Znaleziono 0 artykułów
24.05.2019

„Gloria Bell”: Z czułością o kobietach

Kadr z filmu Gloria Bell (Fot. materiały prasowe)

Widzki po pięćdziesiątce zobaczą na ekranie swoje prawdziwe, a nie spłaszczone pod presją patriarchalnej kultury masowej wersje. „Gloria Bell” z Julianne Moore w tytułowej roli, amerykańska wersja chilijskiego filmu, stworzona przez tego samego reżysera, Sebastiána Lelio, to propozycja nie tylko dla rówieśniczek głównej bohaterki, ale także dla wszystkich, którzy chcą na ekranie oglądać wielowymiarowe kobiety.

Przy wielkim stole zasiadła niecodzienna ekipa. Glorii (Julianne Moore) towarzyszy Arnold (John Turturro), obok dwójka jej dzieci (Michael Cera i Caren Pistorius), ich partnerzy, do tego były mąż. Imponuje dojrzałość, z jaką bohaterowie odnajdują się w tej dla wielu potencjalnie trudnej sytuacji. Byli małżonkowie są rozwiedzeni od ponad dekady, ale żyją w zgodzie. Tylko Arnold zdaje się spięty. W pewnym momencie przeprasza zebranych, by wyjść z pokoju pod jakimś błahym pozorem. Gdy Gloria za jakiś czas pójdzie go szukać, nie znajdzie mężczyzny ani na balkonie, ani w toalecie. Arnold zniknął. Czyli zrobił to, co robi najchętniej, gdy przerasta go presja.

Kadr z filmu Gloria Bell (Fot. Fabula / FilmNation Entertainmen, East News)

Arnold dopiero od niedawna funkcjonuje w życiu głównej bohaterki filmu. Gloria przez dziesięć lat, które minęły od rozwodu, poukładała sobie życie na nowo. Aktywna zawodowo, niepozbawiona trosk, ale energiczna bohaterka nie pasuje do stereotypowego wyobrażenia o singielce po pięćdziesiątce. Niedawno została babcią, bardzo (może trochę za bardzo) zajmuje ją życie własnych dzieci. Ale nie dlatego, że brak jej pasji. Poznajemy ją tam, gdzie Arnold – w klubie z muzyką z lat siedemdziesiątych. W tańcu, na parkiecie, wydaje się piękna. Kamerze zdarza się jednak wyłapać ślad goryczy na jej obliczu. Bliskość drugiego człowieka, także zmysłowa, jest obietnicą szczęście.

Kadr z filmu Gloria Bell (Fot. materiały prasowe)

Arnold na pierwszy rzut oka wydaje się świetnym materiałem na partnera. Szarmancki i inteligentny były oficer marynarki także jest rozwodnikiem z niemal dorosłymi dziećmi. Potrafi rozbawić Glorię, świetnie tańczy i dobrze jej z nim w łóżku. Obecna praca instruktora paintballu zapewnia okazje na rozładowanie emocji i odrobinę szalonej zabawy. Jednak dość szybko się okazuje, że mężczyzna nie ma tak dojrzałej relacji z przeszłością jak ona. Roszczeniowe córki włażą mu na głowę, była żona jest zazdrosna, niestabilna i żąda ciągłej uwagi. Arnold nie potrafi przeciąć pępowiny łączącej go z poprzednim życiem. Młoda Gloria być może uznałaby, że to gra warta świeczki, a partner na pewno się zmieni. Dojrzała Gloria nie ma już ochoty się angażować w niepewną misję. Wystarczająco dużo czasu poświęciła innym, teraz uczy się doceniać siebie. To, że chce mieć partnera, nie czyni jej kobietą, która potrzebuje mężczyzny, by żyć.

Kadr z filmu Gloria Bell (Fot. materiały prasowe)

Jeśli fabuła „Glorii Bell” brzmi znajomo, to nie jest przypadek. Film napisał i wyreżyserował Sebastián Lelio, ten sam, który sześć lat temu tę samą historię sfilmował w rodzinnym Chile. W głównej roli wystąpiła wówczas świetna Paulina García. Jej Gloria była jedną z lepszych aktorskich kreacji 2013 roku. Nic dziwnego, że Julianne Moore się nie zawahała, gdy pojawił się pomysł na anglojęzyczny remake, zachowujący większość detali oryginalnej fabuły. Co więcej, to była ponoć jej inicjatywa. „Gloria…” dawała rzadką szansę stworzenia wielowymiarowej postaci dojrzałej kobiety. Posadzenie na reżyserskim krzesełku twórcy oryginału dawało pewność, że remake nie będzie wyjałowioną na hollywoodzką modłę eksportową wersją. W końcu Lelio zbudował swoją pozycję jako ekspert od tworzenia postaci pełnokrwistych, niejednoznacznych, silnych kobiet.

Kadr z filmu Gloria Bell (Fot. Fabula / FilmNation Entertainmen, East News)

Glorie z 2013 i 2018 roku przypominają niedoskonałe lustrzane odbicia. Obie chodzą na jogę, noszą wielkie okulary, szukają chwili relaksu na zajęciach terapii śmiechem, obie uwielbiają głośno śpiewać podczas jazdy – i strasznie fałszują. W obu filmach nowy partner ma za sobą operację usunięcia nadmiaru skóry po schudnięciu, a ważną rolę w opowieści gra bezwłosy kot Sfinks. Pomysł na ponowne nakręcenie, a może odtworzenie, skoro nawet sekwencje montażowe i ujęcia są tu bardzo podobne, własnego filmu wydaje się ryzykowny. Czy taki zabieg ma sens? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a powołanie się na casus podwójnego życia „Funny Games” Michaela Hanekego niewiele pomoże. Do dziś część wielbicieli jego kina woli amerykańską wersję, a druga część jest tamtemu eksperymentowi przeciwna. W przypadku „Glorii” decyzja o przeniesieniu akcji z Santiago do San Francisco odebrała filmowi historyczno-społeczny kontekst, który ubogacał oryginał. Tamci bohaterowie w tyle głowy nosili wspomnienie czasów Pinocheta i junty, ich odrodzenie po pięćdziesiątce nie wynikało tylko z rozwodu, ale też z wyjścia z opresyjnego systemu. To sytuacja, z którą mogłoby się utożsamić wielu polskich widzów w ich wieku. W „Glorii Bell” tej podbudowy nie ma, ale czy czyni to film uboższym, czy wyłącznie innym? Bez względu na wątpliwości co do źródeł projektu, efekt końcowy jest naprawdę doskonały.

Kadr z filmu Gloria Bell( Fot. Fabula / FilmNation Entertainmen, East News)

To zasługa mądrej, świadomej reżyserii Lelio, ale przede wszystkim aktorskiego koncertu. Moore zastosowała tu bardzo ciekawą strategię. Naturalnym wyborem dla takiej postaci wydawałyby się wysokie tony, wskoczenie w wir życia tym intensywniejsze, że jakoś obarczone poczuciem coraz szybciej upływającego czasu. Ale Moore jest delikatna, łagodna, ulotna, choć niepozbawiona humoru. Ta decyzja świetnie się broni, co czyni film o wiele mniej oczywistym. „Gloria Bell” to też niesamowicie pokazane ciało. Lelio patrzy na nie ze szczerością, ale i z czułością, jakiej brak wielu – być może zbyt pruderyjnym, być może za mało emocjonalnie inteligentnym – reżyserom. Ujęcia nagiej, leżącej na łóżku z kotem, skacowanej Glorii nieprędko ulatują z pamięci. Prawdziwe, ale też pięknie sfilmowane, bo estetyka obrazu jest u Lelio bardzo ważna. Widzki po pięćdziesiątce niewątpliwie dostają tu szansę zobaczenia swoich prawdziwych, pełnych, a nie spłaszczonych pod presją patriarchalnej kultury masowej wersji, z wyciętymi jajowodami, waginą i sercem. Ale „Gloria Bell” to film nie tylko dla kobiet w średnim wieku. Radość, filuterność i energia, jakimi zaraża, nie mają metryki.

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę