Znaleziono 0 artykułów
27.11.2023

Najgorsze filmy 2023 roku

(Fot. materiały prasowe)

Choć 2023 rok dał nam wiele świetnych produkcji – z duetem „Barbenheimer” na czele – do kin i na platformy streamingowe trafiły również filmy, o których wolelibyśmy zapomnieć. Wybieramy najgorsze z nich.

„Bez urazy”

 

To nie był dobry rok dla komedii. Oprócz świetnego „Bottoms” niewiele nowych tytułów zasłużyło na szczególną uwagę. Są jednak takie, których należy unikać za wszelką cenę. Jak „Bez urazy”. Historia 30-latki (Jennifer Lawrence), która ma poderwać 19-latka (Andrew Barth Feldman), by dostać w zamian (używany) samochód jest nie tylko problematyczna, ale również kompletnie nieśmieszna. Jennifer Lawrence przypomina postać z kreskówki, dialogi brzmią jak produkt ChatGPT, a poziom żartów dorównuje „klasykom” pokroju „American Pie”. Nie róbcie sobie tego.

„Nie ocali cię nikt”

 

Nowy film Briana Duffielda zapowiadał się obiecująco. Brynn (w tej roli dająca z siebie wszystko Kaitlyn Dever) mieszka sama w domu na skraju lasu. Pewnej nocy w jej domu zjawia się przybysz z obcej planety, a dziewczyna musi stawić mu czoła, polegając wyłącznie na swoim sprycie. Miało być kino science fiction na nowo i pierwszy zwrot akcji naprawdę dawał nadzieję, że oglądamy coś świeżego. Od tego momentu jednak było tylko gorzej, a wielki finał pogrzebał nadzieje na dobry film. Nie warto.

„Heaven in Hell”

 

Ona (Magdalena Boczarska) wiedzie dostatnie, choć przewidywalne życie. On (Simone Sussina) czerpie z życia garściami, ale nigdy nie wie, co czeka go jutro. Ich romans odmienia ich losy i (a jakby inaczej) ujawnia skrywane od lat tajemnice. Oczekiwania wobec polskiego romansu nigdy nie były wysokie, ale ostateczny kształt filmu okazał się jeszcze gorszy. „Heaven in Hell” to godny następca „365 dni”, o którym życzymy sobie równie szybko zapomnieć. 

„Randka, bez odbioru”

 

Historia miłosna chłopaka z sąsiedztwa i tajnej agentki ratujących razem świat zapowiadała się obiecująco. Nadzieje na przyjemny seans topnieją jednak z każdą minutą filmu. Fabuła jest schematyczna, a humor sporadyczny. Nawet gwiazdorska obsada – z Chrisem Evansem i Aną de Armas na czele – nie była w stanie uratować produkcji.

„Puchatek: Krew i miód”

 

Gdy Krzyś opuszcza Stumilowy Las, zdruzgotani Puchatek i Prosiaczek zmieniają się w krwiożercze bestie. Makabryczna kontynuacja kultowej bajki miała kampowy potencjał, który nie został – niestety – wykorzystany. Mimo bardzo złych recenzji reżyser Rhys Frake-Waterfield dostał zielone światło na rozpoczęcie prac nad drugą częścią horroru.

„65”

 

Nowy film z Adamem Driverem przeszedł bez większego echa. Tym, którzy widzieli „65”, nie wydaje się to zapewne szczególnie zaskakujące. Film jest jak wyjątkowo nudna wersja „Parku Jurajskiego”, w której niezniszczalny pilot musi walczyć o przetrwanie na prehistorycznej Ziemi. Nie warto.

„U ciebie czy u mnie?”

 

Po seansie komedii romantycznej z Reese Witherspoon i Ashtonem Kutcherem krytycy nie zostawili na produkcji suchej nitki. Szczególnie oberwało się aktorowi, któremu zarzucano zupełny brak zaangażowania. Bohaterami „U ciebie czy u mnie?” są mieszkający na przeciwległych wybrzeżach przyjaciele, którzy postanawiają zamienić się domami. Mimo podobieństwa do „Holiday” brakuje magii tego kultowego filmu.

„Szybcy i wściekli 10”

 

Czy franczyzy powinny mieć datę ważności? Odpowiedź brzmi „tak”, biorąc pod uwagę kolejną odsłonę „Szybkich i wściekłych”. Samochodowa saga, która na początku opowiadała między innymi o kradzieży odtwarzaczy DVD, zaczyna zjadać własny ogon. Każda kolejna część ma być jeszcze większa, głośniejsza i bardziej wybuchowa od poprzedniej. Szkoda tylko, że w całym tym rozmachu zupełnie gubi się sama historia.

„Osiemdziesiątki dla Brady’ego”

 

Mimo najszczerszych chęci Jane Fondy, Lily Tomlin, Rity Moreno i Sally Field „Osiemdziesiątki dla Brady’ego” to film, o którym zapomnicie kwadrans po seansie. Choć sercem produkcji są cztery dojrzałe przyjaciółki, tytuł powiela wiele ageistycznych schematów, a co najgorsze – zwyczajnie nudzi.

„Dusiciel z Bostonu”

 

Przełomowe śledztwo Loretty McLaughlin i Jean Cole, które w latach 60. nagłośniły sprawę seryjnego mordercy, zasługiwało na film. Jednak nie taki jak „Dusiciel z Bostonu”. To thriller poprawny, niemal podręcznikowy. Ale nic poza tym.

„Magic Mike: Ostatni taniec”

 

Aby tradycji stało się zadość, za kamerą ostatniego filmu z serii ponownie stanął Steven Soderbergh. Na dodatek Channingowi Tatumowi partnerowała Salma Hayek. Ale oglądając „Ostatni taniec”, nie sposób pozbyć się uczucia, że magia prysnęła.

„Tyler Rake 2”

 

Kontynuacja netfliksowej sagi to powtórka z rozrywki – jest jeszcze więcej wystrzelonych nabojów, wybuchów i trupów, a grany przez Chrisa Hemswortha bohater wydaje się niezniszczalny. Czyżby to był po prostu Thor? Jeśli podobał się wam pierwszy „Tyler Rake”, możecie dać szansę sequelowi. Ale niewykluczone, że będziecie zawiedzeni.

„Miłość na nowo”

 

Jeden z wielu amerykańskich remake’ów europejskiej produkcji, któremu nie udało się powtórzyć sukcesu oryginału. W „Miłości na nowo” – podobnie jak w niemieckiej komedii romantycznej sprzed kilku lat – romans Miry i Roba zaczyna się od zwykłego esemesa. W przeciwieństwie do oryginału między bohaterami nie ma ani grama chemii. Jest za to Céline Dion w debiutanckiej roli, o której wolelibyśmy zapomnieć.

„Wystrzałowe wesele”

 

Czasem jednak gościnne występy gwiazdy to najjaśniejszy punkt produkcji. Tak było w przypadku „Wystrzałowego wesela”. Jennifer Coolidge jako przyszła teściowa Jennifer Lopez to jedyny powód, dla którego można obejrzeć wybuchową rom com o małżeństwie w opałach.

Julia Właszczuk
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Najgorsze filmy 2023 roku
Proszę czekać..
Zamknij