Znaleziono 0 artykułów
03.03.2020

Jestem i Będę: Lekcja samoakceptacji

Anna Kiełbasińska (Fot. Piotr Sitarsky)

Spóźniałam się na treningi, bo stałam z lakierem, spinkami i dwoma lusterkami, by maskować łyse miejsca na głowie – opowiada Anna Kiełbasińska, kolejna bohaterka cyklu, który realizujemy z fundacją „Bądź”. Sprinterka, która reprezentuje Polskę na igrzyskach olimpijskich, walczy z łysieniem plackowatym.

Vogue.pl łączy siły ze Storytel by jako partnerzy wesprzeć Fundację Małgosi Braunek “Bądź” i jej projekt "Jestem-Będę". Poznajemy w nim historie 11 bohaterów którzy po doświadczeniach związanych z kryzysem zdrowotnym odnaleźli drogę zdrowia na każdym poziomie. Posłuchaj rozmów z bohaterami „Jestem i Będę” przez 30 dni bezpłatnie logując się na stronę: www.storytel.pl/jestembede

Pierwsze wspomnienie związane z chorobą? Biegam po sali w przedszkolu. Na głowie mam łysy placek. Nie pamiętam wstydu, bo przyszedł dopiero później. Kiedy sięgnę pamięcią do czasów szkolnych, towarzyszyły mi inne emocje. Mimo że prawdopodobnie wtedy nikt nie zauważał mojej inności, ja się jej wstydziłam. Poświęcałam wiele energii na to, by ukryć się przed światem. Choroba falami nawracała w różnym natężeniu. Tak naprawdę zrozumiałam, że dzieje się ze mną coś poważnego, gdy wypadła mi ponad połowa włosów. Mama zabrała mnie do najlepszego specjalisty od łysienia. Byłam zdana na dorosłych, akceptowałam więc wszystkie zaordynowane terapie.

W 2004 r. zaczęłam na poważnie trenować. Niedługo potem poszłam do liceum, zmieniłam środowisko. Wtedy też rozstali się moi rodzice. Czy liczne zmiany miały wpływ na zaostrzenie objawów choroby? Możliwe. Mogło mnie to podświadomie stresować. Istnieje wiele teorii, że to właśnie stres wyzwala łysienie plackowate.

Anna Kiełbasińska (Fot. Piotr Sitarsky)

Trafiłam na leczenie eksperymentalne. Terapia polegała na wcieraniu w łyse miejsca uczulającej substancji, która wywoływała silną reakcję alergiczną. W wyniku wcierek powstawały ropiejące, swędzące rany. Często skracałam czas utrzymywania wcierki. Umycie włosów było dla mnie ukojeniem. Przez kilka dni rany goiły się, po czym musiałam znów przystępować do wcierania. Przyznaję, że włosy mi odrosły i nie miałam problemów przez wiele lat. Jednak ciężko stwierdzić, czy efekt przyniosła terapia, czy inne, niezależne czynniki.

W 2011 r. miałam bardzo dobry sezon startowy. Jednak mój nastrój się pogarszał. Przeszłam wiele ciężkich zgrupowań. Nie odnalazłam się towarzysko w kadrze. Bardzo mi zależało na akceptacji środowiska, a dziewczyny dawały mi do zrozumienia, że jesteśmy rywalkami. Nie mogłam tego zrozumieć i bardzo się stresowałam. Relacja z trenerem także nie była idealna. Na drugim końcu świata czułam się bardzo samotna. Wytrwałam do sezonu startowego, w którym pokładałam dużo nadziei. Straciłam jednak sekundę na 200 m, to jest bardzo dużo na tym dystansie. Załamałam się.

Mój dotychczasowy trener pomógł mi zrozumieć, że jestem przetrenowana i stres na zgrupowaniu mocno dał mi się we znaki. Wspólnymi siłami doszliśmy do formy minimum na mistrzostwa. Zdobyłam srebro. Przede mną uplasowała się Ukrainka. Miesiąc później dowiedziałam się, że została złapana na dopingu, więc to ja jestem mistrzynią Europy. Z jednej strony, była to dla mnie pokrzepiająca nowina w tym trudnym czasie, jednak miałam też wiele żalu o tę sytuację. W końcu to nie ja przebiegłam pierwsza linię mety, nie ja usłyszałam hymn na podium. Zostałam okradziona z dóbr, z przeżyć zarezerwowanych dla złotych medalistów. Mogę sobie tylko wyobrażać, jakbym się czuła, stojąc na najwyższym szczeblu podium.

Włosy zaczęły mi wychodzić garściami. Ogromny stres, bardzo odległe geograficznie miejsca w krótkich odcinkach czasu, różne flory bakteryjne nie pozostały bez znaczenia dla mojego organizmu. Dodatkowo zaczęłam mieć poważne problemy z jelitami i brzuchem. Stres i presja były tak silne, że organizm zaczął wysyłać sygnały SOS. Włosy wprawdzie odrastały, ale na czole i grzywce rosły całkowicie białe kosmyki. Nie chciałam ich farbować, bo bałam się, że całkowicie wypadną. Dla otoczenia było oczywiste, że coś jest ze mną nie tak, ale ja dalej ukrywałam się przed światem. Wiedzieli jedynie najbliżsi i mój chłopak.

Anna Kiełbasińska (Fot. Piotr Sitarsky)

Kontynuowałam leczenie konwencjonalne. Moje życie w tamtym okresie było bardzo specyficzne i podporządkowane treningom oraz cotygodniowym wcierkom. W dzień aplikacji chciałam przebywać w domu. Skóra na głowie, w wyniku reakcji alergicznej, była tak uwrażliwiona, że silniejszy podmuch wiatru czy promienie słoneczne sprawiały, że czułam ogromny ból. Przesypiałam ten czas, budziłam się w momencie, gdy mogłam już zmyć wcierkę. Potrzebowałam absolutnego spokoju i intymności. To determinowało mój świat i sprawiło, że rozpadł się mój związek. Wsparcie, którego oczekiwałam było zbyt trudne do udźwignięcia. W tym momencie czułam już także, że medycyna konwencjonalna nie radzi sobie z moją przypadłością. Dodatkowo zaczęłam mieć problemy z alergiami. Nieustannie kichałam, łzawiły mi oczy. A bóle brzucha utrzymywały się nadal.

Roku igrzysk olimpijskich nie wspominam dobrze. Znów miałam zły kontakt z ekipą, nie załapałam się do sztafety, na zawody jeździłam jako rezerwowa. Ciężko było mi pogodzić się z tym, że traktowano mnie jako dziewczynę do podawania bidonów. Mój stan psychiczny dodatkowo się pogarszał, bo nie mogłam już liczyć na stypendium. Nie biegałam w sztafecie, z klubu nie otrzymywałam wynagrodzenia. Stanęłam twarzą w twarz z faktem, że nie mam z czego żyć. Mimo że rok wcześniej byłam młodzieżową mistrzynią Europy. To wszystko pogłębiło mój kiepski stan psychiczny.

Wtedy pojawiła się możliwość wejścia do zawodowego wojska, skorzystałam z niej i pojechałam na szkolenie. Praktycznie zawiesiłam trenowanie. Przez cztery miesiące żyłam z 12 dziewczynami w małym pokoiku. Na domiar złego, na cały ośrodek była tylko jedna łazienka. Wstawałam pierwsza, szybko myłam i suszyłam włosy,  żeby nikt nie odkrył mojej tajemnicy. Łysienie urosło w mojej głowie do tematu tabu. Bałam się być inna. Bałam się, że ludzie, gdy się dowiedzą, będą się źle wypowiadali na mój temat. Zamknęłam się w sobie, chciałam uchronić się przed złośliwymi komentarzami. Godzinami pracowałam przed lustrem, żeby nie było widać łysych placków. Koleżanki wyznały mi po latach, że widziały, że coś jest ze mną nie tak. Jednak ja nic nie mówiłam, a one nie chciały stawiać mnie w kłopotliwej sytuacji. Patrzyłam z zazdrością na inne dziewczyny, które miały piękne zdrowe włosy, a narzekały na rozdwojone końcówki. Nie byłam pogodzona z chorobą i cierpieniem.

Podczas szkolenia wojskowego kolejny raz nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka z otoczeniem. Jako sportowiec miałam inne priorytety. Żeby nie zwariować, nauczyłam się spędzać czas sama. Był to dla mnie przełomowy moment. Pierwszy raz uświadomiłam sobie, że mogę coś w swoim życiu zmienić, zrobić inaczej. Życie postawiło mnie znów w trudnej sytuacji, a ja tym razem postanowiłam odwrócić los i zrobić dla siebie coś dobrego. Do tej pory myślałam, że samodzielne pójście do kina czy kawiarni jest po prostu głupie. Zmieniłam sposób myślenia. To był mój pierwszy, malutki krok na drodze do samoakceptacji.

Anna Kiełbasińska (Fot. Piotr Sitarsky)

Gdy skończyłam szkolenie, wróciłam do treningów.  Miałam słabszy sezon. Jednak dostałam etat, zaczęłam zarabiać pieniądze, odciążyłam mamę. Poczułam, że powoli staję na nogi i idę ku lepszemu. Niedługo miał nastąpić przełom w mojej karierze sportowej. Mimo to dalej borykałam się z łysieniem, z bólami brzucha, licznymi alergiami.

Przeprowadziłam się do Trójmiasta. Ciało dobrze zareagowało na zmianę otoczenia. Sporo trenowałam, dużo startowałam, złamałam 23 sekundy na 200 m, zrobiłam minimum na Mistrzostwa Świata i dostałam się do Pekinu. Tryb mojego życia był naprawdę szalony, za mocno się eksploatowałam. Na zgrupowaniu w Japonii, tuż przed startem w Pekinie, złapałam ciężką grypę. Włosy zaczęły wypadać garściami. Mimo niedyspozycji, całkiem nieźle się zaprezentowałam. Wróciłam do kraju, by zaraz polecieć na wojskowe igrzyska do Korei Południowej.

Przyznaję, sezon 2015 był długi i wyczerpujący. Funkcjonowałam na najwyższych obrotach. Włosów praktycznie nie miałam. Dodatkowo, oprócz dolegliwości bólowych brzucha, pojawiły się zgaga, refluks oraz wzdęcia. Czułam się fatalnie. Zwracałam się po pomoc do kadrowego lekarza, jednak moje złe samopoczucie zrzucał na karb stresu. Było już tak źle, że nie potrafiłam ukrywać placków. Potrafiłam spóźniać się na treningi, bo stałam z lakierem, spinkami i dwoma lusterkami, by maskować łyse miejsca na głowie. Jednak, gdy w jednym miejscu ukrywałam placek, w drugim go odkrywałam. Byłam zrozpaczona tym, że ktoś może mnie zdemaskować. Próbowałam robić sobie jeszcze doczepy, ale to tylko pogorszyło stan moich włosów. Chciałam skończyć trenować, żeby doprowadzić ciało do porządku.

To był dla mnie moment zwrotny. Wiedziałam, że albo coś mocno zmienię w swoim życiu i pójdę dalej, albo będę tkwiła w tym beznadziejnym stanie na zawsze. Doszłam do ostatecznego wniosku, że medycyna konwencjonalna mi nie pomaga i muszę znaleźć na siebie nowy sposób. Pojechałam do domu do Warszawy i powiedziałam, że chcę się wycofać z życia sportowego. Nie byłam już w stanie się ukrywać, a nie czułam się gotowa na coming out. Rodzina bardzo mnie wsparła w kryzysie. Powiedzieli mi, że nie mogę się schować, gdy moja kariera zaczyna rozkwitać. Przekonali mnie do spróbowania nowych alternatywnych metod leczenia i dali zakaz ukrywania się w domu. Pomogli mi wyjść z moim schorzeniem do świata. Wówczas na głowie miałam dwie maleńkie kępki włosów. Zostały mi dwie opcje: ogolić się na łyso albo kupić perukę. Żadna z nich nie była dla mnie. Znaleźliśmy ładne chustki na głowę. Zrobiłam wpis na Facebooku, mimo że nie byłam do tego w pełni przekonana. Zaufałam bliskim. Mój manifest chorobowy pokazał mi, że otoczenie mnie rozumie i akceptuje, a z łysienia nie muszę już robić wielkiej sprawy.

Pojechałam na Mistrzostwa Polski. Zobaczyłam, że nikt na mnie dziwnie nie patrzy. Zaczęłam nosić turbany. Zauważyłam ogromną poprawę. Odszedł stres z ukrywaniem się, było mi coraz lżej. Wygrałam zawody. Kontynuowałam karierę, zaczęłam przygotowywać się do igrzysk. Oswajałam się z łysieniem do tego stopnia, że pomyślałam, że mogę normalnie żyć bez włosów. To był dla mnie ogromny przełom i początek czegoś nowego.

Anna Kiełbasińska (Fot. Piotr Sitarsky)

Odważyłam się całkowicie przerwać leczenie konwencjonalne, bo i tak nie przynosiło efektów. Skoro szykowałam się do igrzysk w Rio de Janeiro, a włosów i tak nie miałam, nie chciałam dodatkowo obciążać organizmu. Podczas przygotowań do igrzysk zostaliśmy objęci suplementacją probiotykami. Zauważyłam, że po nich włosy przestały wypadać. Dodatkowo, zmęczona problemami z żołądkiem, zrobiłam badania na nietolerancje pokarmowe. W tamtym momencie zaczęłam też współpracę z coachem. Moja mama zorganizowała obiad, na który zaprosiła swoją znajomą, Małgosię. Dziś nazywam ją moim aniołem stróżem. Mamy idealny przepływ energii. Nawet w najgorszych momentach, gdy jestem rozbita, rozmowa z nią sprawia, że jestem zmotywowana i gotowa do działania. To właśnie ona namówiła mnie na jogę.

Posłuchałam jej i od samego początku niesamowicie się wkręciłam. Zaczęłam od Air Yogi, potem przeszłam do Vinyasy. Nie zraziłam się początkowymi trudnościami w opanowaniu poszczególnych asan. Czułam, że joga wprowadza nową jakość do mojego życia. Codziennie, przed lub po treningu, uczęszczałam na zajęcia. Z czasem zaczynałam czuć się po nich coraz bardziej błogo, zakorzeniona w swoim ciele, skupiona na tym, co dzieje się dookoła. Dzięki jodze, oprócz wewnętrznego spokoju, zyskałam większy zakres ruchu, lepszą elastyczność mięśni. Nauczyłam się prawidłowo oddychać, poznałam wiele przydatnych technik i ćwiczeń. Teraz nawet przed treningiem potrafię się dodatkowo pobudzić oddechem. Było to dla mnie kolejnym przełomem i krokiem do procesu uzdrowienia.

W międzyczasie jeden z lekarzy, do którego zwróciłam się po pomoc, odkrył, że na łysienie plackowate doskonałe są wcierki z cebuli. Nie mając już nic do stracenia, postanowiłam spróbować. Okazało się, że zwyczajna, wszędzie dostępna cebula jest dla mnie cudownym lekiem, do tego tanim i naturalnym. Przez tyle lat męczyłam się z chemicznymi wcierkami i silnymi, bolesnymi zmianami po nich, a rozwiązanie było tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Włosy zaczęły mi odrastać tak, że w ciągu dwóch-trzech miesięcy regularnych wcierek z cebuli miałam krótką, ale pełną fryzurę.

Dodatkowo postanowiłam ostatecznie rozprawić się z problemami z brzuchem. Zaczęłam dbać o dietę, jeść zgodnie ze wskazaniami testów na nietolerancje. Znów, metodą małych kroków wprowadzałam kolejne zmiany. Gotowe probiotyki zamieniłam na kiszonki. Ograniczyłam mięso, w pewnym momencie eksperymentalnie przestawiłam się nawet na dietę wegańską. Odkryłam nowe smaki. Dziś, jak nie muszę jeść albo nie mam ochoty na mięso, zastępuję je białkiem pochodzenia roślinnego. Odkryłam zbawienną moc kaszy jaglanej. Kupiłam wyciskarkę wolnoobrotową, przygotowuję sobie zielone mikstury z natki pietruszki, jarmużu. Zaczęłam dbać o jakość jedzenia, stawiam na różnorodność. Wydaję spore sumy na sprawdzone produkty, ale traktuję to jako inwestycję w siebie. Ograniczyłam słodycze. Gdy mam ochotę na coś słodkiego, sięgam po gorzką czekoladę, daktyla albo sok. Na co dzień korzystam z uzdrawiającej mocy ziół i naparów. Mam swoje sprawdzone mieszanki.

Moja historia pokazuje, że bez akceptacji samego siebie nie można w życiu ruszyć dalej. Czuję, że dzięki samozaparciu i konsekwencji bardzo dużo dla siebie zrobiłam. Odważyłam się na wiele małych kroków, które doprowadziły mnie do dobrego miejsca. Nauczyłam się akceptować siebie i swoją chorobę. Dzięki temu, że pokonałam wstyd, który paraliżował całe moje życie, mogłam dalej walczyć o siebie. Mimo trudnych przeżyć, jestem wdzięczna losowi. Czuję, że dużo mam, że pokonałam wiele blokad. Nauczyłam się korzystać z tego, co świat daje nam na wyciągnięcie ręki. Bo warto.

****

Tekst jest częścią projektu Fundacji Małgosi Braunek "Bądź”. Cykl „Jestem i Będę” przybliża autentycznych bohaterów, ich historie poradzenia sobie z kryzysem zdrowotnym i doświadczenia z holistycznym podejściem do leczenia.

Vogue.pl jest partnerem projektu. Od listopada aż do kwietnia czytelnicy będą mogli przeczytać historię 12 bohaterów, które dopełnią fotografie zrealizowane specjalnie do projektu przez wyjątkowych fotografów. Całości towarzyszą podcasty na platformie Storytel, która jest drugim ważnym partnerem projektu. Rozmów z bohaterami prowadzonych przez Orinę Krajewską wysłuchacie w Storytel.

Więcej informacji o projekcie „Jestem i Będę” tutaj: http://fundacjabadz.pl/jestem-i-bede-projekt-fundacji-malgosi-braunek-badz-w-vogue-pl-i-na-storyrel-pl/


Bohaterka: Anna Kiełbasińska
Wsparcie redakcyjne: Marta Malik - Ryl, Fundacja “Bądź”
Fotografie: Piotr Sitarski 
Stylizacje: Maciej Dąbroś
MUA: Sonia Kieryluk

Anna Kiełbasińska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę