telewizji. Wróciłam do łóżka, a Borat przyniósł mi dziwne sny.

Najpierw o mojej 95-letniej babci, która wchodzi do mojej sypialni z wysokim wózkiem dziecięcym, takim sprzed wielu lat. Leży w nim niemowlę wyglądające jak lalka z urwaną główką. Tyle że lalka żyje, a babci kazano ją urodzić. Staruszka siada na moim łóżku i opowiada, że choć od lat słucha Radia Maryja, poddała się aborcji, gdy było to legalne, a ona była młoda. Wtedy zaczyna się drugi sen, w którym Borat, trzymając mnie za włosy, wrzuca mnie do klatki, w której będę oglądana przez polityków, bo a nuż któryś zechce się zabawić.

Koszmar zmiksowany z tego, co dzieje się w rzeczywistości i w filmie, toczy się przede mną, gdy leżę pod kołdrą, próbując odespać godziny zarwane z powodu pacyficznej strefy czasowej. „Czy kiedyś wreszcie można odpocząć?!” – krzyczę do nich wszystkich i zakrywam się po uszy. Niestety, Borat i babcia wciąż ściągają ze mnie kołdrę. Bo choć mam już wszystkiego dość, to teraz właśnie nie można odpocząć.

Jak Borat zmienił świat

Pierwszy „Borat” wprowadził do powszechnego obiegu prank i mockument w jego obecnym kształcie. Przesunął granicę tego, co wolno w komedii. Żadne z pozostałych wcieleń aktora – raper Ali G, przegięty Brüno, tępy Aladeen, czyli niby-Husajn z filmu „Dyktator” – nie zrobiło takiej furory jak Borat. Gdy dwa lata temu Cohen wrócił z serialem „Who is America?”, stworzone przezeń persony – agent Mosadu Erran Morad, fiński youtuber OMG! czy skrajnie lewicowy profesor gender studies, który w gabinecie ginekologicznym rodzi lalkę – zadziałały na zasadzie wstrząsu (może nie posikałam się, ale oblałam herbatą, spadłam z kanapy i ze śmiechu bolał mnie brzuch), ale nie zdobyły takiego uznania jak Borat. Dlaczego?

Postać wiejskiego głupka uosabia najsilniejsze przesądy, jakie hołubimy, niezależnie od tego, ile czasu mija. Bez względu na nasze poglądy, klasę społeczną i miejsce zamieszkania. Borat reprezentuje wszystko to, co zacofane, wsteczne i prymitywne. Wszystko, czym gardzimy. Nie możemy się nadziwić, że ktoś żyje w taki sposób – pozbawiony wiedzy, świadomości i zdobyczy cywilizacyjnych, które wydają się nam oczywiste. Że ktoś może być tak wulgarny, okrutny, tak bardzo nie mieć poczucia obciachu. Borat reprezentuje Trzeci Świat, który w filmie dostaje postać Kazachstanu, a język, którym posługuje się bohater, przypomina mieszaninę rosyjskiego, hebrajskiego i polskiego. Dzięki temu wiem, jak pisać po angielsku słynne „jagshemash” i „chenqui” („jak się masz” i „dziękuję”).

Może to właśnie polska perspektywa sprawia, że – oglądając Borata – zawsze czuję, iż to film trochę o nas, ludziach z szeroko pojętej Europy Wschodniej. O tym, jak nieraz jesteśmy odbierani przez Amerykanów, którzy dziwią się na przykład, że smażymy karpia na święta, gotujemy flaki, jemy kanapki z cebulą albo wypijamy surowe jajko. Ludzie, którzy mają nas za dzikusów, są w stanie uwierzyć we wszystko. Na przykład w to, że ktoś wciąż nie wie o istnieniu internetu, na smartfona mówi „kalkulator” i widząc, że ma wolny dostęp do pornografii w sieci, będzie odtąd bez zahamowań brandzlował się w publicznych miejscach. Taka scena znajduje się w „Boracie 2”, jak mówimy o nim w skrócie, bo pełny tytuł brzmi: „Borat, kolejny projekt filmowy. Dostarczenie cudownej łapówki amerykańskiemu reżimowi, by przynieść korzyści niegdyś wspaniałemu narodowi Kazachstanu”. Przypomnę tylko, że pełna wersja tytułu pierwszej części brzmiała: „Borat. Podpatrzone w Ameryce, by Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”.

Użycie tej radzieckiej nowomowy w stylistyce całości jest ważne, odnosi się bowiem do szeroko pojętej przeszłości krajów postkomunistycznych, która wciąż jest żywa. Jadąc na Zachód, nadal czujemy się trochę jak wysłannicy kazachskiego Ministerstwa Informacji. Wstydliwe historyczne pochodzenie z kraju, gdzie jeszcze niedawno nie starczało paszportów dla wszystkich, a jedzenie było na kartki, sprawia, że w różnych sytuacjach wydaje nam się, iż wciąż jesteśmy zapóźnieni. Zachód bezustannie musi nas uczyć ogłady, bo inaczej będziemy trzymać córkę na łańcuchu, pić bimber i uprawiać seks z kozą.

Borat, czyli wcielenie ciemnogrodu

Borat jako mit o wiejskim prymitywie jest spadkobiercą tradycji wschodnioeuropejskich Żydów. Wystarczy sięgnąć po opowiadania Isaaka Babla, Isaaca Bashevisa Singera czy nawet po „Skrzypka na dachu”, by zobaczyć sztetl, z którego pochodzi. Borat jest jak mędrcy z mitycznego Chełma Singera: Gronam Wół, Lekisz Kiep, Cajnwel Fujara, Trejtel Głupek, Sender Osioł oraz Szmendryk Dureń, którzy wymyślili, jak napełnić pusty skarbiec miejski. Ustalili metodę na życie wieczne polegającą na tym, by wyprowadzić się z Chełma do Dalfunki – nie wiadomo bowiem, żeby ktoś kiedykolwiek tam zmarł. Chcieli kasować za to grube pieniądze, ale bogacz nie zamierzał uiścić opłaty, mówiąc: „Jak pożyję wiecznie, to zapłacę”.

Wszyscy oszukują wszystkich, najwyższa głupota prowadzi do mądrości. To prawdy ze świata Borata. Jak w innym opowiadaniu Singera (akcja też dzieje się w Chełmie) – o głupku Szlemielu, który wędrował do wielkiego miasta, czyli do Warszawy. Gdy zasnął przy drodze, ktoś dla żartu odwrócił mu buty i Szlemiel wrócił, skąd przyszedł, sądząc, że dotarł do drugiego Chełma. A ponieważ „ziemia jest wszędzie taka sama”, został z kobietą identyczną jak Szlemielowa i z dziećmi wyglądającymi jak jego własne. Tyle że jako gość, który zastępuje nieobecnego męża – i za tę funkcję dostaje od miasta wypłatę. Szlemiel przyjmuje ten los za wspaniałą odmianę i śpiewa piosenkę, która mogłaby zabrzmieć w „Boracie”: „Dokąd nie pójdziesz, trafisz na Chełm. / Może świat cały to wielki Chełm?”.

O tym właśnie, że cały świat jest jak wielki Chełm, a raczej jak wielki Kuzcek, wioska w dawnej republice kazachskiej, mówi właśnie „Borat”. W pierwszej części jego bohater rusza na podbój Ameryki. Synowie Bilak, Biram i Hujlewis czekają na powrót taty. Nie ma mowy o córce Tucie – ona pojawi się w drugiej części. Ale poznajemy genealogię rodu: siostrę, czwartą prostytutkę w Kazachstanie, od której Borat zaraził się syfilisem, oraz niepełnosprawnego brata trzymanego w klatce, któremu inny brat zrobił trepanację czaszki podczas egzorcyzmów, by wypędzić zeń demona powodującego niepełnosprawność.

Poznajemy też stosunek Borata do małżeństwa – fakt, że ma pięć żon, a kolejną, czarną poślubia w trakcie akcji filmu. Dowiadujemy się też, że nienawidzi swego sąsiada i wierzy w każde słowo kazachskiego naukowca, który dowodzi, że kobiety nie mają mózgu. Anegdotyczny Borat to współczesne wcielenie ciemnogrodu, który musi polec w konfrontacji ze wspaniałą Ameryką. I tu właśnie zaczyna się prawdziwa satyra „Borata”.

Kim jest Sacha Baron Cohen

Gdy Sacha Baron Cohen – Brytyjczyk żydowskiego pochodzenia – przyjechał do Stanów, chciał po prostu kogoś rozśmieszyć. Dla wymyślonych przez niego postaci ważne były wygląd, akcent, wygłup, ale przede wszystkim teksty, jakie wygłaszały. Co żarty mówią o postaci? Jakim człowiekiem jest ktoś, kto w ten sposób się wysławia?

Cohen od zawsze testował swój dowcip na widzach. – Ludzie pojedynczo mogą być idiotami, ale razem jako publiczność są geniuszami – mówił. Jeśli grupa z czegoś się nie śmieje, to wina komika. Nabija się z „Hollyvot”, jakie wróżyła jemu i jego bratu sąsiadka z Hammersmith, gdy byli dziećmi. Twierdzi, że nigdy nie spodziewał się takiej kariery. Jego rodzice byli niezamożni, matka pracowała jako instruktorka fitnessu, podobnie jak babcia, niemiecka Żydówka, żyjąca w Izraelu. Żeby ją uwiecznić, Cohen nakręcił lekcję gimnastyki dla seniorów prowadzoną przez nią, gdy miała 99 lat.

Rozrzewnienie to część poetyki, która stawia na rubaszny, niecenzuralny dowcip i ostrą krytykę społeczną. Sacha odziedziczył ją po ojcu, który był niespełnionym komikiem, redaktorem londyńskiej gazety „New Middle East” i właścicielem sklepu z odzieżą męską, skąd rzekomo „każda szanująca się marka zabierała produkty, jeśli tylko chciała być w modzie”.

Zafascynowany komikiem Peterem Sellersem Cohen ćwiczył się w sztuce imitacji i wymyślał coraz to nowe postaci. Ukończył szkołę klaunów L’Ecole Philippe Gaulier, chciał wstąpić do brytyjskiej grupy teatralnej Complicité, występował w brytyjskiej telewizji. Był 1996 rok, gdy w swoim „Da Ali G Show” jako jedną z epizodycznych postać wymyślił mołdawskiego reportera. Tak narodził się Borat. Dziś widać, że zanurzony głęboko w duchu lat 90. koncept tej postaci wciąż jest aktualny.

Podbój Stanów Zjednoczonych Cohen (proroczo?) zaczął od Donalda Trumpa. To właśnie z nim spotkał się w 2003 roku jako Ali G, który proponuje miliarderowi biznes – inwestycję w swój wynalazek: rękawiczkę do jedzenia lodów, dzięki której ręka się nie klei. Potem jako Borat wypróżnił się pod jednym z wieżowców Trumpa.

Po co Cohen wrabia ludzi

Gdy Trump został prezydentem, Cohen, który dotąd rzadko zabierał publicznie głos jako on sam, stał się bardziej zaangażowany politycznie i społecznie. W 2019 roku odebrał od Anti-Defamation League nagrodę International Leadership Award za walkę z bigoterią i przesądami. W mowie, którą wtedy wygłosił, krytykował Facebooka, YouTube’a, Twittera i Google’a za stworzenie największej machiny propagandowej w historii. Piętnując efekt systemowego promowania skrajnych opinii, fake newsów oraz zamykania użytkowników platform społecznościowych w informacyjnych bańkach, stworzył mockumentalny serial „This is America?”. Jego bohaterowie są właśnie produktami takiego świata. Zostali zmanipulowani, więc wierzą w teorie spiskowe, nie wstydzą się najgorszych uprzedzeń i totalnych głupot wygłaszanych z miną kogoś, kto przejrzał świat na wylot. Dziś nazwalibyśmy ich płaskoziemcami, idiotami, którzy wierzą w reptilian albo w plandemię.

Cohen rozmawia właśnie z takimi ludźmi. W „Who is America?” jako agent Mosadu uczył ich, jak obrazić muzułmanów, ocierając się o nich pośladkiem, co sugerowałoby, że są homoseksualistami. Zadziwiające, jak chetnie trenowani przez niego urzędnicy robili to z okrzykiem „Wiwat Ameryka!”. Oraz jak łatwo kompromitowali się politycy – vide Dick Cheney składający autograf na waterboardzie, narzędziu tortur.

Jednym z głównych powodów do śmiechu w prankach Cohena jest niedowierzanie, jak to możliwe, że ktoś daje się na to nabrać. Jakim cudem aktor O.J. Simpson zostaje prawie zmuszony do przyznania się do winy przez włoskiego multimilionera i playboya Gia Monalda (kolejne wcielenie Cohena), który też jest ladykillerem i opisuje mu ze szczegółami, jak unieszkodliwił swoją żonę. Przecież nikt nie jest chyba aż tak głupi. A przynajmniej „my byśmy nie dali się tak wrobić”. Czy aby na pewno?

Kobieta na pierwszym planie

W nowym „Boracie” ta strategia doprowadzona jest do perfekcji. Bohater wkracza na konferencję republikanów, na której – tuż na początku pandemii – występuje wiceprezydent Mike Pence. Kazachski dziennikarz chce mu ofiarować w prezencie od władz swego kraju swoją 15-letnią córkę. Przebiera się więc w toalecie za Donalda Trumpa i kładzie sobie na ramieniu kobietę w podartych rajstopach. W końcu zostaje wyprowadzony, ale udaje mu się nawiązać kontakt z politykiem, krzycząc do niego: „Mike Penis, jesteś zwolniony!”.

Głównym tematem „Borata 2” jest szowinizm: #metoo, traktowanie kobiet jak podrzędnych istot, władza nad ich seksualnością, rozrodczością i składanie ich w ofierze męskim bestiom. Dlatego w centrum filmu wcale nie znajduje się Borat, lecz Tuta, jego 15-letnia córka, która dotąd nie znalazła męża – była bowiem tak brzydka, że przykuto ją łańcuchem w stodole. Przedostaje się więc do Ameryki za Boratem zamknięta w skrzyni, po drodze zjadając transportowaną razem z nią małpę, najmądrzejszego obywatela Kazachstanu, który miał być łapówką dla władz Stanów Zjednoczonych, by niegdyś wspaniały naród mógł znów rosnąć w siłę.

Tutę świetnie gra bułgarska aktorka Maria Bakalova, znana z włoskiej „Gomorry” i bułgarskiego filmu „Ojciec”, choć jej personaliów nie podano w napisach filmu (widnieje tam nazwisko Ireny Nowak znanej wyłącznie z polskiego filmu „Róg Brzeskiej i Capri” z 1979 roku w reżyserii Krzysztofa Wojciechowskiego, który jakimś cudem wynaleźli w archiwach TVP researcherzy Cohena). Dojrzewanie bohaterki do emancypacji zaczyna się od dobrowolnego siedzenia w klatce i oglądania „Melanii”: bajki o kolejnej księżniczce Disneya, małżonce Trumpa. Tuta chce żyć w złotej klatce jak Melania – to horyzont jej marzeń. Przysmakiem dziewczyny jest surowa cebula; jak wspomniałam, żywcem je zwierzęta; biegnie za samochodem ojca, nie mając śmiałości wsiąść do środka; a nade wszystko wierzy, że dotknięcie własnej pochwy może prowadzić do tragedii, gdyż vagina dentata połyka kobiety, które chcą się masturbować.

Rudy Giuliani z ręką w spodniach

Tuta zostaje ucywilizowana w trakcie przygotowań do roli prezentu. Ojciec kupuje jej suknię, szukając w salonie sekcji ubrań, w których kobiece „nie” znaczy „tak”. Pozwala jej zjeść ciastko z kremem, a ona przy okazji połyka wieńczącą deser plastikową lalkę. W rezultacie oboje trafiają do chrześcijańskiego punktu pomocy ciężarnym, gdzie w wyniku nieporozumienia sugerują, że nieletnia zaszła w ciążę z ojcem, i żądają aborcji. Katolicki ginekolog wierny klauzuli sumienia nie może się nadziwić i zupełnie jak we współczesnej Polsce  radzi, by dziecko z gwałtu urodzić. Tuta w końcu nie rodzi, lecz wydala figurkę w męskiej toalecie, na co inni jej użytkownicy prawie nie reagują.

W filmie jest wiele scen, które szeroko otwierają oczy, biczują społeczeństwo, ale przede wszystkim śmieszą do łez. Choćby bal debiutantek, na którym Tuta wraz z ojcem wykonuje taniec płodności, eksponując krew miesięczną, która rozlewa się jej w kroczu. Albo próba zrobienia sobie operacji powiększania piersi w klinice chirurgii plastycznej, by jeszcze bardziej przypodobać się przyszłemu właścicielowi. Tu na scenę wchodzi Rudy Giuliani, były burmistrz Nowego Jorku i kumpel Donalda Trumpa, który zostaje wkręcony w możliwość seksu z młodą dziennikarką, przeprowadzającą z nim wywiad.

„Borat 2” oskarża go w imieniu wszystkich osób, które zostały wykorzystane przez władzę, o promiskuityzm i chęć odbycia stosunku seksualnego z kobietą o wiele młodszą i podrzędną w hierarchii, a ponadto przypadkową osobą, którą właśnie spotkał na planie zdjęciowym. Widzimy, jak mężczyzna leży na łóżku i rozpina sobie spodnie. Trudno uwierzyć, że tak dalece dał się nabrać. Fakt, iż jednak tak się stało, pokazuje, jakie praktyki w oświeconym, amerykańskim społeczeństwie, na szczytach władzy są na porządku dziennym. Kuzcek jest bardziej zacofany od Nowego Jorku?

„Borat 2” postuluje feminizm

Kampania, jaką toczy Sacha Baron Cohen w najnowszym filmie, jest sprawą nas wszystkich. Zresztą robi to nie tylko w „Boracie 2”, lecz także jako Abbie Hoffman w „Procesie siódemki z Chicago” Aarona Sorkina – niestety, dużo gorszym filmie.

„Borat 2” ma szansę zmienić świat swoim wybuchowym humorem. Nieustraszoną żądzą przygody, wywracania wszystkiego na plecy i ataku w miękkie podbrzusze, bez zahamowań, bez tabu, dowolnym kosztem. Jeśli komedia wciąż ma wartość rewolucyjną, to objawia się ona właśnie w „Boracie”. Film świeży, aktualny, nakręcony w pandemii, bezpośrednio się do niej odnosi. Borat w przebraniu farmera-kowboja występuje w nim na prawicowym wiecu w Olympii, stolicy stanu Waszyngton, i śpiewa piosenkę wzywającą do celowego zakażenia covidem-19 Baracka Obamy, Anthony’ego Fauciego i innych. Zebrani na pikniku ludzie wtórują mu: „Obama, what we gonna do? Inject him with the Wuhan flu”. Pytacie, jak to możliwe? Jak tak dalej pójdzie i nie opamiętamy się w szerzeniu głupot, Borat będzie miał kolejne części co roku, a nie jak dotąd – co 14 lat.

Dla mnie najważniejszy jest feminizm, który nieoczekiwanie postuluje druga część kultowej komedii. Wspaniale, że Sacha Baron Cohen, wracając do swojej postaci po tak długiej przerwie, potrafi zejść na drugi plan i wprowadzić jako główną bohaterkę córkę Borata – bo kariera Bakalovej na pewno wystrzeli po tym filmie. To znaczące, że nieznana młoda dziewczyna gra tu pierwsze skrzypce. Lecz właściwie dzisiaj nie da się inaczej. Tylko poprzez takie bohaterki można coś zmienić.

Mówi się, że to jedyny sposób na mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Podstawić im pod nos ten sam problem, tylko dotyczący córki. Nawet nie matki czy żony, bo z tymi może akurat mieć na pieńku. Lecz córki, którą tatuś kocha bezgranicznie. To właśnie ona ma służyć za seksualny prezent. Ma być uprzedmiotowiona i upokorzona. To ona ma rodzić zdeformowane płody i jeszcze chcieć zachodzić w kolejne ciąże, by powiększać naród.

W „Boracie 2” Tuta przechodzi metamorfozę uleczona przez ojcowską miłość. Zmienia się on sam, dojrzewając do tego, by dać jej wolność, a ponadto wpuścić córkę do swego zawodu, odtąd stanowiąc z nią dziennikarski duet. To piękny, symboliczny gest przekazania władzy, morał i marzenie w jednym. Świat to jeden wielki Chełm, a my jego Boratami.

 

Film można obejrzeć na platformie Amazon Prime Video.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę