Znaleziono 0 artykułów
16.03.2019

Moda na młodość

Bottega Veneta jesień-zima 2019-2020 (fot. Victor Boyko, Getty Images)

Nie zbliżają się jeszcze do czterdziestki, a już stoją na czele najważniejszych domów mody. Mierzą się z dziedzictwem i legendą ich założycieli, oczekiwaniami przywrócenia świetności marki, lub odwrotnie, skierowania jej na zupełnie nowe tory. I potwierdzają, że projektant nie musi być gwiazdą, aby zarządzać luksusową marką. To powrót do podstawowych wartości jest dzisiaj najbardziej w cenie.

Pojęcie PPSD nie występuje jeszcze w raportach medycznych, ale już teraz utożsamia się je z depresją, przygnębieniem i pesymistycznym nastawieniem do zmiany. Najczęściej dotyka kobiety – miłośniczki minimalistycznych form, monochromatycznej palety kolorystycznej i architektonicznego podejścia do mody. To Post-Philo Street Disorder, który żartem jest tylko w połowie. Wszystkie miłośniczki talentu Phoebe Philo podchodzą do niego bowiem śmiertelnie poważnie.

Pierwsza fala PPSD wybuchła w grudniu 2017 roku, gdy spółka LVMH ogłosiła, że Phoebe Philo po prawie dziesięciu latach opuszcza stanowisko dyrektor kreatywnej Celine. Druga – znacznie większa i dramatyczna – gdy podano nazwisko jej następcy. Hedi Slimane, który swoje porządki we francuskim domu mody zaczął zaprowadzać niezwłocznie, nie szanował estetyki uwielbianej przez fanki Philo. Francuz jednocześnie ostatecznie zakończył ich nadzieje na to, że funkcję Phoebe obejmie ktoś, kto do mody podchodzi tak samo jak ona. I że koniec Celine napędzanego doświadczeniem i kreatywnością Brytyjki nie jest końcem marki, jaką znały.

Phoebe, gdzie jesteś?

„Philomaniaczki” szybko zaczęły więc wypatrywać rycerza na białym koniu. Kogoś, na kogo mogłyby przenieść swoje uwielbienie. Kto zaspokoi ich potrzebę wygodnej, ale jednocześnie wyrazistej mody. Kto będzie tworzył godne pożądania ubrania i dodatki, w które będą inwestować i z przyjemnością nosić. Ten ktoś pojawił się znienacka i w dość niespodziewanym miejscu. Zamiast zbroi miał jednak na sobie dżinsy i biały T-shirt. Był tajemniczy, nieco wycofany i naprawdę młody. Miał jednak jedną ogromną przewagę: siedem lat pracy pod okiem Philo. Danielowi Lee powierzono kierowanie Bottegą Venetą – włoską marką luksusową o kilkudziesięcioletniej historii i skórzanym DNA. 32-latek nie miał jednak zamiaru zamieniać jej w „stare Celine”. Jego planem było stworzenie „nowej Bottegi”: marki, która nie tylko będzie hołdować zmysłowości i prostocie, ale przede wszystkim sprowadzi modę do jej najczystszej postaci.

Bottega Veneta jesień-zima 2019-2020 (Fot. Victor Boyko, Getty Images)

Doświadczenie Daniela Lee to jednak nie tylko praca z Phoebe Philo. Brytyjczyk nauki pobierał na Central Saint Martins, a pierwsze zawodowe szlify zdobywał u największych: w Maison Margiela, Balenciadze i u Donny Karan. Każda z tych marek nie tylko posiada swoją estetykę, lecz także od lat wysyła nią inny przekaz. Ten ostatni nie leży jednak w polu zainteresowań Lee. 32-latek, który pochodzi z małego miasteczka na północy Anglii, w wywiadzie udzielonym amerykańskiemu „Vogue’owi” mówi bez ogródek, że projektowanie prawdziwych ubrań liczy się dla niego bardziej. Czym zatem są te prawdziwe ubrania?

Daniel Lee (Fot. Victor Boyko, Getty Images)

Lee chce oprzeć Bottegę Venetę na trzech filarach: wyrafinowanej elegancji zgodnej z historią i dziedzictwem marki, wiedzy praktycznej, która skutkowałaby maksymalnym wykorzystaniem technologii, ale i tradycyjnego rzemiosła, oraz, co chyba najważniejsze, ubraniach, w których mimo ich luksusowego charakteru można „żyć i funkcjonować na co dzień”. Jak pokazała kolekcja na jesień-zimę 2019-2020, Lee – przynajmniej na razie – chętnie bazuje na elementach charakterystycznych dla Bottegi: grubej wełnie, rozmaitych wariacjach na temat klasycznego płaszcza i plecionej skórze intrecciato. Jego ambicją jest projektowanie ubrań, które ludzie będą z chęcią nosić. Tym samym w centrum swoich zainteresowań stawia ready-to-wear – obszar nie tyle zaniedbany, ile niewystarczająco przez włoski dom mody wyeksploatowany. Nie ma zamiaru być gwiazdą. Nie przepada za mediami społecznościowymi (nie ma nawet konta na Instagramie), w stu procentach skupia się na pracy, a chętniej niż o swoich inspiracjach opowiada o zespole, bez którego nie byłby w stanie ożywić swojej wizji. Ta ostatnia nie przybrała jednak jeszcze wyraźnej formy. Stanowi jednak ciekawy początek obiecującego rozdziału w historii „nowej Bottegi”.

W kosmosie czas mija inaczej

Tak jak Bottega ma swoją plecioną intrecciato, tak Paco Rabanne – metalowe łańcuchy, które stały się bazą dla mocno futurystycznej sylwetki i których historia sięga lat 60. To wtedy założyciel marki, urodzony w Hiszpanii jako Francisco Rabaneda Cuervo, stworzył dość skandaliczną jak na tamte czasy, ale jakże wyzwalającą kosmiczną zbroję, w którą najpierw ubrał Barbarellę, a następnie największe ikony popkultury, z Françoise Hardy na czele. Do tego przełomowego i jakże pięknego rozdziału w historii marki od kilku sezonów odwołuje się jej młody dyrektor kreatywny Julien Dossena. Projektant starszy od Daniela Lee o pięć lat i w przeciwieństwie do Brytyjczyka posiadający konto na Instagramie francuskim domem mody kieruje od 2013 roku. Łatwo więc obliczyć, że obejmując stanowisko, był w podobnym wieku, co nowy dyrektor kreatywny Bottegi Venety.

Paco Rabanne jesień-zima 2019-2020 (Fot. Kristy Sparow, Getty Images)

Dossena „królowej galaktyki” nie wskrzesił jednak od razu. Owszem, debiutancką kolekcję na wiosnę 2014 roku zbudował wokół motywów kluczowych dla marki: łańcuszków, plastiku i pudełkowych fasonów w stylu lat 60., ale zrobił to w sposób bardzo subtelny. Spotkało się to zresztą z aprobatą krytyków, którzy doceniali wtedy to, że Dossena nie rozpoczyna rebrandingu Paco Rabanne od dosłownego inspirowania się archiwami marki, lecz miksuje kosmiczny futuryzm z tym nieco bardziej sportowym. Ten ostatni mocno wszedł mu w krew po tym, jak spędził cztery lata pod okiem Nicolas Ghesquière’a w Balenciadze – najpierw jako stażysta, a później jako starszy projektant. Z Ghesquière’em połączyła go także miłosna relacja. Dossena odszedł z Balenciagi krótko po tym, jak ze stanowiska dyrektora kreatywnego zrezygnował jego mentor i partner. Założył własną markę – Atto, jednak stylistka i najbliższa współpracowniczka Ghesquière’a, Marie-Amélie Sauve, poleciła go właścicielowi Paco Rabanne jako idealnego kandydata do przejęcia sterów marki. Spółka Puig od lat próbowała przywrócić jej świetność i na nowo stworzyć z niej koncept szanowany przez krytyków i pożądany zarówno przez it-girls, jak i zwykłe klientki. Koncept, który na nowo zacznie być kojarzony z modą, a nie tylko z bijącymi rekordy popularności zapachami. Dossena sympatię i zainteresowanie branży zyskał już po pierwszym sezonie. Efekt „wow” przyszedł jednak w 2017 roku, gdy zaprezentował autorską, lecz mocno nawiązującą do oryginału interpretację rabanne’owskiej odysei kosmicznej.

Paco Rabanne jesień-zima 2018-2019 /(Fot. Peter White, Getty Images)
Julien Dossena (Fot. Peter White, Getty Images)

Dziewczyna Paco Rabanne znowu mogła być Barbarellą, ale niekoniecznie funkcjonować wyłącznie w męskich fantazjach czy na ekranach telewizorów. Dossena metalowe łańcuchy, srebrzyste tkaniny i imitujące kolczugi sukienki zaczął bowiem zestawiać z nowoczesnymi, by nie powiedzieć zwyczajnymi elementami garderoby: klasycznymi białymi T-shirtami, oversize’owymi trenczami, klapkami z gumy i wełnianymi T-shirtami. Pozbawił je ciężkości i nadał im praktycznego charakteru.

Ikona gejów, ikona mody

Dossena szybko zaczął szerzyć nową wizję feminizmu, który nie zamyka się w jednej sztywnej definicji, lecz obejmuje pełne spektrum sprzeczności, odmienności i, przede wszystkim, wolności. Ubierając modelki w seksowne, srebrne sukienki i zachęcając do tego, by założyły do nich stary, wyciągnięty T-shirt i japonki za dziesięć euro, zdawał się mówić: „Ubrania mogą dodawać ci siły, ale nie muszą cię definiować”. To podejście bliskie jest także Caseyowi Cadwalladerowi, który od zeszłego roku pełni funkcję dyrektora kreatywnego marki Mugler. Amerykański projektant swoją karierę w ikonicznym domu mody zaczął z przytupem. Nie tylko udało mu się ściągnąć na pokaz Cardi B, ale też zaprezentował kolekcję, która stanowiła nieoczywistą, a przez to niezwykle intrygującą interpretację DNA Muglera. Zamiast inspirować się nieco przeseksualizowanym wizerunkiem marki, skupił się na sylwetce, jej punktach ciężkości, postępowej zmysłowości i misternej konstrukcji, która z nawet najbardziej podstawowych elementów garderoby czyni formy godne haute couture. W końcu to Thierry Mugler powiedział kiedyś, że jest „architektem, który na nowo formuje kobiecą sylwetkę”.

Mugler wiosna-lato 2019 (Fot. Francois Durand, Getty Images)

Skupienie na takich, a nie innych motywach wydaje się oczywiste, gdy choć trochę prześledzi się edukację i dotychczasowe doświadczenie Cadwalladera. Urodzony w New Hampshire projektant, zanim rozpoczął karierę w branży mody, studiował architekturę na Uniwersytecie Cornella. Nie umiejąc zdecydować, co pociąga go bardziej, pracę w biurze architektonicznym łączył ze stażem u Marca Jacobsa. Ostatecznie wybrał modę. Pracował u Narciso Rodrigueza, w Loewe pod okiem Stuarta Veversa oraz w Acne Studios. O podjęciu wyzwania w domu mody Mugler zdecydował błyskawicznie. Niekoniecznie dlatego, że widział w nim szansę rozwoju i przygodę, jakiej być może nie przeżyłby nigdzie indziej. Postać Muglera, złożoność jego projektów i skomplikowany wizerunek fascynowały go, odkąd był nastolatkiem – gdy oglądał wyreżyserowany przez niego klip do „Too funky” George’a Michaela, na wieszakach podziwiał konstrukcję jego projektów czy dotykał ich oryginalnej faktury.

Mugler wiosna-lato 2019 (Fot. Francois Durand, Getty Images)
Casey Cadwallader (Fot. Bertrand Rindoff Petroff, Getty Images)

Cadwallader mówi, że jest szczęściarzem. Na co dzień przychodzi mu nie tylko pracować ze złożonym dziedzictwem marki, ale też korzystać z przepastnych, liczących niemal sześć tysięcy sylwetek archiwów. Ma jednak autorski przepis na to, jak powinna dziś wyglądać kobieta Muglera. W dwóch dotychczasowych kolekcjach Cadwalladera jawi się ona jako postać, która nie potrzebuje wykwintnej kreacji lub idealnie skrojonych garniturów, by czuć się dobrze i pewnie. Oczywiście, nie unika ich, ale równie mocno lubi casualowe, sportowe motywy, bawi się modą streetwearową i na zasadzie przeciwności łączy ją z bardziej skomplikowanymi, a nawet wieczorowymi motywami. – Wszyscy mogą nosić dziś wszystko – mówi Cadwallader. I powtarza za Phoebe Philo: – Moja praca nie polega na tworzeniu mody, lecz na projektowaniu ubrań dla kobiet. Moda przyjdzie później.

„Więcej Caracas i Cartageny, a mniej Carnegie Hill”

Niektórym projektantom przychodzi zmierzyć się tylko (lub aż) z legendą założyciela marki, z jej dziedzictwem i pozycją. Od innych oczekuje się, że tę pozycję przywrócą. Sprawią, że nieco przestarzały koncept podbije serca młodych i mających zupełnie inne oczekiwania klientek, ale jednocześnie nie pozbawią go elementów, które przez lata wpływały na jego popularność. Zadanie to jest jeszcze trudniejsze, gdy twórca domu mody żyje i nadal odgrywa w nim czynną rolę. Z takim wyzwaniem zmierzyć się musiał Wes Gordon, który po krótkim czasie spędzonym na stanowisku konsultanta Caroliny Herrery zastąpił ją w roli dyrektora kreatywnego.

Carolina Herrera wiosna-lato 2019 (Fot. Jonas Gustavsson/MCV Photo , Getty Images)
Wes Gordon i Tracee Ellis Ross (Fot. Gilbert Carrasquillo/GC Images, Getty Images)

Grzeczny chłopak z Atlanty nie był oczywistym wyborem. Ale wszystko wskazuje na to, że udanym. 32-latek zadebiutował we wrześniu ubiegłego roku kolekcją na wiosnę-lato 2019. I szybko doczekał się miana króla printów. Poeksperymentował z rozmiarem kwiatów i groszków, motywy vintage mieszał z geometrycznymi, bawił się kolorem, śmiało miksował faktury i wzory. Nie odkrył Ameryki, ale nigdy mu na tym nie zależało. Celem Gordona, który w projektowaniu kobiecych sukni, spódnic i garniturów czuje się jak ryba w wodzie, było zerwanie z wizerunkiem Caroliny Herrery jako marki dla sztywnych i nadętych przedstawicielek nowojorskiej elity oraz sprawienie, że znowu zacznie być postrzegana jako propozycja dla kobiet niezależnych, spontanicznych, beztroskich i szczęśliwych. Szczęście to zresztą słowo-wytrych dla Wesa Gordona. – Chcę, abyśmy znowu byli postrzegani jako marka, której ubrania po prostu wydają się kobietom piękne – mówi. – Uważam, że leży to u podstaw DNA Herrery, że od początku była ona marką dla silnych, pewnych siebie kobiet. I tak powinno być. Jeśli używamy żółtego, powinien to być najbardziej jaskrawy i słoneczny żółty, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Jeśli stosujemy falbany, niech będą dekoracyjne, warstwowe, niech same rwą nas do tańca. Tańca latynoskiego, rzecz jasna. Bo, o czym Gordon mówił już w wywiadach kilkakrotnie, jego sentymentalna podróż nie odbywa się w archiwach, lecz w szafie i wizerunku Caroliny Herrery z lat 70. i 80. Pełnej klasy i wyczucia stylu Wenezuelki, która w wieku 41 lat postanawia założyć autorską markę ubrań. Wychowuje dzieci i bywa na salonach. Swoją klasą mogłaby obdzielić co najmniej kilka koleżanek z towarzyskiej śmietanki, ale jednocześnie bawi się do rana w Studiu 54 z Bianką Jagger i Andym Warholem. Stare zdjęcia Herrery zajmują na moodboardach Gordona tyle samo miejsca, co szkice i próbki tkanin. Pomagają mu w tworzeniu pięknych ubrań i mody, która będzie przede wszystkim fantazją. Ucieczką od codzienności, źródłem przyjemności i estetycznych doznań.

W duecie raźniej

Wes Gordon miał szczęście. Trafił do marki spójnej z jego zainteresowaniami, co pozwoliło mu bazować na swoim dotychczasowym doświadczeniu i inspiracjach, które niemal w stu procentach oscylowały wokół kobiecego ready-to-wear. Zdecydowanie trudniej mieli świeżo upieczeni dyrektorzy kreatywni Niny Ricci – Rushemy Botter i Lisi Herrebrugh. Duet w pracy i w życiu do tej pory z sukcesami projektował modę dla mężczyzn. Z modą damską nie miał praktycznie nic wspólnego. Botter i Herrebrugh rozpoznawalność w branży zdobyli jako twórcy jednej z ciekawszych młodych marek dla facetów. Założyli ją jeszcze na studiach. Ich pozbawione genderowych ograniczeń kolekcje kwiecistych garniturów, dziurkowanych koszul i baloniastych nakryć głowy przyniosły im szereg prestiżowych nagród, między innymi podczas Festiwalu d’Hyères czy konkursu LVMH Prize.

Rushemy Botter i Lisi Herrebrugh (Fot. Bertrand Rindoff Petroff, Getty Images)
Nina Ricci jesień-zima 2019-2020 /(Fot. Peter White/, Getty Images)

Zaproponowanie im stanowiska, które wcześniej przez trzy lata pełnił Guillaume Henry, było dość niespodziewanym ruchem ze strony właściciela Niny Ricci, czyli spółki Puig. Ale nie aż tak bardzo zaskakującym. Szefostwo koncernu, do którego oprócz Ricci należą też między innymi Paco Rabanne i Carolina Herrera, postąpiło według narzuconego sobie wcześniej schematu: ożywienia nieco zapomnianych domów mody przy użyciu talentu i kreatywności mało znanych nazwisk. Mało znanych nie oznacza jednak mniej doświadczonych. Botter i Herrebrugh mają za sobą edukację na najlepszych europejskich uczelniach – on ukończył Royal Academy of Art w Antwerpii, ona studiowała na Amsterdam Fashion Institute i odbyła staż u Viktora & Rolfa. W Ninie Ricci para dostała carte blanche. Nie było więc zdziwienia, gdy swoją pierwszą kolekcję na jesień-zimę 2019-2020 projektanci obudowali wokół bliskiego sobie krawiectwa i prostej, przełamywanej jedynie ekstrawaganckimi detalami konstrukcji. Wśród ich propozycji dominowały pudełkowe żakiety w stylu retro, asymetryczne kokardy przyczepione do topów i koszul z organzy, monochromatyczne komplety w przygaszonych odcieniach koralowego różu i kości słoniowej, wełniane płaszcze w kratę i proste sukienki o fasonie bombki. Historia zatoczyła koło, a na czele francuskiego domu mody znowu stanął duet – związany zarówno biznesowo, jak i prywatnie (Nina Ricci, która naprawdę nazywała się Maria Nielli, markę założyła przecież wspólnie z synem, Robertem). – Naszym celem jest tchnięcie w Ninę Ricci nowego ducha, ducha naszych czasów – mówili Botter i Herrebrugh krótko po objęciu stanowisk. – Pełnego naturalności, nonszalancji, ale też wyrafinowania. Na realizację swoich zamierzeń mają jeszcze chwilę. Młodym zdolnym branża przygląda się z życzliwością, trzymając kciuki nie tylko za ich osobiste sukcesy, ale przede wszystkim za odrodzenie pod ich kierunkiem legendarnych, choć odrobinę zapomnianych marek.

Michalina Murawska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę