Znaleziono 0 artykułów
01.03.2020

„Emma”: Mała kobietka

Mia Goth i Anya Taylor-Joy (Fot. materiały prasowe)

W ekranizacji XIX-wiecznego klasyka Jane Austen w reżyserii debiutantki Autumn de Wilde tytułowa bohaterka zachowuje się jak każda dorastająca dziewczyna – intryguje, a potem tego żałuje, cierpi, by w końcu się zakochać. Patriarchalne społeczeństwo innych ról niż córki, przyjaciółki i żony dla niej nie przewidziało.

Emma nie ubiera się sama. Ma od tego służbę. Jej sąsiad, szwagier i przyjaciel, pan Knightley, też potrzebuje asysty, żeby wbić się w koszulę z kołnierzem, który niemal przysłania mu twarz, obcisłe spodnie i podkolanówki. W jednej z pierwszych scen nowej ekranizacji „Emmy” główna bohaterka i jej przyszły mąż (wszyscy wiemy, jak skończy się ta historia…) zachowują się jak dzieci – bezwolne, bezbronne, bezsilne. Albo jak lalki przebierane w falbanki, kokardki i koronki.

Johnny Flynn (Fot. materiały prasowe)

Domek dla lalek przypominają zresztą wnętrza, w których mieszkają. Georgiańskie fasady posiadłości na sielskiej angielskiej prowincji kryją pastelowe królestwa. Ich właściciele cierpią na horror vacui, każdy centymetr przestrzeni starając się wypełnić dziełami sztuki, wzorzystymi tkaninami albo meblami w cukierkowych odcieniach. Pieczołowitość w tworzeniu scenografii przywodzi tu na myśl filmy Wesa Andersona, a kostiumy Alexandry Byrne zapewnią jej pewnie kolejnego Oscara.

Anya Taylor-Joy (Fot. materiały prasowe)
Mia Goth i Anya Taylor-Joy (Fot. materiały prasowe)

Reżyserka „Emmy” Autumn de Wilde, bardziej niż krytyką elitaryzmu angielskiego społeczeństwa początku XIX w., zajmuje się dekonstrukcją patriarchatu. Scena ubierania się Emmy i pana Knightleya pokazuje, że nie tylko kobiety są spętane konwenansami. Odziany w sztywny strój Knightley (Johnny Flynn z serialu „Lovesick”, a za chwilę David Bowie w kinowej biografii artysty) musi nosić się tak, jak przystało na dżentelmena. Nie wypada mu też chodzić na spacery, pozostać zbyt długo kawalerem, a co dopiero kochać. Zakochany jest jednak po uszy. Oczywiście w Emmie. Zanim doczeka zaplanowanego dla niego przez Jane Austen happy endu, będzie musiał trochę poczekać. Bo Emma woli zająć się swataniem innych. I zarzeka się, że nie opuści ukochanego ojca (milczący, choć w kluczowych momentach sprawczy Bill Nighy).

Anya Taylor-Joy (Fot. materiały prasowe)

Emma dopiero co wydawała za mąż guwernantkę (Gemma Wheelan, czyli Yara Greyjoy z „Gry o Tron”), a już planuje znaleźć odpowiedniego męża dla swojej podopiecznej, uczennicy pobliskiej szkoły z internatem, Harriet Smith (Mia Goth, do pewnego momentu głupia gąska, nosząca niczym podręczna czerwoną pelerynę). Idealnym kandydatem wydaje jej się być młody wikary, pan Elton (Josh O’Connor – książę Karol z „The Crown”). Zaślepiona poczuciem misji Emma nie dostrzega jednak, że pan Elton czyni awanse nie Harriet, a jej samej. Dla Emmy nikt przecież nie jest dość dobry. Może tylko tajemniczy Frank Churchill (Callum Turner). Nie wie, że jego serce jest już zajęte…

Jane Austen zarzuca się czasem, że budowała intrygi miłosne jak z oper mydlanych. Trzeba jednak pamiętać, że w czasach pisarki wiele młodych rezolutnych dziewcząt, a taką jest z pewnością Emma, nie miało nic lepszego do roboty. Intelektu nie mogła przecież wykorzystać do niczego poza nauką francuskiego, grą na pianinie i emocjonalnymi gierkami. Wychwytuje to doskonale w scenariuszu pisarka Eleanor Catton (laureatka Man Booker Prize za „Wszystko, co lśni”). Gierki słowne pokazują dekadencję i nudę świata elit. „Emma” to pastelowa wersja „Faworyty” Giorgosa Lanthimosa. Stylem życia – organizowaniem przyjęć, garderobą, jedzeniem – klasa próżniacza odróżnia się od reszty świata. To de Wilde wydobywa najmocniej. I może dlatego „Emmę” ogląda się trochę jak serial dla nastolatków, pełen bali, przyjęć i rautów. Emma bawi się na nich, bawiąc się ludźmi. Za co, oczywiście, w końcu spotka ją kara. Ale co ma robić kobieta w świecie, w którym nie może robić zbyt wiele? Intryguje, ubiera się, przyjaźni, a w końcu kocha. I w ostatniej scenie wychodzi za mąż. W najlepszym wypadku – z miłości.

Bill Nighy (Fot. materiały prasowe)

Nie da się nie porównać „Emmy” do „Małych kobietek” Grety Gerwig. W obu ekranizacjach XIX-wiecznej klasyki – jednej angielskiej, drugiej amerykańskiej – za kamerą stanęły kobiety. W obu opowiadają o kobietach z tamtej epoki, próbując w ich historiach znaleźć lekcje dla ich współczesnych rówieśniczek. W obu wybrzmiewać ma feministyczne przesłanie. W „Małych kobietkach” każda z sióstr podąża za marzeniami. W „Emmie” tytułowa bohaterka nagina rzeczywistość do swoich wyobrażeń. Jak powiedziała odtwórczyni tej roli, Anya Taylor-Joy: – Emma mogłaby być każdą osiemnastolatką, której wydaje się, że pozjadała wszystkie rozumy. Taylor-Joy udało się uwspółcześnić Emmę, pewnie także za sprawą inspiracji, którymi się żywiła. Nie oglądała „Emmy” z 1996 r., więc nie brała przykładu ze swojej poprzedniczki, Gwyneth Paltrow, ani nie powtórzyła sobie klasycznej „Rozważnej i romantycznej” Anga Lee, też z połowy lat 90. Jej jedynym wzorcem była Alicia Silverstone z „Clueless. Słodkie zmartwienia”.

„Emmie” daleko wciąż do takich nowatorskich odczytań lektur szkolnych w duchu „Romeo + Julii” Baza Luhrmanna z 1996 r. W niektórych scenach widać jednak, że Autumn de Wilde zdobywała doświadczenie w muzyce. Debiutująca w pełnym metrażu, fotografowała wcześniej okładki płyt The White Stripes, Fiony Apple czy Death Cab for Cutie, kręciła też teledyski dla Florence + The Machine, The Racounters i Beck.

De Wilde nie jest jedyną, która dała się uwieść Jane Austen. Równolegle telewizja PBS zrealizowała serial na podstawie „Sanditon”, niedokończonej powieści pisarki. Wygląda na to, że rozpoczyna się jej kolejny renesans. Wciąż kogoś nazywa się „nową Jane Austen”, aktualne są nie tylko jej książki, lecz także ona sama. „Dumę i uprzedzenie” przerobiono na film o zombi, o Austen nakręcono komedię romantyczną „Zakochana Jane”, a o jej fankach i ich perypetiach miłosnych – „Rozważni i romantyczni – Klub miłośników Jane Austen”.

Josh O'Connor i Tanya Reynolds (Fot. materiały prasowe)

„Emma” na liście najbardziej udanych ekranizacji i inspiracji plasuje się wysoko. „Variety” zarzucił filmowi „mało ambitną wierność oryginałowi”, a „Vulture” tę samą „wierność” chwalił. To, co „Emmie” na pewno się udało, to oddanie młodzieńczych emocji, które zawsze blisko siebie zestawiają miłość i nienawiść, łzy z radością, zazdrość z obojętnością. A już doświadczenie lęku przed miłością łączy ponad podziałami pokoleń.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę