Znaleziono 0 artykułów
07.09.2020

Iryna Vikyrchak: asystentka Olgi Tokarczuk

Iryna Vikyrchak (Fot. Olga Broshevan, MUA: Iryna Smirnowa)

– W życiu zawodowym zawsze byłam dyrektorką, a teraz jestem asystentką, ale mam na barkach więcej odpowiedzialności niż kiedykolwiek. Traktuję to jak wyzwanie i możliwość rozwoju osobistego: praca z Olgą Tokarczuk jest fascynującą przygodą – mówi Iryna Vikyrchak, asystentka Olgi Tokarczuk.

Zadzwoniła Olga.

I powiedziała, że mam jak najszybciej przylecieć do Wrocławia, bo jest mnóstwo pilnych zadań. Spakowałam się na dwa dni. Na spotkaniu po przylocie Irek Grin z Wrocławskiego Domu Literatury zapytał mnie już na wejściu, czy mam komputer. Miałam. Usiadłam i natychmiast zaczęłam przygotowywać tydzień noblowski. Zostałam do dzisiaj.

Rozmawiałaś wtedy z Michałem Rusinkiem, sekretarzem Wisławy Szymborskiej?

Tak. Kilka dni później spotkaliśmy się w Krakowie. To była długa rozmowa.

O czym?

Szczególnie o Sztokholmie: co robić, jak wszystko zorganizować. Przecież tradycje noblowskie nie zmieniają się od 120 lat.

A o codziennej pracy z noblistami?

Też, ale nie zapominaj, że od połowy lat 90., kiedy Szymborska otrzymała Nobla, czasy się zmieniły. 20 lat temu Rusinek musiał wysyłać listy tylko pocztą, teraz wszystkie listy przychodzą e-mailem, komunikacja dramatycznie przyspieszyła. Ludzie piszą do mnie nawet na Instagramie i Facebooku. Na początku mi to przeszkadzało, ale potem zdałam sobie sprawę, że tak ma być, że właśnie na tym polega moja praca, na odciążaniu Olgi.

Iryna Vikyrchak (Fot. Olga Broshevan, MUA: Iryna Smirnowa)

No właśnie, czym zajmuje się asystentka Noblistki?

Wszystkim. Znam każdy szczegół publicznego spotkania Olgi, muszę pamiętać o kwestiach bezpieczeństwa, wiedzieć, kiedy może pojawić się spontaniczny tłum ludzi z jej książkami, który szybko muszę zorganizować w kolejkę po autograf i przygotować Olgę do sesji podpisywania. Prowadzę jej kalendarz, odbieram telefon i odpowiadam na listy. Jestem pierwszym kontaktem dla wszystkich, którzy chcą coś Oldze przekazać. Przygotowuję i koordynuję wydarzenia, a większość z nich teraz odbywa się za granicą. Jestem w stałym kontakcie z agentami Tokarczuk, odpowiadam na prośby dziennikarzy. Na początku mieliśmy zatrudnić rzecznika prasowego, ale ostatecznie ja się tym zajęłam. Musiałam się zorientować w polskich mediach. Ale szybko się uczę.

Jak wygląda twój dzień?

Są takie dni, kiedy od rana do wieczora odpisuję na e-maile. W inne pracuję na zapleczu spotkań, nawet jeśli nie wygląda na to, że pracuję. Albo tak, jak teraz jestem na festiwalu literackim [rozmawialiśmy podczas festiwalu Góry Literatury w Nowej Rudzie – przyp. AG]. Na takich imprezach jestem jednocześnie na imprezie i w pracy, ale – o dziwo – potrafię to łączyć. Bardzo długo w swoim życiu się uczyłam, dlatego wbrew pozorom teraz jest mi łatwiej.

A na co się nie zgadzacie?

Na wszystkie wydarzenia, na które nie mamy czasu, które nie pasują do kalendarza. Michał Rusinek uprzedzał mnie, że pierwsze dwa lata po Noblu spędza się za granicą na spotkaniach autorskich i to się sprawdza. W marcu i kwietniu mieliśmy mieć dużą trasę po Europie, w planach było pięć krajów, ale z wiadomych powodów została odwołana. Zapewniam, że pracy dla Olgi w tym czasie nie zabrakło. Jej kalendarz jest ciągle bardzo napięty.

Iryna Vikyrchak (Fot. Olga Broshevan, MUA: Iryna Smirnowa)

Nie ogranicza cię to? Zajmujesz się czarną robotą.

Ta „czarna robota” jest bardzo ważna, to jest ten metaforyczny klej, którego nie widać, ale na którym wszystko się trzyma. W życiu zawodowym zawsze byłam dyrektorką, a teraz jestem asystentką, ale mam na swoich barkach więcej odpowiedzialności niż kiedykolwiek. Traktuję to jak wyzwanie i możliwość rozwoju osobistego: praca z Olgą Tokarczuk jest fascynującą przygodą.

Jest dobrą szefową?

Nie postrzegam jej tak. Mówimy sobie po imieniu, lubimy się, super się dogadujemy. Nauczyłam się też rozumieć Olgę bez słów.

Jak zmieniło się twoje życie?

Zamieszkałam we Wrocławiu, którego nie znałam. Wcześniej mieszkałam krótko w Warszawie i Krakowie na pobytach stypendialnych. Jak się przeprowadzasz do nowego miejsca, to musisz na nowo zbudować swoje codzienne życie: od mieszkania do sklepów, gdzie robisz zakupy.

Co na to wszystko twoja rodzina?

Są przyzwyczajeni do moich przeprowadzek i często nie nadążali za zmianami w moim życiu. Ale teraz już wiedzą, że Wrocław jest na dłużej. A oprócz tego w 2019 r. pierwszy raz w Ukrainie była transmitowana ceremonia noblowska. Wielu moich znajomych oglądało ją w telewizji i potem dzwonili do mojej mamy, że widzieli mnie przez sekundę na ekranie i wiedzą z Facebooka, że tam jestem. Chyba tak wygląda duma w miasteczku rodzinnym.

Wspomniałaś, że byłaś dyrektorką. Czego?

Festiwali literackich, wydawnictwa, organizacji pozarządowej, departamentu w urzędzie miasta, biura programu Creative Europe przy Ministerstwie Kultury.  

Opowiedz.

Na początku mojej drogi w zarządzaniu kulturą przez pięć lat organizowałam festiwal literacki Meridian w Czerniowcach. Pracowałam wtedy na uniwersytecie, ale jednocześnie zaczęłam współpracę z organizacją pozarządową, która tworzyła międzynarodowy festiwal poetycki. W ciągu paru lat pod tą samą marką uruchomiliśmy wydawnictwo i program rezydencji dla poetów i poetek. To była pierwsza rezydencja literacka w Ukrainie. Zależało mi, żeby połączyć promocję miast z literaturą. W Czerniowcach, i później w Winnicy świetnie to się udało.

Dlaczego? W Polsce pomału zaczyna się odchodzić od promocji miasta poprzez kulturę i wspieranie jednorazowych festiwali, a większą wagę przywiązuje się do finansowania codziennej działalności instytucji kultury.

W Ukrainie, kraju, w którym mieszkało 50 mln ludzi, od czasu niepodległości były dwa festiwale literackie we Lwowie i w Kijowie. To zmieniło się pięć lat temu, kiedy po Majdanie każde większe miasto zaczęło organizować podobne wydarzenia.

Iryna Vikyrchak (Fot. Olga Broshevan, MUA: Iryna Smirnowa)

Czemu akurat wtedy?

Majdan zaktywizował ludzi. Ukraińcy stali się bardziej świadomi i odpowiedzialni, bo zobaczyli, że oddolnie można wiele zdziałać.

Władza im pomaga?

Stara się, ale też zależy, gdzie. Przez rok pracowałam jako dyrektorka biura programu Creative Europe przy Ministerstwie Kultury. To był bardzo trudny czas, ponieważ parlament nie zdążył uchwalić prawa, na podstawie którego program przeznaczający środki z Unii Europejskiej mógłby działać na terenie Ukrainy. W końcu udało się to zmienić, a Ukraińcy zobaczyli, że za publiczne pieniądze można organizować wartościowe wydarzenia kulturalne. W ciągu ostatnich trzech lat kultura ukraińska zrobiła krok milowy: od jednorazowych akcji za grantowe koszty do tworzenia nowych instytucji. Powstał Instytut Książki, Ukraiński Instytut promujący kulturę za granicą, odpowiednik polskiego Instytutu Adama Mickiewicza, Ukraiński Fundusz Kultury. Samorządy i biznes zaczynają wspierać organizacje pozarządowe zajmujące się kulturą.

Jakie jest środowisko literackie w Ukrainie?

Kiedyś, żeby odnieść sukces, trzeba było zostać zauważonym za granicą, najlepiej w Polsce i Niemczech. Teraz jest nieco inaczej. Po pierwsze do głosu dochodzi środowisko feministyczne, szczególnie mojego pokolenia, które tworzy bardzo dobrą prozę. Po drugie, po Majdanie została zaakceptowana różnorodność. Po 2014 r. Ukraińcem nie jest tylko człowiek w wyszytej koszuli, będącej naszym symbolem narodowym, ale również etniczny Węgier czy ktoś mówiący po bułgarsku, grecku, rosyjsku, niemiecku lub po polsku. Ważniejsza od narodowości stała się obywatelska świadomość. To odbija się w literaturze: bardzo wielu pisarzy tworzy w językach mniejszości, ale uważają się za Ukraińców. Polecam książkę Olesi Jaremczuk „Naszi Inszi”, która dzięki grantowi Ukraińskiego Instytutu Książki powinna pojawić się wkrótce po polsku. Autorka objechała cały kraj i napisała piękne reportaże o mniejszościach narodowych na terenie Ukrainy.

Iryna Vikyrchak (Fot. Olga Broshevan, MUA: Iryna Smirnowa)

I nie jesteś zdziwiona Polską, w której mieszkają tylko Polacy?

I coraz więcej Ukraińców, Białorusinów. Polska wybrała sobie rolę tygla Europy Środkowo-Wschodniej. Ukraina ma inny los, jest ogromnym krajem. W jej granicach zmieszczą się trzy Polski i 16 Holandii. Między Lwowem a Charkowem jest tysiąc kilometrów, więc różnorodność w tak dużym państwie z wieloma granicami i skomplikowaną historią jest czymś naturalnym.

Skąd wzięła się literatura w twoim życiu?

Zawsze mnie otaczała w postaci książek, sztuki i natury. Jako dziecko chodziłam do biblioteki, szkół muzycznej i plastycznej oraz na zajęcia taneczne. W domu była biblioteka. Tato, który z wykształcenia jest biologiem, miał duży księgozbiór ze swoich podroży do Azji, w czasach Związku Radzieckiego jeździło się na Wschód. Podróżował na Kaukaz, wspinał się po skałkach i lodowcach. Przez długie lata prowadził grupy trekkingowe po Karpatach. Moja mama, niestety, studiowała fizykę.

Niestety?

Chciała pójść na wydział filologiczny, ale nie jeździła czarną wołgą. W tamtych czasach wydział filologiczny na uniwersytecie cieszył się ogromną popularnością i prestiżem.

Czyli nie miała znajomości w partii?

Ani pieniędzy. Została nauczycielką fizyki i astronomii, ale w każdej wolnej chwili czyta. Książki leżą obok jej łóżka. Poza tym do czytania zawsze zachęcała mnie babcia i była strasznie dumna, że chodzę do biblioteki i piszę wiersze.

A gdzie się wychowałaś?

W Zaleszczykach, małym miasteczku w Ukrainie Zachodniej. W czasach międzywojennych działało tam uzdrowisko, do którego przyjeżdżała ówczesna elita polityczna i kulturalna Polski. W mieście były wtedy dwie plaże oraz winnice, a jedną z willi wynajmował Józef Piłsudski. Po tamtym czasie zostało wiele zdjęć, które pieczołowicie zbieram do swego archiwum. Chcę napisać o tym powieść.

Zostawiłaś to wszystko, czyli pracę i rodzinę dla Olgi Tokarczuk?

Jest takie powiedzenie, że sukces przychodzi wtedy, kiedy możliwość się spotyka z gotowością. Mieszkałam już w pięciu krajach, w kilkunastu mieszkaniach. Wracałam jednak do domu, bo miałam poczucie, że organizowanie wydarzeń kulturalnych w Ukrainie jest ważniejsze niż robienie tego samego za granicą. Ukraina wtedy tego bardziej potrzebowała. Po kilkunastu latach intensywnej pracy zdałam sobie sprawę, że takich ludzi, jak ja, jest więcej. Mogę więc zająć się czymś innym, wśród ludzi, którzy wyznają te same wartości, co ja.

Iryna Vikyrchak (Fot. Olga Broshevan, MUA: Iryna Smirnowa)

Czyli jakie?

Szacunek do ludzi, natury i zwierząt, tolerancja i akceptacja innych poglądów oraz zmiana świata przez literaturę.

Już zawsze będziesz pracowała jako asystentka Olgi Tokarczuk? 

Nie mam umowy na czas określony. Uważam, że najważniejsze w życiu to znaleźć swoich ludzi. Olga takich „swoich” ludzi w jednym z esejów nazywa heterotopianami. Jeśli ich znajdziesz, to wiesz na pewno, gdzie w końcu chcesz się zatrzymać i zostać. I działa to nawet na takich nomadów kultury jak ja.

Arkadiusz Gruszczyński
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę