Znaleziono 0 artykułów
10.06.2022

Książka tygodnia: Adam Robiński, „Pałace na wodzie”

10.06.2022
(Fot. Getty Images)

Głupim ludziom bobry podobno przeszkadzają, bo wbrew ludzkiej woli są znakomitymi architektami krajobrazu, kopią kanały i stawiają tamy, które z nadbrzeżnych łąk czynią mokradła. Tam, skąd masowo je wywożono, by zamieszkały gdzie indziej, wysychały stawy i jeziorka. O życiu tych gryzoni, ich losach, charakterze i urodzie pisze Adam Robiński, autor obdarzony bystrym spojrzeniem, wrażliwym słuchem, reporterskim talentem.

Gdy całkiem niedawno przeczytałem o śmierci pierwszego tatrzańskiego bobra, sięgnąłem po książkę „Pałace na wodzie” z nadzieją, że dowiem się o bobrach nieco więcej. Bowiem to, co stało się w Tatrach, było niezwykłe. Bóbr zamieszkał ostatniej jesieni w okolicach Morskiego Oka, a tak wysoko w górach bobrów w Polsce nie widziano nigdy. Przetrwał zimę, choć nie dawano mu większych szans, a potem ruszył aż na Szpiglasową Przełęcz, pokonując ponad 700 metrów przewyższenia. Spadł w przepaść, choć czasami myślę, że była to śmierć samobójcza, gdy bóbr zrozumiał, że nie pokona wrzasków ludzkich, dochodzących w głąb Tatr z drogi ku Morskiemu Oku. Zwierzątku należał się hołd, choćby w postaci przeczytania książki o tych gryzoniach.

Ciekaw byłem również, jakie to bobry autor „Pałaców…” Adam Robiński wyciągnie z pomroki dziejów. Pierwszym jest bóbr – aktor, odtwórca ważnej, choć epizodycznej roli w najczęściej oglądanym polskim filmie, „Krzyżakach” Aleksandra Forda. Choć w „Krzyżakach” bóbr musiał umrzeć, by Jagienka mogła sporządzić maść na rany Maćka z Bogdańca z bobrowej wydzieliny castoreum, używanej w przemyśle perfumeryjnym i medycynie, tak naprawdę przeżył. Mieszkał w rozlewiskach strugi pod Gdańskiem Oliwą, był przymusowym emigrantem z Rosji, jako że w latach 50. i 60. bobrów narodowości polskiej u nas prawie nie było i trzeba było ratować się przybyszami ze Wschodu.

(Fot. Getty Images)

Jednym z bohaterów jest też Grey Owl (Szara Sowa), popularny pisarz i wielki blagier, który był Brytyjczykiem, lecz wymyślił sobie indiańską biografię. W latach 30. ubiegłego wieku ogłosił „Sejdżio i jej bobry”, rzecz o indiańskiej dziewczynce i jej przyjaźni z tymi zwierzakami, pełnej niezwykłych przygód i niebezpieczeństw. Ową książeczkę dla dzieci uznano za wołanie, by ratować bobry, tym razem w Kanadzie, jako że trzebiono te zwierzęta na potęgę wszędzie, gdzie żyły.

Jednak książka Robińskiego nie jest o bobrze z „Krzyżaków” ani o Kanadyjczykach z opowieści Szarej Sowy. Opowiada o tym, jak w Polsce odtwarzano bobrową populację, startując niemal od zera. Wprawdzie gdzieś nad suwalskimi rzeczkami i jeziorkami podobno zawsze widywano bobry (migrujące z nadniemeńskich dóbr książęcego rodu Radziwiłłów), po zmroku pluskające w wodzie, więc uznawano je za diabły, mieszkające w drewnianych domkach stojących na brzegach. Lecz tak naprawdę bobrów u nas nie było, jeśli nie liczyć sprowadzonych po wojnie z Rosji. Stały się gatunkiem nieobecnym i ściśle chronionym, ale dzięki garści zapaleńców i pasjonatów rozbiegły się (rozpłynęły) po całym kraju.

I tak mamy dzisiaj bobry na Suwalszczyźnie, na Warmii i Mazurach, w dorzeczu Wisły i Warty, w Beskidzie Niskim i w Bieszczadach. Bobrów zrobiło się całkiem sporo, choć w niektórych miejscach jest ich coraz mniej, a w innych przybywa. Głupim ludziom podobno przeszkadzają, bo wbrew ludzkiej woli są znakomitymi architektami krajobrazu, kopią kanały i stawiają tamy, które z nadbrzeżnych łąk czynią mokradła. Głupi ludzie nie rozumieją, że bobrowe budowle zatrzymują wodę, której u nas brak prawie tak bardzo jak na Saharze. Tam, skąd bobry masowo wywożono, by zamieszkały gdzie indziej, wysychały stawy i jeziorka, choć być może przybywało brzózek, bo pędy akurat tych drzew bobry lubią szczególnie.

Mądrym ludziom bobry nie przeszkadzają. Bo w końcu to wielce interesujący widok podczas wakacji lub długiego weekendu: bóbr płynący Kanałem Augustowskim lub mazurskimi rzeczkami, ponad wodę wystaje tylko łepek, w ciemnym, brunatnym, a nawet czarnym futrze błyskają oczka gładkie jak plastikowe główki szpilek. Bóbr jest po prostu fajny i kwita.

Adam Robiński, „Pałace na wodzie”, wydawnictwo Czarne (Fot. materiały prasowe)

Poza bobrami „Pałace na wodzie” mają wartość dodaną. Otóż Adam Robiński jest zakochany w przyrodzie. Zdaje się, że odprawia modły przed zwalonymi pniami starych drzew, koloniami grzybów, które ignoranci nazywają psiakami, lubi brodzić po rozlewiskach, taplać się w bagiennych błotach, zapewne lubi nawet komary, które muszą go gryźć pasjami podczas leśno-jeziorno-mokradłowych wypraw. A jeśli nie gryzą komary, to szczypie mróz, bo mrozy jeszcze, i na szczęście, w Polsce się przytrafiają.

Na dodatek modły Robińskiego do przyrody zdają się skuteczne, a nagrodą za poddaństwo naturze jest język, jakim ją opisuje. Widzi nieoczywiste kolory i czuje ulotne zapachy. Słyszy dźwięki dostępne laikom, ale również te, które są tylko dla wybranych. Bobrowi bogowie odrodzili w Polsce populację tych niezwykłych zwierzaków, a kiedy zrobili, co do nich należało, postanowili obdarować Robińskiego bystrym spojrzeniem, wrażliwym słuchem no i reporterskim talentem. Na bobrową chwałę.

Adam Robiński, „Pałace na wodzie”, wydawnictwo Czarne

Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę