Znaleziono 0 artykułów
10.08.2019

Love Me Tinder: Bez śniadania

(Il. Izabela Kacprzak)

Wracam do aplikacji, kiedy mam taką potrzebę czy przestrzeń w życiu. Zdarzają się nieudane randki, ale czasem udaje się spotkać kogoś interesującego. Mieć seks albo romans. Każda kolejna randka sprawia, że wszystko idzie łatwiej. Tinder się sprawdza. 

Marzec. Szaruga, plucha, śnieg z deszczem. Zdecydowanie nie są to warunki na randkę. A ja umówiłam się na spacer z chłopakiem, o którym wiedziałam tyle, co nic. Postanowiłam jednak nie szukać wymówek, bo przecież zawsze się coś znajdzie – jak nie pogoda, to ból głowy, nawał pracy czy urodziny znajomego. Poszłam za ciosem. Poza tym chłopak podobał mi się. Tu się zatrzymajmy.

(Il. Izabela Kacprzak)

W pojedynkę

Historia, którą chcę opowiedzieć, miała miejsce jakieś pięć lat temu. Była to jedna z moich pierwszych randek z Tindera – uwaga spoiler – w dodatku zakończona seksem. Czyli tym, czego za pośrednictwem aplikacji przede wszystkim szukałam. 

Tinder dopiero w Polsce raczkował, chłopaków było mało i sami nie wiedzieli, czego chcą. Wśród użytkowników przeważali ludzie z warszawskiej bańki, z branży dziennikarskiej i technologicznej, których przywiodła zawodowa ciekawość. Sama założyłam konto, aby napisać tekst. Ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby użyć go prywatnie. Tym bardziej że już od jakiegoś czasu wiedziałam, czego chcę. A może powinnam powiedzieć – ułożyłam sobie życie. W pojedynkę. Wsłuchałam się w siebie, ustaliłam listę życiowych priorytetów, prześwietliłam plusy i minusy, świadomie wybrałam.

Co mnie do tej decyzji doprowadziło? Owszem, byłam w związkach. Związki jak związki. Były raczej z odpowiednimi osobami, do których coś czułam, z którymi miałam „zgodność charakterów”, rzadziej totalne niewypały, które szybko żegnałam. Nie żałuję, zostało mi trochę fajnych wspomnień i cennych wniosków. Mam jednak wrażenie, że tworzyłam relacje dość bezrefleksyjnie, kierując się wzorcami narzucanymi przez kulturę i społeczeństwo, które premiuje bycie w parze, a singielstwo traktuje jako etap w poszukiwaniu drugiej połówki. A przecież nawet jeśli takie wzorce są powszechnie realizowane, to nie muszą oznaczać, że sprawdzą się u każdego. 

Doszłam więc w końcu do tego, że mam inną wizję szczęścia. Jestem jedynaczką, zawsze dużo czasu spędzałam we własnym towarzystwie i nigdy nie narzekałam. Lubię pójść w pojedynkę do kawiarni, na koncert czy pojechać sama na wakacje. Poza tym mam blisko przyjaciół i rodzinę, z którymi często się spotykam. Nie ma zatem mowy o samotności. Sprawę ułatwia mi też zapewne fakt, że mieszkam w dużym mieście, otaczam się ludźmi, którzy żyją podobnie i szanują moje wybory. 

W relacji

To wszystko jednak nie oznacza, że nie słyszę komentarzy typu: „Fanaberie”, „A dziecko z kim i lepiej się pospiesz, bo jesteś po trzydziestce”, „Zmieni ci się, jak spotkasz kogoś naprawdę odpowiedniego”. Nie są to częste sytuacje, bo sama unikam oceniania cudzych wyborów. Poza tym w moim rozumieniu życie w pojedynkę nie oznacza odżegnywania się od relacji w ogóle. Choćby jednorazowy seks czy friends with benefits to przecież relacje. Poza tym są też układy otwarte czy opcje typu living apart together – gdyby jednak objawił się „ktoś odpowiedni”, czyli między innymi przystający na moje życiowe preferencje.

Być fair

Wchodzę więc w relacje w miarę możliwości na własnych zasadach, a Tinder mi w tym pomaga. Na żywo nie jest łatwo ot tak zagadać, nie wiadomo, czy ktoś jest wolny itp. Nie jestem też fanką romansowania w gronie znajomych. 
Aplikacja ułatwia więc znajdowanie i zagadywanie kandydatów. Piszę często pierwsza i wolę od razu nakreślić, na czym mi zależy, aby uprzedzić odwieczne tinderowe pytanie: „Czego tutaj szukasz?”, i być po prostu fair. Bo choć jestem otwarta, ciekawa nowych ludzi, zwłaszcza spoza mojej bańki, choć spacery, spotkania na kawę czy kolację to miłe formy spędzania czasu, to przede wszystkim szukam seksu.
Bo seks jest ważny. Samomiłość bardzo sobie cenię, ale mam też potrzebę bliskości z drugą osobą, choćby to była bliskość zbudowana naprędce. 

Przed śniadaniem 

Teraz możemy wrócić do roku 2014 bodajże i mojej marcowej randki. Pogoda była niesprzyjająca, szybko zrobiło się ciemno, nawet nie zdążyłam się dobrze przyjrzeć mojemu randkowiczowi. Na początku szło jak po grudzie, co rusz jakaś niezręczność. Aż w końcu weszliśmy gdzieś na wino, ogrzaliśmy się, napiliśmy i napięcie puściło. Zrobiło się sympatycznie, obcość przełamana, rozmowa zaczęła toczyć się gładko. Nawet pozwoliłam odprowadzić się do domu. Po drodze podjęliśmy wątek seksu, że może byśmy spróbowali. 

Niestety w windzie wiozącej nas zaledwie kilka pięter w górę napięcie wróciło, patrzyliśmy w podłogę, jechaliśmy całą wieczność. Dlaczego to nie jest takie proste jak w książkach czy filmach, że następuje cudowna elipsa i od razu lądujemy w łóżku?! Cóż, w mieszkaniu było jeszcze gorzej, bo miałam poczucie, że w pełnym, nieopatrznie zapalonym świetle odsłaniam o wiele za dużo. Że pokazywanie wszystkich książek, płyt i tak dalej jest bardziej intymne niż rozbieranie się. Przyciemniłam światło i wróciłam do seksu w teorii i praktyce. Było super. 

W sensie, że był to dobry, casualowy seks. Bez żadnych przekroczeń, przyjemnie. Po wszystkim poleżeliśmy sobie jeszcze, pogadaliśmy już zupełnie na luzie, podziękowaliśmy i rozstaliśmy, żeby nie zastanawiać się, co ze śniadaniem. On chciał związku, ale jeszcze nie teraz, bo był po rozstaniu. Ja – wiadomo. Nie spotkaliśmy się więcej.

Cały ten seks

Podobne artykułyLove Me Tinder: Zanim znajdziesz miłośćHania Kos To spotkanie było dla mnie ważne, pokazało, że Tinder się sprawdza. Więc co jakiś czas wracam do aplikacji, kiedy mam taką potrzebę czy przestrzeń w życiu. I choć zdarzają się całkiem nieudane randki, to pamięć o tej marcowej zawsze mnie podtrzymuje na duchu, że może uda się znowu spotkać kogoś interesującego, z kim można pójść do łóżka i uprawiać niezobowiązujący seks czy nawiązać romans. 
Bo zdarzały mi się i takie historie, które gdzieś tam w tle sobie trwały, oczywiście z zachowaniem odpowiedniej higieny. Jak dajmy na to w „Nieznośnej lekkości bytu” Kundery – spotkania nie częściej niż co dwa tygodnie. Albo romans online, prowadzony przez FaceTime z kimś, kogo nigdy nie spotkałam na żywo. Czy po prostu flirtowanie, pełne seksualnego napięcia spotkania, które ostatecznie nie skończyły się w łóżku. 
Każda kolejna randka sprawia, że bardziej się otwierasz na ludzi i wszystko idzie łatwiej. Wiesz, co mówić, co robić, co jest sygnałem alarmowym, wypracowujesz zasady działania, choćby takie, że od początku słabe światło i zakaz zostawania na noc, aby ustrzec się przed działaniem oksytocyny, która nas przywiązuje do siebie. 

Pędzę do ciebie światłowodem

Żeby jednak obraz był pełen, muszę dodać gorzkie refleksje. Bywa, że kiedy piszę o seksie, to faceci niedowierzają, węszą podstęp. Może oceniają własną miarą. Albo chcą natychmiast spotkać się w łóżku. Jaka kawa na mieście, dziewczyno. Nie ma na co czekać. Od razu dziękuję i kasuję – bezpieczeństwo przede wszystkim. 

Są i tacy, którzy spotykają się z kilkoma dziewczynami naraz, ale od ciebie chcieliby wyłączności. A w ogóle to szukają żony, oczywiście poza aplikacją. Bo oni wciąż dzielą kobiety na święte i dziwki. Chętnie ci wytłumaczą nieproszeni, co tracisz, rezygnując z tradycyjnych kobiecych ról. Podwójne standardy pełną gębą, ale to często wychodzi jeszcze podczas wymiany wiadomości, jeśli powie się szczerze o swoich przekonaniach. 

Są i tacy, którzy zdradzają partnerki, ale zapewniają, że są singlami. Nie powinno mnie to obchodzić, skoro nie chcę się wiązać, jednak umawianie się z zajętymi mężczyznami jest niezgodne z moimi zasadami. Wolałabym więc wiedzieć. Poza tym Warszawa wbrew pozorom jest małym miastem. 
Wypada się uzbroić w cierpliwość i czujność.

Kochankowie z Tindera 

Podobne artykułyLove Me Tinder: Bez złudzeńMonika Powalisz Jak pisze Helen Fisher w „Anatomii miłości”, naszym wyborem partnerki czy partnera rządzą skomplikowane interakcje pomiędzy ogromem naszych doświadczeń (wychowanie, kultura, przeżycia, ale i oczekiwania czy potrzeby) a naszą biologią. Sporo rzeczy musi się zgrać, nie jest to wszystko takie proste. 
Jednak gra jest warta świeczki, a narzędzia takie jak aplikacje randkowe sprawę ułatwiają – przynajmniej na początku. Bo miłość czy seks nie robią się same. To zawsze wspólna praca. Może i nie jestem romantyczna, nie wierzę w miłosne cierpienia czy porywy serca, wierzę za to w ludzi, którzy postanawiają się dogadać i być razem szczęśliwi, stworzyć sobie do tego odpowiednie warunki, niezależnie, czy to ma być jednorazowy seks, romans, czy długofalowy związek. 
A przede wszystkim obstaję przy tym, że warto wiedzieć, czego się chce.

Paulina Klepacz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę