Znaleziono 0 artykułów
17.01.2021

Fran Lebowitz: Zakochana w Nowym Jorku

Fran Lebowitz (Fot. Getty Images)

Serial dokumentalny „Udawaj, że to miasto” Martina Scorsesego na Netfliksie to nie tylko opowieść (o) Fran Lebowitz, ale również o Nowym Jorku, z którym najdowcipniejsza kobieta Ameryki jest nierozerwalnie związana. 

Gdyby co najmniej połowa ludzi, którzy wiedzą, kim jest Kim Kardashian West, wiedziała, kim jest Fran Lebowitz, świat byłby – jestem tego pewien – o wiele lepszym miejscem. To marzenie ściętej głowy, bo ludzie wolą hashtagi niż mądre słowa, nawet podane w atrakcyjnej formie. A 70-letnia dziś Lebowitz, jedna z ostatnich niezależnie myślących osób w Ameryce, talent pisarski i oratorski, tak je podawać potrafi. Fran nigdy się nie myli. Jest święcie o tym przekonana, nie tylko zresztą ona. Podziela ten pogląd Martin Scorsese, który nakręcił o Fran serial dokumentalny dla Netfliksa.

Fran Lebowitz i Andy Warhol (Fot. Getty Images)

Oczytana dziewczynka

Frances Lebowitz urodziła się w 1950 r. w emigranckiej żydowskiej rodzinie w Morristown, spokojnym miasteczku w New Jersey. Interesowało ją właściwie jedno – czytanie. Od kiedy nauczyła się składać litery w słowa, czytała jak najęta, co nie przeszkadzało jej rodzicom do czasu, gdy podrosła, bo co to za kandydatka na żonę, która umie tylko czytać. Tak, na żonę, bo – jak lubi powtarzać sama Lebowitz – w latach 50. w Stanach Zjednoczonych to było jedyne, czego wymagano od dziewcząt: zostać żoną i matką. Fran nie bardzo widziała się w tej roli nie tylko ze względu na ortodoksyjne zainteresowanie literaturą, lecz także ortodoksyjny brak zainteresowania mężczyznami. Jedynym, który ją interesował, był James Baldwin, a dokładnie rzecz biorąc, jego twórczość, która z czasem wprowadziła go do panteonu czarnych amerykańskich intelektualistów. Oczytana i wygadana lesbijka życia w Morristown układać więc sobie nie chciała. Marzyła tylko o jednym: wyjechać jak najszybciej do nieodległego Nowego Jorku. Co miałaby tam robić? Nieważne. Byle w Nowym Jorku. Zanim tam trafiła, zdążyła zaliczyć wyrzucenie przed maturą ze szkoły (tak się kończy rudymentarna nieumiejętność dodawania i mnożenia) i przymusową przeprowadzkę do ciotki w Poughkeepsie. Zamieszkała, tak jak chciała, nad rzeką Hudson, ale zbyt daleko od jej ujścia, a to tam, 130 km na południe od Poughkeepsie, leży wymarzony Nowy Jork.

Kadr z filmu „Udawaj, że to miasto” (Fot. Netflix)

Intelektualistka nowojorskiej bohemy artystycznej

Trafia tam w końcu w 1969 r., w czasie społecznych niepokojów, m.in. gejowskiej rewolucji zapoczątkowanej w Stonewall (zresztą znajduje sobie mieszkanie nieopodal, bo w West Village) i szuka pracy. A pracy szukało się wówczas, przynajmniej w West Village, we wtorkowym „The Village Voice” i robi się wszystko: od sprzątania i kelnerowania do prowadzenia taksówki. Bycie taksówkarką w Nowym Jorku w latach 70. to wyczyn sam w sobie. Dwudziestokilkuletnia Fran trafiła do „Interview”, legendarnego magazynu Andy’ego Warhola, którego nigdy nie lubiła. Wtedy zaczęła chodzić na imprezy z nowojorską bohemą. Parties lubi do dzisiaj. Bardzo też lubi palić, co tylko sprzyjało zadzierzgiwaniu znajomości. Nie sprzyjało płucom, ale nimi Fran się nigdy nie martwiła. Większość jej przyjaciół nie umarła na raka płuc, tylko na AIDS. 

Na przełomie lat 70. i 80. Fran Lebowitz ugruntowuje pozycję błyskotliwej komentatorki życia społecznego, bezwzględnej krytyczki kultury i niezrównanej humorystki. W 1978 r. wydaje książkę „Metropolitan Life”, a trzy lata później „Social Studies”. Zbiory felietonów i esejów stają się bestsellerami, przynoszą jej sławę, tytuł „najdowcipniejszej kobiety Ameryki” i porównania do wielu: od Dorothy Parker do Oscara Wilde’a. Zaczyna pisać mniej, bo – jak szczerze zauważa – „gadanie jest o wiele łatwiejsze”, a bywa zapraszana do najważniejszych programów telewizyjnych. Mówi to, czego nie wypada, punktując absurdy amerykańskiego życia, choćby modę na ESA (Emotional Support Animal), co skończyło się tym, że Amerykanie zaczęli na pokłady samolotów zabierać już nie tylko psy i koty, lecz także gęsi i prosiaki (to nie żart). 

Fran Lebowitz (Fot. Getty Images)

Gwiazda popkultury

Fran udało się też wypracować rozpoznawalny styl – nosi od zawsze tę samą fryzurę (włosy do ramion z przedziałkiem po środku), męską marynarkę i koszulę, dżinsowe spodnie (zwykle podwinięte przy kostkach), kowbojki z brązowej skóry i okulary w grubych oprawkach. Taką pokazuje się w mediach.  Kilka lat grała nawet w serialu „Prawo i porządek”. To rola rzeczywiście dla niej wymarzona, „sędziowała” też w „Wilku z Wall Street”. Sama lubi powtarzać, że byłaby świetną sędzią Sądu Najwyższego USA, bo jest znakomita w szybkim ocenianiu. Wszechstronna aktywność Lebowitz spowodowała długi zastój w pisaniu książek. Właściwie, nie licząc wydanej na początku lat 90. książeczki dla dzieci, Fran od 40 lat nie napisała nic nowego. A ma rozgrzebane aż dwa dzieła – jedno z nich, o ironio, nosi tytuł „Progress”. Czy się ich doczekamy? Trudno powiedzieć. Poczytać ją możemy w „Vanity Fair”, gdzie pisze felietony.

Podobne artykułyNowy Jork na fotografiach retroJulia WłaszczukMłode pokolenie mogło ją poznać w 2010 r., kiedy HBO wyemitowało znakomicie przyjęty dokument Martina Scorsesego „Public Speaking”. Kilka lat później reżyser zdecydował się o przyjaciółce nakręcić serial. Fran nie ma ani telefonu komórkowego, ani iPada, ani komputera, nie ma w związku z tym adresu mejlowego, konta na fejsie czy Twitterze (ma za to w domu 10 tys. książek). Brak gadżetów nie wynika z technofobii czy zacofania starszej pani – to świadoma decyzja. Fran Lebowitz jest prawdziwie wolnym człowiekiem – w Nowym Jorku jedyną osobą, która chodzi po ulicach i jeździ metrem, obserwując świat. Cała reszta patrzy już tylko w ekrany urządzeń.

Kadr z filmu „Udawaj, że to miasto” (Fot. Netflix)

„Udawaj, że to miasto” to nie tylko opowieść (o) Fran Lebowitz, lecz także film o Nowym Jorku, bo trudno Fran od tego miejsca oddzielić. Opuszcza je tylko wtedy, gdy musi (zarabiać pieniądze), ale gdyby mogła, nigdy by nie wyjeżdżała. Jej miłość do miasta, które współtworzy od pół wieku, jest wprost proporcjonalna do jej nienawiści do turystów (67 mln odwiedza rocznie miasto), największych – jej zdaniem – niszczycieli. Dlatego, gdyby to zależało od niej, zamiast turystów wpuszczałaby do Nowego Jorku imigrantów, bo, jak lubi mawiać, „turyści niszczą kulturę, a imigranci ją tworzą”. Cała Fran.

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę