Znaleziono 0 artykułów
19.10.2018

Janusza Głowackiego lekcja wrażliwości

(Fot. materiały prasowe wyd W.A.B.)

Głowacki pisał „Bezsenność w czasie karnawału” do ostatnich chwil życia, ale wiadomo, że nie postawił ostatniej kropki. A jednak to książka zamknięta, dzięki kobietom – żona ułożyła rękopis w całość, córka napisała epilog. Powstał zapis tak osobisty, jak chyba żaden inny wcześniej. 

Zaczyna się od wyzwania: „Teraz tak: ja się w tej opowieści będę nazywał Janusz Głowacki. Na to się przed chwilą zdecydowałem i to jest odważna decyzja. Bo mogłem sobie napisać, że ten, co to pisze, się nazywa inaczej. Max F. na przykład albo Tyberiusz Włosiak, czy się tchórzliwie schować jak Stendhal za jakiegoś nieszczęsnego Juliusza Sorela. W takim wypadku moje bluźnierstwa, głupoty, świństwa oraz zboczenia idą na tamtego albo są w najlepszym razie porozrzucane na kilku. A tak to na mój rachunek. Czyli to jest właśnie bardzo odważna i uczciwa decyzja, taką się podejmuje raz w życiu i tylko jeżeli się jest absolutnie niezłomnym i najgłębiej wierzącym”. 

Olena Leonenko i Janusz Głowacki (Fot Wojciech Olszanka/East News)

Potem leci, tak jak tylko Głowacki potrafił, szczerze i wnikliwie, obserwacja za obserwacją, proza utkana z małych detali, które nie są przecież ani małe, ani nieważne, mimo że przechodzimy obok nich obojętnie, bo przytrafiają się codziennie. Książka tak osobista, jak chyba żadna inna wcześniej. Prawdziwy opis bezsenności w czasie karnawału, gdy radość i tańce są nie tylko dozwolone, ale wręcz nakazane, ale jak tu się cieszyć, gdy w takim, dajmy na to, Stambule, koczują na chodnikach wymęczone i głodne uciekinierki z Syrii, a obok pędzi gigantyczne, rozedrgane miasto, które w jednej sekundzie mogłoby tym kobietom nieco osłodzić życie, ale nie widzi ich, nie interesuje się tym, co ma pod nogami. Taka jest bowiem kondycja ludzka, akurat nie tylko w Stambule: nie widzieć, nie interesować się, patrzeć swego, bo swoje jest najważniejsze i kwita.

Na literackim płaszczu Głowackiego naszytych jest wiele łat. Niektóre z nich sam skrupulatnie fastrygował, być może po to, by trudniej było dostrzec prawdziwy kolor przyodziewku. Czytelnikom zdaje się więc, że był człowiekiem smakującym życie najmocniej jak się da, bywalcem, bon vivantem, prześmiewcą i szydercą, niekiedy trzpiotem oraz psotnikiem, jeśli można bez grzechu obrazoburstwa powiedzieć tak o twórcy, który odniósł ogromny artystyczny sukces. Gdyż jego sukces był bez precedensu, zwłaszcza jako dramaturga. Sztuki Głowackiego grane są od Charkowa po Nowy Jork, że o Londynie i Paryżu nie wspomnę. Brał tuzinami najważniejsze światowe nagrody, a opowiadano o nim jak o gwieździe towarzystwa, tak w Polsce, jak za oceanem. Podobno (co ciągle nie jest pewne, bo gotowe scenariusze filmowe czekają) nie podbił tylko Hollywoodu. Ale jak będzie, to się dopiero zobaczy.

Co więc takiego pisarza, który jak się zdaje, ma wszystko, od sławy po autentyczny sukces, pcha na ulice Warszawy, gdzie „pani Ala, zwykle po paru sztachach i setce lanej prosto z torebki”, do nowojorskich parków, na kijowski Majdan? Mądrość, gdyż Głowacki po prostu wiedział, jak cienka granica dzieli triumf od upadku; w końcu nim poznano się na jego dramatach w Ameryce, doświadczał emigranckiego losu i ocierał się o bezdomność. Oraz serce – bo kiedy opisywał zapitego kloszarda albo oszalałego fanatyka od naszych narodowych tragicznych spisków, wiedział, jak bardzo to niesprawiedliwe: jeden za łóżko ma ławkę w parku, a drugi opływa w dostatki, jeden ma zdrowy rozsądek, a drugi nie. Są to sprawy dla rodzaju ludzkiego absolutnie elementarne, nad którymi zastanawiają się już od starożytnej Grecji najwięksi filozofowie. Kiedy zaś już wiedzą, jak Głowacki, że wiedzą mało i nie dowiedzą się wiele więcej, a jeszcze potrafią to zapisać, trafiają do elity myślicieli. Że skutkuje to bezsennością? Za mądrość i serce trzeba zapłacić.

Mamy więc książkę znakomitą, choć nieskończoną. Głowacki pisał „Bezsenność w czasie karnawału” do ostatnich chwil życia, ale wiadomo, że nie postawił ostatniej kropki. A jednak to książka zamknięta, dzięki kobietom – żona, Olena Leonenko, ułożyła rękopis w całość, córka Zuzanna napisała epilog. Głowacki żył literaturą, mówił o pisaniu, przegadywał sceny i wątki, kreślił, poprawiał, a ponieważ nie używał komputera, lecz bazgrał długopisem, trzeba było się mocno natrudzić, by odcyfrować zapiski. Na dodatek pierwsze zapisane zdania wcale nie musiały być początkiem. Rozdział, w zamierzeniu piąty, wskakiwał w miejsce trzeciego, słowem, bałagan i zamieszanie. Nie ma łatwo z twórczością wybitną, gdy trzeba ją ułożyć. Udało się wybornie.

Janusz Głowacki (Fot. Andrzej Zbraniecki/East News)

Pisze Głowacki, jak to Głowacki, z ironią i dystansem: „Na bogactwo literatury narodowej składają się doskonałość moralna autora, wysokie walory artystyczne tekstu i doniosłe prawdy czasu. Te prawdy, które będą miały wpływ na życie rodziny, wychowanie dzieci i obronność kraju. Biorąc to pod uwagę przystępuje do pisania”. By wnet dodać: „Jak każdy człowiek przyzwoity, ludzi przegranych nie lubię wprost wyjątkowo, a dobroci to już mi nikt zarzucić nie może, poza wróbelkami. A zapisuję to wszystko naumyślnie z nadzieją, że wywołam u czytających poczucie nie żeby zaraz zrozumienia, ale wyższości. To już coś, bo takie poczucie, że jest się lepszym, pomaga, daje sporo radości i nadaje sens życiu. No nie aż tak jak zemsta, chęć odwetu, nienawiść, bo one to już bardzo pomagają. I człowiek nawet nie zauważy, jak to życie przyjemnie i szybko przeleciało”.

Nie martwmy się jednak na zapas. Jest w „Bezsenności w czasie karnawału” gorzki ładunek smutku i beznadziei. Ale też uśmiejemy się do spodu, bo to książka niezmiernie zabawna. Mawiał Janusz Głowacki za warszawskim porzekadłem: „Bida musi pofolgować”. Folgujmy zatem, co zaleca córka autora: „Miałam plan, żeby zakończyć lekko i optymistycznie, ale, jak mawiał Tata, jednak prawda jest, kurwa, najlepsza”.

Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału” wydawnictwo W.A.B., w księgarniach od 17 października

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę