Znaleziono 0 artykułów
14.04.2019

Inkluzywne Hollywood: niezrealizowany postulat?

Brie Larson jako Kapitan Marvel (Fot. materiały prasowe) 

Na hollywoodzkim Olimpie coraz głośniej podnosi się żądania systemowych zmian na rzecz inkluzywności i różnorodności w show-biznesie. Co wynika z tego dla nas, widzów i piszących? Co nas raduje, a co martwi?

Spośród bohaterek popkulturowych megafranczyz, które w ostatnich latach stały się celem ataków internetowych trolli, Brie Larson zasłużyła sobie na wyjątkowe miejsce w sercach publicystek i publicystów (na dobre i na złe, zależy od serca). W grudniowym wywiadzie dla „The Hollywood Reporter” zapowiedziała, że będzie dbała o różnorodność wśród dziennikarzy podczas promocji „Kapitan Marvel”. Z satysfakcją czytam doniesienia, że stara się spełniać swoje obietnice; na łamach „Vogue’a” pisała o tym kilka tygodni temu Anna Tatarska. Deklaracja aktorki miała miejsce w dość konkretnych okolicznościach: Larson i jej koleżanka z marvelowskiego lunaparku, Tessa Thompson, firmowały swoimi twarzami inicjatywę Stacy Smith z Annenberg Inclusion Initiative przy Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Smith jest badaczką dyskryminacji i nierówności w Hollywood (tak jak my mamy zimny Bałtyk, inicjatywę Kobiety Filmu i profesor Monikę Talarczyk, tak Fabryka Snów ma upały, trzęsienia ziemi i panią Smith). To ona ukuła pojęcie inclusion rider, rozpropagowane na zeszłorocznej gali oscarowej przez aktorkę Frances McDormand. „Rider” oznacza tutaj aneks do umowy (nawet jeśli nieanglojęzyczna wyobraźnia podsuwa wam teraz McDormand pędzącą na tęczowym jednorożcu). Chodzi o to, aby osoby o dostatecznej sile negocjacyjnej (laureatki Oscarów lub/i twarze blockbusterów) dołączały do swoich kontraktów np. żądania dajmy na to, minimum zatrudnionych na planie kobiet czy mniejszości etnicznych.

Serial „One Day at a Time” (Fot. materiały prasowe)

Poparcie dla tego typu inicjatywy najzupełniej wystarczy, by zwrócić przeciwko sobie komentatorów przywiązanych do hollywoodzkiego status quo. Ale Larson zdążyła wcześniej nacisnąć na znacznie większy odcisk, komentując płciowe i rasowe dysproporcje wśród amerykańskich recenzentów. Powiedziała publicznie, że nie interesuje jej, co przykładowy 40-letni biały mężczyzna ma do powiedzenia o filmie Avy DuVernay „Pułapka czasu”. Interesują ją za to głosy kobiet, czarnych kobiet, nastolatek. I że prawda jest taka, że jeśli nakręcisz film, który jest listem miłosnym do tych kobiet, istnieje dość mała szansa, że zostanie on przez nie licznie zrecenzowany. A recenzje mają znaczenie, szczególnie dla filmów dużo mniejszych niż wspomniana „Pułapka czasu”. Recenzje mogą zmienić życie.

Serial „Vida” (Fot. materiały prasowe)

Wypowiedź Larson była czymś, co nazwałabym prowokacją od niechcenia. Od niechcenia, ponieważ wielu z nas – widzkom, niektórym widzom zresztą też – podobne refleksje przychodzą do głowy każdego dnia. Codziennie wzdychamy nad ciągłą potrzebą nobilitacji kobiecych głosów, kobiecych opowieści, gatunków i estetyk uznanych za „babskie”, po każdej chwili tryumfu (Greta Gerwig nominowana za reżyserię do Oscara!) przychodzi gorycz statystyk (jako piąta kobieta w historii!). Krytyczka „New Yorkera” Emily Nussbaum zawsze powtarza, że zaczęła pisać o serialach telewizyjnych, aby udowodnić, że „Buffy” jest produkcją równie ważną i rewolucyjną, co „Rodzina Soprano”. Krytyczna euforia wokół „Obsesji Eve”, która właśnie powraca na małe ekrany, ma moim zdaniem źródło między innymi w łatwości, z jaką kobiety piszące mogły utożsamić się z graną przez Sandrę Oh znudzoną biurokratką. Relacja między zasypaną papierami Eve a radosną zabójczynią Villanelle jest w gruncie rzeczy relacją między krytyczką a niedocenianą przez męskie grono artystką.

„The Chi” (Fot. materiały prasowe)

Mówiąc krótko, Larson powiedziała na głos coś, o czym myślimy każdego dnia. Jednocześnie jej słowa wydały się skrojone pod przewidywalne, „zdroworozsądkowe” męskie riposty. Jak można powiedzieć, że jakiś film „nie jest dla” 40-letnich białych mężczyzn? Sztuka, rzecz jasna, powinna być „uniwersalna”, chyba że nie zdradza większych aspiracji artystycznych ani biznesowych w sposób zbyt nachalnie rzucający się w oczy. Wtedy może być „kobieca”, „młodzieżowa” albo przeznaczona dla jakiejś konkretnej etnicznej niszy. W dodatku aktorka na przykład wybrała sobie film tak symptomatyczny, jak niełatwy w obronie. „Pułapka czasu” była próbą uznanej i zaangażowanej politycznie twórczyni w bajce pod szyldem Disneya, a relacja krytyki z filmami dla dzieci to kolejny temat rzeka, którego nie chcemy teraz poruszać. Ale Brie Larson nigdy nie powiedziała, że „Pułapka czasu” musi nam się podobać. Chodzi raczej o to, że takie filmy – filmy, w których Oprah Winfrey wyłania się z chmury brokatu – nawet jeśli celują w dobre wyniki na box offisie, nie mogą liczyć na wyczerpującą dyskusję, ponieważ ich priorytetem nie jest publiczność ani przesadnie reprezentowana w szeregach krytyki filmowej, ani specjalnie ją interesująca.

Serial „Jane the Virgin” (Fot. materiały prasowe)

Nie będę się jednak pochylać nad „Pułapką czasu” i rozstrzygać, czy film, w którym Reese Witherspoon zamienia się w smoczopodobny latający liść kapusty zwieńczony główką karczocha, był skazany na komercyjną i krytyczną klęskę. Postanowiłam jednak, pół żartem, pół serio, sprawdzić, czy płeć będzie widoczna w recenzjach samej „Kapitan Marvel”. Stosunkowo niezależnej od recenzenckiej machiny, ale siłą rzeczy obrosłej w liczbę tekstów dostateczną, by taka zabawa miała w ogóle sens. Potrzebowałam filmu, który można nazwać listem miłosnym do kobiet. A ona właśnie spadła z nieba na planetę Ziemia: kosmiczna wojowniczka, która nie wie, kim jest, wie tylko, że widzi w snach i przebłyskach pamięci dwie kobiety i małą dziewczynkę. Superbohaterska opowieść – w której pojawiają się także nowy kumpel, zielonoskórzy kosmici i magiczny kot – jest historią odzyskiwania tożsamości, opartej na relacji z kobietami. Z mentorką, która chciała zakończyć wszystkie wojny; z przyjaciółką, w której Kapitanka Marvelka odnajduje utraconą rodzinę. Zaczęłam czytać recenzje zgromadzone w polskiej bazie Metakrytyk pod kątem recepcji tych wątków i bardzo szybko się okazało, że muszę przeformułować pytanie. W przeważającej liczbie tekstów temat w ogóle się nie pojawiał. Recenzje były różne, przychylne i niechętne, dłuższe i krótsze. W większości próbowały też odpowiedzieć na pytanie, czy film jest feministyczny, lepszy czy gorszy od „Wonder Woman”. Przeczytałam ich w sumie 62. 14 napisały kobiety, siedem z nich poruszyło, w sposób mniej lub bardziej pogłębiony, znaczenie więzi pomiędzy bohaterkami. Pod kolejnymi 48 recenzjami podpisali się mężczyźni. Tylko jeden uznał kobiecą przyjaźń za istotną na tyle, by poświęcić jej miejsce.

„Obsesja Eve” (Foy. materiały prasowe)

Oczywiście to tylko zabawa przy kawie, nakręcana ciekawością, czy intuicję potwierdzą liczby. A jednak proporcje na tej nie tak mikroskopijnej próbce wydają się zastanawiające; połowa kobiet napisała o czymś, co mnie (kobietę) najgłębiej w filmie poruszyło. O czymś, o czym w ponad trzykrotnie większej grupie męskiej wspomniała zaledwie jedna osoba.

Nie twierdzę, że którykolwiek z męskich recenzentów jest krwiożerczym mizoginem. Wprost przeciwnie, po prostu relacje między kobietami stale się lekceważy, a szczególnie łatwo i niezauważalnie przychodzi to mężczyznom. Nic dziwnego, że kiedy na planecie Twitter i oficjalnym profilu Brie Larson rozkwitały queerowe, lesbijskie odczytania „Kapitanki”, polscy recenzenci zamiast kobiety zauważyli w miejscu standardowego wątku miłosnego – brak mężczyzny. Lekceważenie nie sprzyja odważnym interpretacjom.

Problem, jaki dyskusja o inkluzywności – przed kamerą, za kamerą, w ciałach decyzyjnych – nastręcza nam, piszącym o popkulturze, polega troszeczkę na tym, że najbardziej lubimy myśleć o sobie jako o niezależnych jednostkach. Kiedy zajmujemy się popkulturą, na poważnie czy na wesoło, interesuje nas perspektywa mikro. Kontrowersyjna wypowiedź Larson o „Pułapce czasu” uderzyła w dumę wielu piszących mężczyzn, ale zafundowała też bardziej uniwersalną i gorzką refleksję: lubimy myśleć o sobie jako o osobach wrażliwych, mających szerokie zainteresowania, tolerancyjnych, ciekawych różnorodności. Czujemy się bardziej skomplikowani od wypadkowej swojej płci, wieku, klasy społecznej rodziców. Przeceniamy rzeczywistość – i czasami przeceniamy samych siebie.

Tymczasem liczby są zaskakujące – i przykre. Od półtora roku ja, biała dziewczyna z Polski, mam z tyłu głowy, że Lena Waithe, scenarzystka seriali „Specjalista od niczego” i „The Chi”, jest pierwszą czarną lesbijką, która zdobyła nagrodę Emmy za scenariusz serialu komediowego. Mniejszością wśród mniejszości. W rzeczywistości jest pierwszą czarną kobietą w ogóle, która otrzymała Emmy za scenariusz serialu; prawie 20 lat wcześniej Wanda Sykes wywalczyła tę nagrodę za pisanie programu komediowego. A jednak mój mózg beznadziejnie przykleja się do fenomenalnych garniturów Waithe, ponieważ nagrody Emmy przyznawane są od 70 lat, i z całą władzą, jaką w telewizji posiadają Oprah i Shonda Rhimes, jest po prostu niemożliwe, aby Lena Waithe była pierwsza. A jednak.

Od miesiąca obserwuję w sieci żałobę po „One Day at a Time”: staroświeckim familijnym sitcomie z Ritą Moreno w roli narcystycznej kubańskiej babci, skasowanym przez Netfliksa po trzech krótkich sezonach. Serial, przypominają krytycy i fani, był niewielki i tani, ale był też jednym z nielicznych seriali latynoskich w anglojęzycznym show-biznesie, wyjątkowym w momencie rasistowskiego backlashu i antyimigranckiej polityce Białego Domu (ponieważ biedą w amerykańskiej telewizji interesują się raczej reality shows, warto też zauważyć, że w „One Day at a Time” nie każdy członek rodziny ma osobny pokój: Rita Moreno mieszka z portrecikami papieży we wnęce salonu. Jak na warunki amerykańskiego sitcomu – rzecz wyjątkowa). Kiedy za kilka miesięcy zakończy się piąty sezon cudownej „Jane the Virgin” – niszowego pastiszu południowo-amerykańskich telenoweli – ta wyrwa jeszcze się powiększy. Rok temu, czytając wywiady z Tanyą Saracho, showrunnerką „Vidy” – kolejnej maleńkiej produkcji robionej przez latynosko-kobiecą ekipę – nie mogłam uwierzyć, że tego typu seriale nawet w momencie gwałtownego rozkwitu rynku wciąż można policzyć na palcach jednej ręki. Saracho jest chyba pierwszą, która skompletowała swój zespół scenariuszowy wyłącznie z osób o bardzo zróżnicowanym pochodzeniu latynoamerykańskim. „Vida” nie ma polskiej dystrybucji, a szkoda, bo dzieje się we wschodnim Los Angeles, trochę innym od hollywoodzkiego blichtru, mieście górzystym, betonowo-kolorowym, ostentacyjnie katolickim, które może i widuje się od czasu do czasu w kinie niezależnym, ale rzadko w telewizji.

Demografia samej nawet Kalifornii (czy Georgii, czy Florydy) ma się do tego stanu rzeczy jak – prawie dosłownie – pięść do nosa, pomimo zawrotnych karier takich meksykańskich reżyserów jak Cuarón, Iñárritu i del Toro. Z czasem przypatrywanie się walce o inkluzywność bez kuszącego cynizmu przestaje być tylko obserwacją mozolnych reform na Olimpie show-biznesu. Daje przyjemność poszukiwania nieoczywistych twarzy i głosów, wyglądających ze swoich niszy z lękiem i ekscytacją. Zostaną zjedzone, a może zmienią odrobinę świat?    

Klara Cykorz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę