Znaleziono 0 artykułów
25.04.2020

Demontaż atrakcji: „Dirty Dancing”

„Dirty Dancing” (Fot. East News)

W Polsce początku lat 90. „Dirty Dancing” był jedną z lekcji, jak być feministką, a nie traktorzystką. Historia dziewczyny z zamożnego domu i pięknego tancerza niesie zresztą więcej lekcji. Choćby o tym, że kobiety mogą się wspierać, a mężczyznom wolno płakać. Akcja filmu dzieje się w chwili, gdy stary system chyli się ku upadkowi. Jak każda rewolucja, ta też jest erotyczna.

Ach, jak wspaniale było zachorować na ospę wietrzną! Rodzice kupili nam wtedy magnetowid marki Akai, żebyśmy zamknięci w domu mieli co robić. Cieszyłam się, że przechodzę wiatrówkę ciężko i długo, z wypryskami nawet na powiekach, dzięki czemu spędzam miesiąc pod kołdrą. Wreszcie mogłam w kółko oglądać i udawać, że się nie drapię, czekając aż rodzice wrócą z pracy. To wtedy odkryłam „Wirujący seks”, który wzięli z wypożyczalni dla siebie. Już sam tytuł sprawiał, że 10-latka strzygła uszami. Jak mogłabym tego nie obejrzeć! Podobnie jak kolekcji magazynu „Pan”, zakitranych w skrzynce na narzędzia przez mojego tatę. A jednak film, w którym ani razu nie widać pośladków, sutków i wszyscy są zawsze ubrani, podniecił mnie znacznie bardziej niż opalone gołe baby wylegujące się na lśniących karoseriach zagranicznych aut. Zrozumiałam, że istnieją różne rodzaje erotycznej wyobraźni: jedną uruchamiał zmysłowy taniec, inna posługiwała się szokiem obnażenia, a wiele innych miałam dopiero poznać.

„Dirty Dancing” (Fot. East News)

W każdym razie polski przekład „Dirty dancing”, potem wyśmiany wraz z „Elektronicznym mordercą” („Terminatorem”) czy „Orbitowaniem bez cukru” („Reality bites”), brzmiał tak jak parę lat wcześniej śpiewał Krzysztof Antkowiak: „Zakazany owoc dumnie krąży mi nad głową/ Zakazany owoc marzeń ciemnych tabu”. Ów „Wirujący seks” działał na wyobraźnię, bo przecież prawie nikt wtedy nie znał angielskiego. Ekscytację zapowiadał też oryginalny napis na plakacie, jakby namazany różową szminką na lustrze, ale nie takim w ciemnej łazience z grzebykiem i kremem do golenia w tubce, lecz na barwnym lustrze teatralnym, okolonym żarówkami jak w garderobie gwiazdy. Prawie widziałam, jak pisze go na ekranie naszego wypukłego telewizora jakaś bogini seksu z długimi różowymi paznokciami i tapirowaną grzywką. O dziwo, w filmie wcale takiej babki nie było!

Była za to zwyczajna nastoletnia dziewczyna, która tak jak ja musiała jeździć z rodzicami na wakacje do miejsc, które oni uważali za fajne. Wprawdzie ona jeździła do Catskills, a my do Karpacza albo Kołobrzegu. Ona do ekskluzywnego resortu Kellerman's położonego w „barszczowym pasie” (Borscht belt nazywano hotele, gdzie regularnie bywali wschodnioeuropejscy Żydzi więc barszcz musiał znaleźć się w menu). My w „Złotym Potoku” gotowaliśmy sami, zawsze w tym samym domku letniskowym, jaki w jidysz nazwano by kuchelein. Gdy akurat było więcej pieniędzy, jeździliśmy do hotelu „Bałtyk” i tu już jadało się w restauracji przy stoliku z numerem naszego pokoju. Mnie i tak interesowała głównie integracja z młodzieżą, oby jak najbardziej rozrywkową. Dyskoteki w „Węglu Brunatnym” do dziś pamiętam jako przełomowe, gdy wreszcie udało się z kimś pocałować, parę lat po „Wirującym seksie”. Widać nie tylko ja oglądałam go spocona z przejęcia, bo przez kolejne lata piosenki z tego filmu leciały na każdej dyskotece i wciąż lecą niemal na każdym weselu. Co zawsze przejmuje mnie zdumieniem, bo przecież „(I've had) The Time of My Life” znaczy, że najlepszy czas życia już minął.

Gdy dziś po raz nie wiem który oglądam ten film, uderza mnie, jak mocno jest erotyczny. Już w czarno-białej czołówce nagie uda, wypięte biusty, odchylone szyje poruszają się w zwolnionym tempie. Pożądanie kipi z tańczących ciał, spojrzeń, dłoni przesuwających się przez pachę w dół. Spadają kolejne części garderoby, ale nie widać żadnej golizny na ekranie. Dziś nie groziłaby mu cenzura na fejsbuku, ani nie trzeba by mu nic dorabiać w CGI jak pośladkowi Daryl Hannah w „Splash”, który Disney+ zakrył skleconymi na kolanie efektami specjalnymi.

„Dirty Dancing” (Fot. Getty Images)

Nie ma więc w „Dirty dancing” tzw. momentów, a jednak żaden taneczny film tamtych czasów nie dorównuje mu pod względem podniecenia: ani „Footlose”, ani „Flashdance”, ani nawet mój ukochany „Fame” w wersji serialowej. Może tylko wcześniejsze filmy z Travoltą: „Gorączka sobotniej nocy” i „Grease” mają w sobie coś z tej rebelii pożądania, jaka wtedy wyrażała się w tańcu. Takim, gdzie nie liczyły się kroki, tylko bicie serca, który był obietnicą emancypacji: społecznej, obyczajowej, politycznej. Rewolucja samym uwodzeniem, bez „dowodu miłości”?

Kto wie, czy podobny efekt wzbierającego pożądania, które nie może znaleźć ujścia, chcieli osiągnąć twórcy „Too Hot to Handle”, reality-show, który teraz leci na Netfliksie. Dzieci oglądają go zamiast lekcji online i być może czują to samo, co ja wtedy. Marzą kolejną rewolucję seksualną. Jeśli jednak świadomie rozpalać fantazje, to lepiej z pomocą „Dirty dancing”, dostępnego na tej samej platformie, lepiej zrealizowanego i z feministycznym przesłaniem.

„Dirty Dancing” (Fot. East News)

Eleanor Bergstein długo chodziła z tym scenariuszem zanim udało jej się znaleźć producenta. Wierzyła w pomysł, bo oparła go na swoich doświadczeniach: wychowała się w rodzinie lekarskiej nowojorskich Żydów, na wakacje jeździła do Catskills, była mistrzynią mambo nastolatków i pracowała wakacyjnie jako instruktorka w szkole tańca, więc postaci Babe i Johny'ego wzięła z własnego życia. Tak samo jak relację z ojcem, siostrą Lisą, matką oraz podziały klasowe, jakie obserwowała wokół siebie.

Film portretuje ostatnie wakacje Frances, która wciąż pozwala mówić do siebie Babe, czyli Kochanie. Podczas nudnych wczasów z rodziną, poznaje tancerza Johnny'ego i instytucję „dirty dancing” – podziemia tanecznego, wywodzącego się z namiętnej, czarnej muzyki, gdzie młodzi ludzie w swobodnym ruchu wyrażają najskrytsze pragnienia. Zauroczona Babe chce wejść w ten świat, więc oferuje, że zastąpi Penny, partnerkę i byłą dziewczynę Johny'ego na pokazie mambo, od którego zależy ich płaca i dalsza praca. Załatwia też dla Penny pieniądze na nielegalną aborcję, której tancerka musi dokonać, bo jej kochanek, kelner Robbie umył od tego ręce. Babe nie pyta, czy Penny chce zachować ciążę, nie podaje w wątpliwość jej decyzji, tylko działa na rzecz innych. Rozwija się w empatii, w tańcu, w seksie. Zostaje motorem zmian w swoim otoczeniu.

„Dirty Dancing” (Fot. Getty Images)

Szef hotelu Kellerman rekrutuje kelnerów wśród studentów Yale i Harvardu i nakazuje im umilać pobyt córkom gości, obiecując, że mogą tu poznać dobre partie. Sam oferuje jako kawalera swego następcę – rozpieszczonego i apodyktycznego narcyza. Nie wiem, czy wam też oferowano kiedyś jakichś kawalerów, ale ja do dziś myślę o tych nieszczęsnych chłopakach z obrzydzeniem. Wydawało mi się, że byli to najsłabsi, najbrzydsi i najbardziej nadęci goście, jakich znałam, choć pewnie padli ofiarą nadziei starych, że a nuż przypadniemy sobie do gustu. W tym świecie członkowie poszczególnych kast powinni zostać tam, gdzie ich miejsce. „Do biedronki przyszedł żuk/ w okieneczko puk, puk, puk”, a ona i tak wyszła za muchomora, bo był piegowaty tak jak ona. Podsuwano nam więc takie muchomory.

Wszystko ma zostać w rodzinie. Zdrady małżeńskie, niechciane ciąże, poronienia zamiata się pod dywan. Kobiety, które jeżdżą na urlop same z dziećmi (mężowie dojeżdżają tylko na weekendy) nazywa się „domowymi króliczkami”. Pamiętam takie panie z każdych wakacji, współczułam im, bo co z tego, że miały tyle pieniędzy, skoro, by wydać je na cokolwiek, potrzebowały zgody męża. W jednej ze scen „Dirty dancing” taki mąż daje pieniądze Johnemu na „dodatkowe lekcje tańca” dla żony, aby sam mógł grać w karty do późna, a ona była zadowolona. To moment, gdy Johny wreszcie wychodzi z układu, przestaje grać rolę, jaką mu wyznaczono. Przebudziła go właśnie Babe, czyli Frances, nazwana tak od polityczki Frances Perkins, pierwszej kobiety, która weszła do amerykańskiego rządu i pełniła funkcję Sekretarza Pracy podczas II wojny światowej. Babe też jest na wojnie. Walczy o to, żeby niektórzy ludzie nie byli mniej ważni od innych, dlatego pomaga Penny, choć przecież mogłaby być zazdrosna o byłą dziewczynę Johny'ego i wykorzystać sytuację.

Akcja filmu dzieje się w chwili, gdy stary system chyli się ku upadkowi. Jak każda rewolucja, ta też jest erotyczna. Dziadek Kellerman zauważa, że młodzi nie chcą już grać w krykieta ani rzucać podkową, nie będą już przyjeżdżać do rodzinnego kurortu pod Nowym Jorkiem, tylko wszyscy kierują się ku Europie. „23 kraje w trzy dni”, kpi z tego pomysłu. Ale jednocześnie akceptuje pokoleniową zmianę, podobnie jak ojciec Babe, który ostatecznie staje za wyborem córki. Po co w tym wszystkim seks i to taki, którego nie ma na ekranie? „Dirty dancing” opowiada historię rewolucji seksualnej z punktu widzenia lat 80. Na ekranie jest rok 1963, przed zabójstwem JFK, zaangażowaniem USA w wojnę w Wietnamie, przed Woodstockiem i przed Beatlesami. Wszystkie te przyszłe zmiany wciela właśnie Babe, idealistka i aktywistka, która ma odwagę dokonywać własnych wyborów.

Oglądamy więc rozwój świadomości uprzywilejowanej dziewczyny, która w pierwszej scenie czyta książkę „Los chłopa” (Plight of the Peasant), w rzeczywistości będącej wierszem walczącym z krzywdzącym poglądem, że „biednyś bo głupiś, a głupiś bo biednyś”. Zamierza studiować ekonomię państw nisko rozwiniętych i wstąpić do Korpusu Pokoju. „Babe zmieni świat”, mówi jej ojciec, „a Lisa go udekoruje”, jak złośliwie wbija szpilę siostrze bohaterka.

„Dirty Dancing” (Fot. East News)

Jak więc realnie ten świat zmienia? Tańcząc i uprawiając seks? Owszem, ale też robiąc coś więcej: wstawia się za ludźmi pozbawionymi przywilejów, pomaga im i osobiście się angażuje. Gdy Johny jest oskarżony o kradzież portfela gościa, któremu odmówił dodatkowych lekcji dla żony, Babe wpada na trop złodziei – pociesznej pary staruszków, krążących po hotelach. Co więcej – żeby miał alibi, przyznaje rodzicom, że spędziła z nim noc. Ryzykuje, że zostanie odrzucona przez swoją grupę społeczną. Właśnie za tę odwagę podziwia ją Johny, w finałowym spektaklu na koniec sezonu urlopowego dziękując jej ze sceny. Niesłychane, że zamiast chwalić ją, jaka to jest ładna i mądra, docenia ją za to, co zrobiła. Usłyszeć takie słowa wciąż jest rzadkością. Na początku lat 90., gdy film dopiero wszedł do dystrybucji w Polsce, była to jedna z lekcji, jak być feministką, a nie traktorzystką. Podobnie jak stosunek Babe do Penny był lekcją, jak podziwiać i wspierać inną kobietę zamiast jej zazdrościć. A łzy ojca w kłótni z córką były lekcją o miękkiej męskości.

W momencie premiery krytykowano „Dirty dancing” za to, że jest płytki i przewidywalny. Ludzie są tu nieskomplikowani: bogaci są źli, a biedni dobrzy. Jak nie przymierzając w „Titanicu” o podobnym przesłaniu. Johny jest wymysłem o naiwnym mężczyźnie na usługach kobiet, szlachetnym i niewinnym. Ot i chłopomania? Gdy pod wpływem „Dirty dancing” zapisałam się do szkoły tańca, poznałam paru tancerzy, którzy uciekali z przemocowych rodzin w estetykę piór, przyklejanych rzęs i lśniących kamieni, drobnymi kroczkami stawianymi w lakierkach na parkiecie. Uczyli tańca starsze panie, wzbudzali sympatię i podziw. Mogli zdawać się tylko fordanserami, ale był to dla nich jakiś etap w drodze do emancypacji. Dlatego wierzę w Johny'ego i chcę też wierzyć w Babe, że istnieje. Nie jest pokazana jako obiekt seksualny, choć w filmie ma 17 lat (Jennifer Gray grając ją miała 27 lat) i mogłaby stanowić wabik dla widza. Jeśli już ktoś jest wabikiem, to Patrick Swayze (35 lat) z nagim torsem, w wyszczuplającym gorsecie w spodniach. Choć film podkreśla jego wdzięk, to go nie uprzedmiotawia. To nie przypadek ówczesnej „Błękitnej laguny”, gdzie mieliśmy sycić się urodą współczesnych dzikusów czy obecnego „Too hot too handle”, gdzie ponoć oglądamy męki najseksowniejszych ludzi świata. W „Dirty dancing” bohaterowie są właścicielami swoich ciał i świadomie decydują o swoim pożądaniu. Ich relacja jest dojrzała. Nie pada żadne „kocham cię”, ani „nie mogę bez ciebie żyć”, seks nie jest warunkiem szczęścia, a gdy żegnają się, towarzyszy im smutek, ale nie tragedia. Bo tragedia to, zdaniem Babe, mnisi palący się w protestach w Tybecie, a nie miłosne problemy. Każde spotkanie zmienia optykę, człowiek rozwija się dzięki innym ludziom. To oni pomagają zrozumieć teorie, wyłożone w książkach. To oni są praktyką.

Czy Babe kolonizuje świat swoją wakacyjną przygodą? Poznaje świat, o jakim nie wiedziała. I może po to jest cały ten seks i rewolucja, jaką obiecuje? Żeby ludzie jak najbardziej różni, odlegli od siebie, zaczęli się spotykać? Żeby zatarły się podziały, które i tak były sztuczne? Może to zbyt wiele. Przecież „Dirty Dancing” czy o dekadę późniejszy „Titanic” nie miały ambicji diagnozy, lecz chciały nas uwieść, rozpalić i wizja społeczna emanowała z nich mimochodem. Jeśli więc w latach 80. wierzono we wspólną sprawę, to w 90. zatopiono ją jak transatlantyk. Ludzie, którzy wybrali moc przemiany miłości, odeszli do lamusa ekranizacji XIX-wiecznych powieści lub do wesołego miasteczka komedii romantycznych.

Może więc „Dirty dancing” jest ostatnim filmem, który wierzy w wywrotową siłę pożądania? I to nieskonsumowanego na ekranie? Warunkiem tej rewolucji jest wyobraźnia. Pożądanie, które rodzi się z tego, czego nie widać. Chęć do przekroczenia dystansu choćby w naszych głowach.

Adriana Prodeus
Komentarze (1)

Gość21.08.2021, 12:06
Recenzja mocna i cierpka jak i sam film ❤️
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę