Znaleziono 0 artykułów
29.12.2022

Wszystko, czego (błędnie) nauczyłam się o miłości z „Jak stracić chłopaka w 10 dni”

29.12.2022
Fot. Everett Collection/East News

Żaden mężczyzna nie uciekłby od Andie Anderson. Prawda jest taka, że mogłaby zwymiotować na niego, a on powiedziałby: „Zrób to jeszcze raz!”. Te słowa wypowiedziane przez Michelle Rueben, graną przez Kathryn Hahn, w „Jak stracić chłopaka w 10 dni” prześladują mnie od 18 lat.

Jeśli jakimś cudem przegapiłaś tę kultową komedię romantyczną z 2004 roku, to przypomnijmy, że opowiada ona historię Andie (Kate Hudson), redaktorki ilustrowanego czasopisma, i szczególnie uzdolnionego kierownika ds. reklamy Benjamina Barryego (Matthew McConaughey), radzących sobie z różnymi miłosnymi wyzwaniami lub HR-owymi koszmarami – zależy od punktu widzenia. W skrócie: on, by zdobyć ważnego klienta, musi sprawić, żeby kobieta zakochała się w nim w 10 dni, a ona musi odstraszyć od siebie mężczyznę na potrzeby swojego artykułu. Trafiają na siebie i tak zaczyna się cała historia.

Jednak wróćmy do Andie, nieprzemijającego źródła mojego niezadowolenia. Winię tę postać za wiele z moich miłosnych porażek. Jest bowiem kobietą, którą zawsze chciałam się stać, ale nigdy mi się nie udało. Dyskretnie pewna siebie, niewymuszenie piękna, świetnie wyglądająca w sukience z odkrytymi plecami, Andie to cool girl.

Dziś ten zbyt dobrze znany typ jest krytykowany do znudzenia. Jako rodzaj kobiecości, skonstruowany według tego, jak chcieliby ją postrzegać mężczyźni, oraz figura opresji seksualnej cool girl dużo częściej podlega demontażowi niż pozytywnemu przedstawieniu. Najsłynniejszym tego przykładem może być bestseller „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn z 2012 roku.

„Cool Girls nigdy się nie złoszczą” – pisze autorka powieści. „Uśmiechają się jedynie w pełen rozgoryczenia i miłości sposób i pozwalają swoim mężczyznom, by robili wszystko, na co tylko mają ochotę”. Zachowują się też jak faceci, przynajmniej w stereotypowym tego znaczeniu. Ponieważ, jak sugeruje Flynn, bycie cool girl oznacza też uwielbienie dla piłki nożnej, pokera, niesmacznych żartów, bekania, gier wideo, taniego piwa i seksu. Poza tym cool girl „pakuje sobie do ust hamburgery i hot dogi, jakby przewodziła największą na świecie kulinarną orgią, a przy tym jakimś cudem ciągle nosi rozmiar xxs”.

Ostatnio takie wyobrażenie kobiety zwróciło uwagę TikToka, choć tam określane jest nowo powstałym terminem „chill girl”. Jedna z użytkowniczek nawoływała swoje obserwatorki hetero, by „przestały się przejmować, czy są spoko” przy mężczyznach, z którymi się spotykają – to wideo szybko stało się wiralem, dając początek dyskusji, w związku z którą tysiące innych użytkowniczek nawołuje do „śmierci chill girl”. 

Andie w pełni uosabia te rodzaje postaci. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby film nie wynagradzał jej zachowania w najbardziej oczywisty sposób. Sam pomysł na artykuł Andie inspirowany był Michelle, jej przyjaciółką, którą właśnie rzucił mężczyzna o imieniu Mike. „Dlaczego to zawsze mnie się przydarza?” – szlocha Michelle, wspominając o tym, że po dwóch dniach znajomości powiedziała Mikeowi, że go kocha, płakała po pierwszym seksie, a w ciągu kolejnych dni obsesyjnie do niego wydzwaniała.

Jako dobra przyjaciółka Andie zapewnia Michelle: „Gdybym zrobiła te same rzeczy co ty, też zostałabym porzucona”. Potem następuje kolegium redakcyjne, w czasie którego Andie prezentuje swój pomysł na artykuł o tym, jak straci chłopaka w 10 dni, a zamierza to zrobić, kopiując działania swojej najlepszej przyjaciółki. Idea jest taka, że Andie będzie taką samą wyluzowaną dziewczyną jak zawsze, by „złowić faceta”, a potem, następnego dnia, „wyłączy ten prąd”.  

I oto jej plan działa. Na pierwszej randce Andie i Benjamin zamawiają homara. Ona je rękami, pije piwo z butelki i odpowiada pojedynczymi słowami, niczego nie zdradzając na swój temat, by dać mu przestrzeń na wypełnienie tych luk jego fantazjami. Jest spokojna, pewna siebie i, co najważniejsze, emanuje tak zwaną męską energią. Benjamin natychmiast łapie haczyk.

Potem, jak można było przewidzieć, gdy Andie rzeczywiście „wyłącza prąd”, zniechęca go do siebie. Zamienia się w hiperkobiecego cyborga, nosi sukienki w stylu lat 50., zmienia wystrój jego łazienki za pomocą różowych akcesoriów, a nawet tworzy „próbny” album z cyfrowo wykreowanymi zdjęciami ich przyszłych dzieci. A także nazywa jego penis "Księżniczką Zofią". Jedynym powodem, dla którego Benjamin nie ucieka, gdzie pieprz rośnie, jest to, że sam musi wygrać zakład: jeśli nie doprowadzi do tego, że Andie wyzna mu miłość, straci potencjalnego klienta. Zatem zaciska zęby i czeka.

Spoiler alert: W końcu, w czasie wyjazdu do rodzinnego domu Benjamina w Staten Island, Andie przestaje udawać. Z powodów, które nigdy nie zostają porządnie wyjaśnione, podczas tego wydarzenia jest jej zbyt trudno pozostawać personą odstraszającą mężczyzn, powraca więc do bycia cool Andie. Zgadnij, co dzieje się potem? Benjamin zakochuje się w niej.

A więc pozornie zasadnicze przesłanie tego filmu głosi, że aby odnaleźć miłość, trzeba być sobą. Jednak to działa tylko wtedy, gdy „sobą” jesteś tak wyluzowana jak Andie, a nie tak zwariowana jak Michelle. Na tym podziale zasadza się fabuła. Z tego powodu zachowanie Andie służyło jako podręcznik dla kobiet hetero z całego świata. Bądź jak Andie, by zdobyć faceta, bądź jak Michelle… a go odstraszysz.

Bardzo starałam się być cool girl, szczególnie z mężczyznami, z którymi spotykałam się zaraz po dwudziestce. Udawałam zainteresowanie sportem („Proszę, powiedz mi, czym jest spalony”), kłamałam na temat muzyki, której słucham („Och, uwielbiam mało znane utwory disco z lat 70.!”), a nawet potrafiłam przyjąć sposób mówienia gracza, przechwalając się, jak świetna jestem w „COD” („Call Of Duty”) i „jak bardzo jest to lepsza gra niż seria Halo”. Chciałam, by mężczyźni, z którymi się spotykam, myśleli, że jestem inna niż pozostałe dziewczyny. Że mam takie same zainteresowania jak oni i że nie pragnę desperacko uwagi i miłości, nie jestem natrętna, nie domagam się niczego ani nie mam żadnej sprawczości; przyjmuję to, co oni mi dają, czując się przy tym komfortowo.

Smutne, że to działało – a ja na własnej skórze przekonałam się, że właśnie tego chcą ode mnie mężczyźni. Przykładem jest mój były, który opisał mi kiedyś swój ulubiony typ dziewczyny, wskazując na znaczenie jej „niefrasobliwości i kości policzkowych”; obie cechy są charakterystyczne dla cool girl. Ja nie posiadałam żadnej z nich – ale wypełniałam inne instrukcje najlepiej, jak umiałam, ukrywając swoje uczucia i oglądając na YouTubie instrukcje robienia makijażu podkreślającego kości policzkowe.

Wiem, że może to brzmieć niedorzecznie. Ale nawet teraz, gdy mam 28 lat, trudno jest mi powstrzymać się przed odgrywaniem cool girl, gdy poznam kogoś, kto mi się podoba. Robię to częściowo dlatego, że jestem przerażona, że ktoś mógłby zaszufladkować mnie jako jej przeciwieństwo.

Sposób, w jaki film przeciwstawia sobie Andie i Michelle, jest mistrzostwem akceptowanego mizoginizmu. Być może są bliskimi przyjaciółkami, jednak wyraźnie jedna z nich jest silniejsza; „wyluzowana” Andie ma przewagę nad Michelle, która jest emocjonalna i wrażliwa, a cechy te w heteroseksualnym randkowaniu przypisuje się „psycholkom”. Jedna z nich jest akceptowalna, druga nie.

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi tylko o film, nadal uwielbiam go oglądać. Przesłanie z niego płynące to wynik nie słabego scenariusza, lecz głęboko zakorzenionego seksizmu, który niewielu ludzi wtedy kwestionowało. Niemniej jednak trudno jest zapomnieć, czego na temat miłości nauczyły mnie zarówno film, jak i inne elementy popkultury.

Jednak w końcu zachowywanie pozorów staje się niemożliwe. Ponieważ nie jestem cool. Jestem niespokojna, za dużo myślę i wszystkim się martwię. Uwielbiam Taylor Swift i „Pamiętniki wampirów”, poza tym rozmawiam ze swoim kotem. Andie byłaby przerażona.

Ale z biegiem lat coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że dużo bardziej zależy mi na aprobacie Michelle. Bo być bezbronnym przy kimś, kogo się kocha, to nie jest powód do wstydu. Mam też dość życia na świecie, w którym drwi się i szydzi z tych, którzy tacy właśnie są. Poza tym powoli zaczynam rozumieć, że jeżeli chodzi o miłość, chyba każdy z nas bywa trochę obciachowy. I to też jest w porządku. Ponieważ to między innymi sprawia, że jesteśmy ludźmi.

Artykuł oryginalnie ukazał się na vogue.co.uk.

 
Olivia Petter
Komentarze (1)

Karolina Sęczkowska12.01.2023, 20:24
No dobrze… autorka wini film za swoje niepowodzenia i zwala wszystko na niby seksizm. Co za bzdury! Film jest świetny! Ja nie uczyłam się z tego filmu, tylko z książki Przeminęło z wiatrem. I co? Gwiazda klasowa? Otoczona wianuszkiem chłopaków? Czy moim celem było wyjść za mąż? Nie. Moim celem było wyjść za mąż za faceta zamożnego i dobrego. Udało się. Dziś jestem szczęśliwa i pracuje tylko jeśli chce. Mam świetne torebki i najpiękniejsza biżuterię. Jestem uśmiechnięta i nie muszę sprzątać ani gotować- ale mogę i czasami to robię. Tak wiec ja zapytam inaczej… wszystkie chcecie niezależności ale niezależność to jest możliwość podejmowania własnych wyborów. Tez takich jak mój. Mnie moja mama dużo nauczyła ale nie tego jak być piękna i wyjątkowa. Nauczyłam się tego sama. Ale ja nauczę tego moja córkę, bo bedize miała łatwiej. A wy wierzcie we współczesne ideały i krytykujcie film sprzed 20 lat. Świat się zmienił ale nigdy nie zmieni się do końca :)
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Wszystko, czego (błędnie) nauczyłam się o miłości z „Jak stracić chłopaka w 10 dni”
Proszę czekać..
Zamknij