Znaleziono 0 artykułów
01.11.2022

Film z przeszłości: „Uwierz w ducha”

01.11.2022
Fot. Paramount Pictures/Collection Christophel/East News

„Uwierz w ducha” Jerry’ego Zuckera to gatunkowy koktajl, w którym fantazja, komedia oraz efekty specjalne mieszają się z melodramatem i moralitetem. Dowiadujemy się, że duchy istnieją i nie dają spokoju żyjącym bliskim, dopóki ci mają kłopoty. Oraz można odkryć, jak dobrą zabawą bywa życie, kiedy jest się pozbawionym ciała nieboszczykiem.

W latach 80. dwie części „Pogromców duchów” oraz wiele innych blockbusterów zaproponowały lekkostrawne kino, w którym nadprzyrodzone dialoguje ze zwyczajnym i ziemskim. O ile większość tamtych hitów była skierowana do młodego widza, o tyle „Uwierz w ducha” chciał przekonać do siebie wszystkich: młodszych i starszych, widzki oraz widzów białych i tych należących do mniejszości. Demi Moore obawiała się, czy eklektyczna fabuła – pełna akcji, ale też ezoteryki i tkliwości – nie jest „przepisem na katastrofę”. Okazało się, że przeciwnie: dzieło Zuckera było na świecie największym hitem roku 1990 i zarobiło zawrotną sumę ponad 500 mln dolarów. Czy także dzisiaj dobrze jest oglądać ten film z paczką chusteczek pod ręką?

Mężczyzna w kryzysie

To trudne pytanie, bo pomimo niezaprzeczalnej chemii między Demi Moore a Patrickiem Swayzem, „Uwierz w ducha” składa się ze 100 minut niedowarzonej intrygi i 20 minut wzruszającego romansu. Ów wyciskacz łez to przede wszystkim kolejny po „Wall Street” Olivera Stonea (1987) portret chciwości wielkiego biznesu dekady Reagana. Sam Wheat (Swayze) wraz ze swoim przyjacielem Carlem Brunerem (Tony Goldwyn) pracują jako bankierzy, a dziewczyna Sama, Molly Jensen (Moore), jest artystką lepiąca rzeźby z gliny i chadzającą ze swoim partnerem na niszowe inscenizacje Szekspira. On należy do świata sukcesu i pieniędzy, ona ma pasję i artystyczne ambicje. „Uwierz w ducha” wprowadza w ten układ trochę zamieszania i znaków zapytania. Sama poznajemy z jednej strony jako kogoś, kto radzi sobie ze skomplikowanymi sprawami, takimi jak remont wielkiego loftu na Manhattanie, a z drugiej – jako mężczyznę w kryzysie.

Fot. Paramount Pictures/Collection Christophel/East News

W kluczowej scenie filmu, sztampowo napisanej, ale zagranej z imponującym wyczuciem, Molly podejrzewa, że z Samem coś jest nie tak, że coś go gnębi i napawa lękiem. Bohater Swayzeego boi się, iż właśnie w momencie, kiedy wszystko układa się po jego myśli, pieczołowicie ułożone, szczęśliwe życie rozpadnie się jak domek z kart. Zastanawia się nawet, czy nie odwołać najbliższej podróży, kiedy w telewizji widzi relację z katastrofy lotniczej. Nie do końca wiadomo, skąd bierze się jego cierpienie, ale możemy przypuszczać, że to typowa niedola chłopca z Wall Street: białego, zamożnego, ale permanentnie przestraszonego, że może utracić cały swój dobrobyt. Bankierzy czerpią profity z obracania pieniędzmi (w filmie z 1990 r. wszyscy siedzą już przed komputerami) i najwidoczniej jest w ich pracy również coś, co nie pozwala im cieszyć się życiem.

Fot. Paramount Pictures/Collection Christophel/East News

Czarni w mainstreamie

Molly ma krótko przystrzyżone włosy (fryzura Demi Moore z „Uwierz w ducha” stała się kultowa) i wykazuje dużo więcej inicjatywy niż Sam. Bez skrępowania daje mu znać, że chce za niego wyjść, mówi, że go kocha, a on odpowiada tylko sucho „Ditto”, „Tak samo”.

Paradoksalnie, Sam dostał zastrzyk sił życiowych dopiero po śmierci, kiedy ma wreszcie cel – uratować Molly przed przestępcami – oraz może iść do banku jako duch i robić psikus za psikusem. Będąc pozbawionym ciała nieboszczykiem, odkrywa, że życie może być zabawą. Co ciekawe, główny czarny charakter Carl, który okazuje się fałszywym przyjacielem i popychadłem handlarzy narkotykami, jest bladym trupem już za życia – zalęknionym yuppie, który z chciwości stracił wszelkie moralne hamulce i dąży do samozniszczenia.

„Uwierz w ducha” odwołuje się do starego amerykańskiego stereotypu, opisanego między innymi przez badacza Richarda Dyera: w filmach to czarni mają często więcej życia i witalności, a biali skojarzeni są z pustką i śmiercią. Do moralitetu Zuckera wkracza więc energiczna i spontaniczna Oda Mae Brown (nagrodzona Oscarem Whoopi Goldberg) – trochę naciągaczka, a trochę prawdziwe medium. Potrafi porozumieć się z Samem duchem, dzięki czemu razem ocalają Molly przed zgubą. Goldberg ma w filmie kilka popisowych scen komediowych, na czele z wizytą w banku, gdzie z pomocą niewidzialnego ducha udaje jej się dostać czek na 4 mln dolarów.

Niewątpliwie część humoru, wedle zamierzeń twórców, miała brać się stąd, że bardzo nie na miejscu jest w tych wnętrzach fikuśnie ubrana Afroamerykanka. Goldberg ma na sobie różowy żakiet z czarnymi zdobieniami, na głowie toczek w takim samym kolorze, z piórami, nie do przeoczenia, przez co wyraźnie odstaje od pozbawionych właściwości, sztywnych bankierów i bankierek. W innej scenie, w brooklyńskim mieszkaniu bohaterki, grupa czarnych kobiet ogląda w telewizji popularny wówczas, skierowany do szerokiego grona widzów „The Arsenio Hall Show”. Gospodarz mówi: „Nazywam się Arsenio Hall. Nie regulujcie odbiorników – jestem czarny”. Podkreślanie afroamerykańskości bohaterów wpisuje się w filmie w szerszą tendencję, by pokazać multikulturowy Nowy Jork – opryszkiem, który zabija Sama jest Portorykańczyk, a do Ody przychodzi wielu klientów mówiących po hiszpańsku i szukających kontaktu ze zmarłymi. Oscar za tę rolę dla Goldberg był także potwierdzeniem, jak ważne miejsce w amerykańskim mainstreamie zaczęli zajmować czarni komicy, wśród nich Eddie Murphy i Richard Pryor.

Fot. Paramount Pictures/Collection Christophel/East News

Zakochani w duchowej wspólnocie

„Uwierz w ducha” pamiętamy dzisiaj nie jako krytykę „wilków z Wall Street” lub film, który zapewnił niezapomnianą rolę czarnej komiczce. Wydaje się, że jego publiczność ceni mistyczno-romantyczną mgiełkę, jaka otacza drugorzędną fabułę o zemście i finansowych machlojkach. Duża w tym zasługa gwiazd filmu.

Moore zmieniła wizerunek ekranowy dopiero w latach 90., dzięki między innymi „Niemoralnej propozycji” Adriana Lynea (1993) i „Striptizowi” Andrew Bergmana (1996). W „Uwierz w ducha” łączy jeszcze dziewczęcy urok ze szlachetną naiwnością. Swayze w „Uwierz w ducha” powrócił po kilku słabszych latach z rolą, w której czuć kruchość i delikatność, charakteryzujące jego występ w „Dirty Dancing” Emilea Ardolino (1987). Parodiowana wielokrotnie scena lepienia rzeźby-garnka o fallicznym kształcie, z rzewnym coverem „Unchained Melody” w tle, jest rzeczywiście absurdalna, ale też nieodparcie słodka – spełnia nasze marzenie o wartościowym czasie spędzonym z drugą połówką.

Fot. Paramount Pictures/Collection Christophel/East News

Romantyczny ton pojawiający się na początku filmu powraca dopiero w finale, kiedy Swayze duch niejako wchodzi w ciało Ody i, znów w rytmie „Unchained Melody”, zaczyna tulić się do Molly. Otrzymujemy wtedy parę minut czystego, wzruszającego hollywoodzkiego kiczu, który zawiesza bieg czasu i daje kochankom przestrzeń na niemożliwe, intymne spotkanie. Scena zapewniła filmowi nieśmiertelność i potwierdziła, że gambit reżysera Jerryego Zuckera – króla parodii w rodzaju „Nagiej broni” – opłacił się. Jeśli w mieszance gatunków przynajmniej melodramat będzie miał siłę emocjonalnego rażenia, wystarczy, by poruszyć serca i sprawić, by odbiorcy zapomnieli, że reszta filmu jest raczej do niczego. Nic więc na to nie poradzimy – do oglądania „Uwierz w ducha” po ponad trzech dekadach od premiery wciąż warto siadać z paczką chusteczek pod ręką.

Sebastian Smoliński
Proszę czekać..
Zamknij