Znaleziono 0 artykułów
27.07.2019

Love Me Tinder: Bez złudzeń

(Il. Izabela Kacprzak)

Tinder to aplikacja szkodliwa, zwodnicza, prowadząca na manowce. Uczy ludzi przedmiotowego traktowania drugiej osoby. Pogłębia lęki. Ludzie się popsuli czy może narzędzie, które dostaliśmy do rąk, otworzyło nam nowe możliwości, niekoniecznie dobre? – pisze bohaterka naszego cyklu. 

Używam Tindera od 2016 roku. Mniej lub bardziej aktywnie. Bywały okresy dezaktywacji aplikacji, bywał czas wzmożonej aktywności. Dla mnie Tinder jest jak sinusoida: są amplitudy, przesunięcia fazowe i momenty pulsacji. Uważam siebie za użytkowniczkę doświadczoną, ale i chaotyczną. Staram się nie popadać w tinderową rutynę, ale nie zaczynam też dnia od nerwowych przesunięć.

Co gorsza, nie używam Tindera zgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem jako powszechnie dostępnej aplikacji randkowej. Owszem, na początku tak właśnie było. Rok temu odpuściłam. Paru kochanków, jeden pseudochłopak. One night standy mnie przygnębiają, a partnera życiowego na Tinderze raczej już nie znajdę (tak, znam te szczęśliwe pary, znam nawet szczęśliwe pary z dziećmi, znam nieszczęśliwe dziewczyny, znam chłopaków uzależnionych od seksu i znam porzucone dzieci, które nazywam tinder-niespodziankami). 

(Il. Izabela Kacprzak)

Dziś używam Tindera jako idealnego riserczu do mojej kolejnej książki, dotyczącej kryzysu relacji męsko-damskich (w tej kolejności). Lepszej galerii gotowych bohaterów do tej pory nie znalazłam. Z tego powodu cenię Tindera za globalny egalitaryzm.

Oczywiście czasami korzystam z męskiego wsparcia na wyciągnięcie telefonu. Od czasu do czasu umawiam się z tymi, którzy mnie zaciekawią w realu. Z różnym skutkiem. Im dłużej używam Tindera, tym bardziej jestem przygnębiona. Obserwuję nie tylko atrofię komunikacyjną, ale również galopujące zniecierpliwienie. Nie możesz dzisiaj? Jutro przecież nie istnieje. I pamiętaj, „na twoje miejsce czeka 16 Ukrainek”. To autentyczny cytat z chłopaka, który podawał się za maklera giełdowego. Może miał dostęp do jakichś metadanych, kto wie?

Prawda o Tinderze jest z pozoru mało skomplikowana: ot, kolejna aplikacja, która ma łączyć tych, którzy się gdzieś w cyfrowym niebycie „polubią”. 
Problem zaczyna się jednak już na starcie. Zważywszy, że szacowana liczba użytkowników tej aplikacji rok temu osiągnęła 50 milionów, a każdy używa jej tak, jak umie, czyli według własnych potrzeb, prawdopodobieństwo spotkania osoby, której się potencjalnie szuka, jest praktycznie niemożliwe. Tinder to nie tylko wielki, nieprzepastny wór twarzy i torsów połączony z maszyną losującą w postaci naszej ręki. Doczekałam się biliona przesunięć w lewo lub w prawo dziennie. Gdy wyobrażam sobie tych wszystkich ludzi, którzy pracowicie suną palcami po ekranach swoich smartfonów, robi mi się słabo. Cóż, Kopciuszek miał gorzej, gdy musiał oddzielać mak od popiołu, ale jemu chociaż pomagały gołębie. Nam nie pomaga nikt. Dlatego uważam, że Tinder to aplikacja szkodliwa, zwodnicza, prowadząca na manowce, ucząca ludzi przedmiotowego traktowania drugiej osoby, pogłębiająca lęki – odhumanizowana i budząca grozę. Daliśmy się sprowadzić do roli lepszych lub gorszych produktów w globalnym Tindersamie. Na dodatek poziom manipulacji wizerunkiem, wiekiem, fałszywymi osobowościami jest tak wysoki, że wciskając zielone serduszko, wybieramy randkę w ciemno w połączeniu z zakupem kota w worku. 

Podobne artykułyLove Me Tinder: Zanim znajdziesz miłośćHania Kos Wielu męskich użytkowników nie kryje rozczarowania: „Kiedyś szukałem tu pasażerki do mojego statku kosmicznego”, „Nie muszę za wszelką cenę dążyć do spotkania po dwóch wymienionych wiadomościach”, „Szukam przystojnego mężczyzny, który lubi grać w szachy i krykieta. Dziewczyny też mogą być od biedy”, „Niekoniecznie chcę poznawać poszukiwaczki bankomatów”, „To niesamowite, że tyle tu ludzi, a ciężko poznać kogoś ciekawego, z kim można byłoby spędzić miło wolny czas”, „Świat się nie zmienił. Zmienił się krajobraz z rzeczywistego na wirtualny, a ludzie w nim się popsuli”. Czy rzeczywiście ludzie się popsuli, czy może narzędzie, które dostaliśmy do rąk, otworzyło nam nowe możliwości, niekoniecznie dobre? 

Moje tinderowe przygody nie układają się w żadną koherentną opowieść. Z czasem obrastają jedynie w anegdotę. Lubię je kolekcjonować, bo ludzie nie przestają mnie zadziwiać. 

Jeśli zimową nocą podróżny…

K25 jest wielkim, niedźwiedziowatym, brodatym, podniszczonym przez alko, dragi oraz brak pracy chłopakiem z przedmieść. Na szczęście nie mieszka już z matką. Mieszka w mieszkaniu po babci w jednej z tych podwarszawskich miejscowości, gdzie co prawda komunikacja miejska jeszcze dociera, ale nikomu nie chce się tam jechać. K25 ma do siebie dużo dystansu i poczucie humoru, które mi imponuje. Używa języka ojczystego w sposób absolutnie cudowny. Poza tym K25 nie zadaje nużących pytań o moje preferencje seksualne i co więcej, chce się spotkać. Oczywiście nie jest to wcale takie łatwe, bo on na przedmieściach, skupiony na zamulaniu, niechętnie opuszcza przytulny kwadracik po babci („na razie siedzę w mieszkanku i nic nie robię, palę sobie petka”). W końcu stawiam na spontan, kierując się ulubioną zasadą większości mężczyzn używających Tindera – teraz! Wychodzę w środku nocy z przyjęcia urodzinowego. On wsiada w samochód na przedmieściu. Ja czekam w ogrodzie kamienicy, w której mieszkam. Jest druga w nocy, pada śnieg, nikogo nie ma. Nadchodzi K25. Zaczynamy się całować. Potem jest winda, przedpokój, sypialnia. K25 okazuje się czułym, bezpretensjonalnym, nieprzemocowym i dobrym chłopakiem. Znika tej samej nocy w sypiącym śniegu. Po to, by już nigdy nie powrócić, chociaż oboje jesteśmy zadowoleni i umawiamy się na kolejne spotkanie. Ale do spotkania nie dochodzi. Bo zakupy z mamą, bo daleko, bo przeziębienie, bo nie ma hajsu na benzynę. Po kilku próbach umówienia spotkania nr 2 poddaję się. K25 milknie. 

Tożsamość Bourne’a

J24 nie może znać „Tożsamości Bourne’a”. Film powstał, kiedy słodki milenial miał 10 lat. Nie zna też zapewne cytatów w amerykańskim stylu: „Jutro dopływamy… nie mam nawet imienia”. J24 też nie wie, jak się nazywa. Początkowo ma na imię Jan. Rzekomo jest z Łodzi. Najbardziej ceni sobie szczerość. Studiuje medycynę. Myśli o tym, żeby zostać chirurgiem, ale skrycie marzy o karierze pisarza. Właśnie czyta Tokarczuk. Pech chce, że mój przyjaciel odkrywa w tym samym czasie profil pięknego Jasia na Grindrze. Zdjęcia są zupełnie inne, ale pierścienie na palcach te same. Szybko przechodzimy z rzekomym Jasiem na Messengera. Jego imię i nazwisko nie pasują do żadnego profilu na Facebooku. Jednak z kimś konwersuję. Z kim? Z całkiem miłym, bystrym, inteligentnym ściemniaczem. I co więcej, rozmawia mi się z nim całkiem miło. J24 bardzo chce przyjechać do Warszawy. Czemu nie? Wydaje się, że dystans pomiędzy Warszawą a Łodzią jest nieco mniejszy niż pomiędzy Berlinem a Moskwą, a jednak… Kiedy mamy się spotkać po raz pierwszy, J24 zapada na anginę (wiadomo, jest luty). Kiedy mamy spotkać się po raz drugi, jego ojciec z południa Polski ma zawał (wiadomo, zawał nie wybiera). Kiedy mamy spotkać się po raz trzeci, J24 zapada na chorobę właściwą młodemu pokoleniu – tężyczkę (warto zapoznać się z objawami). J24 kłamie z wdziękiem, ale ile można. Ucinam korespondencję. J24 natychmiast zakłada konto na Instagramie, żeby móc obserwować mnie z innej perspektywy. Kiedy go blokuję, zakłada nowe konto. Pisze, komentuje, łasi się. Mniej więcej w tym samym czasie mojemu przyjacielowi wyświetla się na Grindrze jako Borys z Poznania. Zdjęcia są nieco inne, ale pierścienie te same. 

Mam dziewczynę, ale...

W marcu i kwietniu postanawiam wyjść ze strefy komfortu i umawiać się na klasyczne randki. Pierwsza randka to spacer po dzielnicy z G32. G32 jest moim sąsiadem. Mieszka w Warszawie od pół roku i wygląda na to, że za wiele nie wychodził, bo nigdy nie był w parku, który znajduje się 300 metrów od jego mieszkania. Generalnie G32 jest otwarty na romans. Ma wprawdzie dziewczynę, ale zupełnie mu to nie przeszkadza. Oczywiście jego dziewczyna nic nie wie („aż taka tolerancyjna nie jest”), a on nie zamierza jej rzucać. Na moje pytanie, dlaczego odpalił Tindera, szczerze wyznaje, że mu się nudzi. W trakcie spaceru oczywiście dzwoni jego dziewczyna. G32 skraca spacer i grzecznie udaje się na spotkanie z wybranką swego serca. Ja grzecznie piszę, że jednak szukam kochanka, który nie ma aktualnie dziewczyny. 

Podobne artykuły Love Me Tinder: Doświadczyć jak najwięcejJoanna Jędrusik M29 również ma dziewczynę (i to od pięciu lat!). Czas spędza w pracy. Jego dziewczyna również. Mało się widują. Mieszkają na odległych przedmieściach. Jego dziewczyna także nie wie, że korzysta z Tindera. Podczas randko-lunchu pytam M29, co by zrobił, gdyby jego dziewczyna dokładanie w tym samym czasie robiła to samo. M29 z kamienną twarzą odpowiada, że to niemożliwe. Wiadomo: nasze dziewczyny nie korzystają z Tindera. Na moje pytanie, dlaczego w ogóle zainstalował aplikację, odpowiada: bo mogę. Czy z takim argumentem można polemizować? Pod koniec lunchu pytam, czy jego imię jest prawdziwe. Nie jest. Kiedy wychodzimy z restauracji, pada rzęsisty deszcz. Szybko rozchodzimy się, każde w swoją stronę. Po godzinie dostaję wiadomość, że M29 szuka „czegoś innego”. Czego? Tego niestety nie powiedział w trakcie godzinnego spotkania. 

W końcu singiel!

D34 właśnie rzucił pracę w Londynie i szuka nowego miejsca do życia. Może w Warszawie? Branża IT oznacza możliwości. Rozmawiamy trochę o życiu w Londynie, który D34 zostawił bez żalu. Dzięki niemu dowiaduję się, co to jest Molly, i oglądając kolejny odcinek „Euforii”, nie potrzebuję tłumaczenia (to chyba jedyna korzyść z tej znajomości). W poniedziałek umawiamy się na spotkanie. D34 jest uprzejmy, konkretny, przez kolejne dni dzielące nas od spotkania podtrzymuje kontakt. W środę umawiamy się na piątek. W czwartek D34 milknie. W piątek wysyłam do niego moją ulubioną klątwę/zaklęcie, które ostatnio stosuję: FUCK OFF AND DIE!

To cytat z filmu „Closer”. Zdanie wypowiada Clive Owen w roku 2004 do Julii Roberts. Lubię je cytować na żywo. Niestety tinderowy czat nie dał mi tej możliwości.

M46

 


Monika Powalisz — scenarzystka, pisarka, autorka powieści „Ósme ciało”, członkini grupy „Mateczki”.

Monika Powalisz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę