Znaleziono 0 artykułów
13.05.2019

Ludzkość jak meteor

Makoko, Lagos / Fot. kadr z filmu

Na 16. Festiwalu Filmowym Millennium Docs Against Gravity w sekcji „Klimat na zmiany” zostanie zaprezentowany film „Antropocen: epoka człowieka”. O kryzysie klimatycznym rozmawiamy z twórcami filmu – reżyserką Jennifer Baichwal, producentem Nicholasem de Pencierem i fotografem Edwardem Burtynskim.

Destrukcyjne zmiany klimatyczne zachodzą w coraz szybszym tempie. Giną kolejne gatunki roślin i zwierząt. Naukowcy przewidują, że w przyszłości powstaną nowożytne skamieliny –gigantyczne wapniejące wysypiska odpadów elektronicznych. Nasza działalność regularnie narusza pokrywę Ziemi, ale i tak sięgamy dalej, marząc o terraformacji pozostałych planet. Reżyserka Jennifer Baichwal, producent Nicholas de Pencier i fotograf Edward Burtynsky po „Sfabrykowanym krajobrazie” (2006) i „Wodnych znakach” (2013) w „Antropocenie: epoce człowieka” opowiadają o tym, że człowiek jest głównym czynnikiem przemian zachodzących na naszej planecie.

Przez lata w filmach science fiction ludzkość drżała przed niezidentyfikowanym wrogiem – kosmitami albo nieokiełznaną siłą natury. Wkrótce przyjdzie czas zmienić tę narrację. Dziś to człowiek zagraża planecie najbardziej.

Nicholas de Pencier: Naukowcy, którzy ukuli termin „antropocen”, w przeszłości ustalali czas trwania paleozoiku czy jury. Kiedyś granice epok były wyznaczane przez wielkie naturalne tragedie, takie jak uderzenie meteorytu czy zlodowacenie. Dziś „obcym” mogłaby być rodzina siedząca przy obiedzie. Przez chwilę żartowaliśmy, że moglibyśmy przygotować koszulkę promocyjną do filmu: „Ludzkość jak meteor”. Tylko nie wiem, czy ktoś zrozumiałby, że to nie jest komplement.

Twórcy filmu / Fot. materiały prasowe
Houston / Fot. kadr z filmu

Jennifer Baichwal: Cała koncepcja antropocenu wydaje się logiczna. Bo nie ma chyba bardziej antropogenicznego zachowania niż nazwanie całej epoki po człowieku, by rozdmuchać nasze znaczenie. Lubimy zostawiać wszędzie po sobie ślad. Wiele osób wciąż twierdzi, że jesteśmy niczym wobec siły natury. To nieprawda. Jeśli przyjrzymy się temu, co osiągnęła cywilizacja na przestrzeni ostatnich 10 tysięcy lat, przekonamy się, że pomysłowość gatunku ludzkiego nie ma granic. Dziś to my jesteśmy filmowym czarnym charakterem. Mroczną siłą, która nadchodzi z nieznanego kierunku, zagrażając światu i samej sobie. Nie jestem niepoprawną optymistką, ale wierzę, że wciąż możemy odwrócić proces destrukcji, który zapoczątkowaliśmy. Na szczęście są ludzie, którzy ciężko na to pracują.

Nicholas de Pencier: Po raz pierwszy w historii ludzkości samo to, że żyjemy, powoduje wyrzuty sumienia. Lot samolotem, sushi na lunch, syntetyczna szczoteczka do zębów, celofan na kanapce do pracy. Nigdy wcześniej ludzkość nie musiała poświęcać swojej wygody dla kolejnych pokoleń, których nigdy nie spotka. Nasza wyobraźnia musi się wspiąć na wyżyny, by wyjść poza swoje „ja”. W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest postępować właściwie. Zadaniem rządów powinno być ułatwianie tego obywatelom.

W moim środowisku dużo się rozmawia o kryzysie klimatycznym, ale wielu polityków go wręcz neguje.

Jennifer Baichwal: Ta zła wola jest przerażająca, prawda? Ludzie mają naturalną tendencję do tego, by odwracać wzrok od złych wiadomości. Dlatego nasz film nie mógł być przesadnie dydaktyczny. Chcieliśmy naświetlać, a nie oskarżać. Pozostając formalnie w dość eksperymentalnej przestrzeni, pozwalamy widzowi, także temu, który się z nami nie zgadza, zanurzyć się w doświadczeniu. Mówienie do tych, którzy już są po naszej stronie, to nawracanie wiernych. Świat będzie zawsze dzielił się na tych, którzy w coś wierzą, i tych, którzy nie wierzą. W kwestii klimatu ogromną rolę odgrywają interesy korporacji. To one są często źródłem dezinformacji.

Nicholas de Pencier: Ale argument „nie wiedziałem” stracił już rację bytu. Jeśli tylko chcesz, wszystkie dane są do twojej dyspozycji.

Pięć lat temu, gdy rozmawialiśmy przy okazji premiery „Wodnych śladów”, opowiadaliście mi o wewnętrznych konfliktach, jakie niesie wasza praca. Chociażby o świadomości istnienia ogromnego śladu węglowego, zostawianego przez samoloty, którymi często latacie.

Jennifer Baichwal: Wszyscy mamy takie dylematy. Krokiem do przodu jest zrozumienie, że mamy wpływ na poprawę sytuacji naszej planety. Realizując ten projekt, pozostawiamy ślad węglowy, ale na co dzień jeździmy samochodami elektrycznymi. Czy to wystarczy? Nie sądzę.

Pracownice fabryki w Norylsku / Fot. kadr z filmu

Nicholas de Pencier: Świadomość wyzwań, które stoją przed gatunkiem ludzkim, bywa przytłaczająca. Nie jesteśmy inżynierami ani politykami, ale możemy próbować poprawić sytuację poprzez opowiadanie naszej historii.

Rzadko dostaje się szansę pracy nad trzyczęściowym projektem, który pochłania kilka lat pracy. Czy wasze podejście do tematu zmieniło się podczas ponad 10 lat kręcenia tej trylogii?

Nicholas de Pencier: Odrobinę się zahartowaliśmy, kiedy odbywaliśmy niezbyt przyjemne podróże w miejsca, gdzie środowisko naturalne jest zdegradowane. Prowadząc uprzywilejowane życie w Kanadzie, możemy uczynić opowiadane przez nas historie słyszalnymi. Artystą zostaje się z potrzeby poszukiwania sensu. Ale nie tylko my sami nadajemy ten sens swojemu życiu. Kryzys klimatyczny to po zagrożeniu nuklearnym chyba drugi tak wielki kryzys egzystencjalny ludzkości. Możliwość działania z nadzieją, że budowana świadomość przyniesie zmianę, daje mi energię.

Jennifer Baichwal: Rozmawialiśmy z kanadyjską terapeutką, która specjalizuje się w leczeniu lęku związanego z globalnym ociepleniem. Lekiem nie są antydepresanty, tylko działanie. Na nas to działa.

Siłą „Antropocenu” jest obraz. Miejsca wydobycia surowców naturalnych przypominają cmentarze, dymiące fabryki – kręgi piekielne.

Nicholas de Pencier: Wybór lokacji to pierwszy etap naszej pracy. Następnie rusza procedura zdobywania zgód na filmowanie, szczególnie skomplikowana w przypadku terenów industrialnych.

Potash w północnej Anglii / Fot. kadr z filmu

Jennifer Baichwal: Przez pięć lat zdjęć odwiedziliśmy m.in. kopalnię odkrywkową w Niemczech i zbudowany na milion wiernych kościół w Lagos. Byliśmy na pustyni Atakama, gdzie na wielkich obszarach w specjalnych sadzawkach na świeżym powietrzu wypompowaną z podziemnych warstw wodonośnych solankę odparowuje się celem uzyskania litu. Odwiedziliśmy także znajdujący się 300 km na północ od kręgu arktycznego Norylsk, ośrodek hutnictwa i górnictwa metali nieżelaznych. Oczywiście nie obyło się bez wpadek. Zostaliśmy zatrzymani przez rosyjskie władze. Przeszukano nas, straszono, usłyszeliśmy, że „nie jesteśmy artystami, tylko dziennikarzami. Bo tylko dziennikarze rozmawiają z ludźmi”. Ale udało się zdobyć materiał.

Jak, robiąc projekt wizualnie wysmakowany, sprawić, by widz przejął się tym, co ogląda?

Edward Burtynsky: Jest wyraźna różnica między fotografią tradycyjną a filmową. Przed rozpoczęciem tego projektu często fotografowałem momenty przecięcia natury i działania człowieka. Ale dysponując wyłącznie widokiem z oddali, trudno jest porwać wyobraźnię odbiorcy. Dla mnie było jasne, że ludzie są bohaterami naszego projektu, a ofiarą jest natura. Sama ta perspektywa sugeruje, że mówimy o skutkach działania człowieka.

Dandora, Kenia / Fot. kadr z filmu

Jennifer Baichwal: Gdy pochodzi się z kraju uprzywilejowanego, te podróże zyskują dodatkowy wymiar. Mam wrażenie, że my, przedstawiciele „pierwszego świata”, często myślimy, że mamy cokolwiek wartościowego do powiedzenia. To błąd. Jedyne, co może takie nastawienie zmienić, to wejście z empatią w relacje z ludźmi, którzy żyją w tych całkiem odmiennych kontekstach. Podchodzimy do naszych podróży z pokorą. Dzięki temu jesteśmy w stanie uchwycić doświadczenie innych. Błędem jest myślenie, że nie mamy nic wspólnego z miejscami z naszych filmów. W rzeczywistości wszyscy jesteśmy z nimi nierozerwalnie połączeni.

Edward Burtynsky: Nasz projekt to nie tylko film. Przygotowaliśmy też wystawę, która instalowana jest w muzeach wraz z zestawem wielkoformatowych murali i interaktywnych przystawek wideo. Sięgamy też po rzeczywistość rozszerzoną. Film otwiera sekwencja, w której oglądamy stos słoniowych ciosów, odciętych przez kłusowników. W muzeum dzięki iPadowi czy telefonowi też można to zobaczyć, ale jako przestrzenny hologram. W Art Gallery of Ontario wystawę odwiedziło 150 tysięcy ludzi, w tym 35 tysięcy studentów. A to oni są przyszłością tej planety. Jeśli będą chcieli rozmawiać o tym, co zobaczyli, osiągnęliśmy swój cel.

 

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę