Znaleziono 0 artykułów
21.04.2019

Narodziny gwiazdy: Eliza Rycembel

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

Choć nie ma jeszcze trzydziestu lat, świętuje już dziesięciolecie pracy aktorskiej. – Czasami muszę głośno tupnąć nogą, żeby pokazać, że mam własne zdanie, bo ludzie traktują mnie jak Elizkę, a nie jak Elizę – mówi Rycembel, która po odważnej roli w „Ninie” Olgi Chajdas powraca na duży ekran w „Ciemno, prawie noc”, a na małym występuje w serialu „Odwróceni. Ojcowie i córki”.

Do kina i teatru chodziła od dziecka. Uwielbiała zwłaszcza balet, dlatego jako nastolatka często gościła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Wcześniej odwiedzała regularnie kino Muranów, gdzie się spotykamy, ale nie z lenistwa, choć mieszka obok, tylko z sentymentu.

– Oglądałam tu pierwsze bajki Disneya: „Małą Syrenkę”, „Króla Lwa”, „Pocahontas”, „Anastazję”. Na tej ostatniej zaczęła palić się taśma. To była mroczna scena, kiedy tytułowa bohaterka wychodzi na balkon i patrzy przed siebie, ale widzowie nie wiedzą, czego wypatruje. A tu nagle topi się taśma na ekranie, co wzmogło nastrój niepokoju. Niestety seansu nie udało się wznowić, musieliśmy wyjść. To moje najsmutniejsze wspomnienie z Muranowa – śmieje się.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

Z tamtym okresem kojarzy jej się wypożyczalnia VHS-ów, którą otworzył jej wujek, ukochany serial „Beverly Hills 90210” i to, że na osiedlu wszyscy się znali. – Mieszkałam w bloku, ale bawiłam się najczęściej na podwórku. Wyglądało się przez okno, żeby sprawdzić, kto jest, i się do niego szło. Niezależnie od tego, czy to była zima, czy lato. Nawet jeśli się nie przyjaźniliśmy, to jednak znaliśmy się z innymi mieszkańcami. Każdy wiedział coś o drugiej osobie. To był fantastyczny czas.

Scena na drzewie

Już wtedy kochała grać. – Gdy z przyjaciółkami wchodziłyśmy na drzewo, mówiłyśmy sobie: „Dobra, to teraz ty się wcielisz w tę rolę, a ja w tę, i powiesz to, a ja to” – wspomina. Szybko dodaje jednak, że wtedy przez myśl jej nawet nie przeszło, że miałaby grać, gdy dorośnie. – Nie zdawałam sobie sprawy, że można być aktorem. Wyobrażałam sobie ludzi, którzy wykonują ten zawód jako osoby żyjące zupełnie inaczej. Nie wierzyłam, że można ich tak po prostu spotkać na ulicy albo że mogą wykonywać codzienne czynności tak samo jak moi rodzice – wspomina.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

Pomysł na siebie miała praktyczny: medycyna, a konkretniej, psychiatria albo neurologia. Jednak kiedy dostała się do Teatru Muzycznego Roma w drugiej klasie liceum, wiedziała, że nie będzie w stanie odpowiednio przygotować się do egzaminów. Choć wybrała Romę, granie nadal traktowała jako hobby. Nawet gdy w wieku dziewiętnastu lat zagrała w „Obietnicy” Anny Kazejak dużą rolę, to się nie zmieniło. Postawiła na socjologię.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

– Siedząc na zajęciach, zastanawiałam się, co ja tu robię. Uświadomiłam sobie, że po skończeniu studiów chcę tylko stanąć tu na scenie, w tej auli, i mówić do studentów – wspomina. Chciała spróbować aktorstwa, ale nie należy do ludzi, którzy pod wpływem impulsu rzucają wszystko i zaczynają od zera. – Rodzice zawsze dawali mi wolną rękę w decyzjach co do tego, czym chcę się zajmować, ale wymagali tylko, żebym nie rezygnowała w połowie. To mi zostało. Nawet książkę czytam do końca, chociaż mi się nie podoba – śmieje się.

Dokończyła semestr socjologii, żeby móc w razie czego na nią wrócić. I pojechała do Krakowa do Lartu, policealnego studium aktorskiego, gdzie miała przekonać się, że na pewno chce być aktorką. Jeszcze w czasie studiów, już na Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza w Warszawie, zagrała w „Niewinnych” u boku Agaty Kuleszy, „#WszystkoGra”, gdzie partnerowała Kindze Preis, i serialu Canal+ „Belfer” z Maciejem Stuhrem. Nabierała pewności, że chce grać, ale nie obyło się bez zwątpień. Największe dopadło ją tuż po obronie dyplomu.

Los się odwrócił

– Przez cztery miesiące nie dostałam żadnej propozycji ani nie wygrałam żadnego castingu. Wtedy zastanawiałam się, czy na pewno dobrze wybrałam. Myślałam, że może nie będę już w stanie więcej zagrać, że nikt mnie już nie zechce zatrudnić. Po dwóch tygodniach użalania się nad sobą przyszedł moment, kiedy wstałam z łóżka i powiedziałam sobie, że to będzie mój czas – deklaruje.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)


Skupiła się na sobie. Zaczęła biegać, uczyć się języków, gotować i nadrabiać zaległości serialowe. Kilka nieprzespanych nocy spędzonych na binge-watchingu przerwała propozycja roli we wznowionym po 12 latach przebojowym serialu TVN „Odwróceni”, w którym miała zagrać córkę „Blachy”, mafioza granego przez Roberta Więckiewicza. Rola w dużej produkcji czołowego komercyjnego nadawcy napawała ją niepokojem.

– Lubię anonimowość. Robię swoje, ale jak wychodzę na miasto, to nikt mnie nie rozpoznaje. Bałam się, że to się zmieni. Na szczęście tak się nie stało – mówi z ulgą.

Na castingu poznała Więckiewicza, który na dzień dobry zapytał ją, czy zależy jej na tej roli. – „No tak” – odpowiedziałam cienkim głosem, onieśmielona. „No to idź tam teraz na scenę i zrób wszystko, żebyś ją dostała!” – krzyknął na mnie, co było strasznie miłe, bo to był kop energii. Z drugiej strony, ta sytuacja spowodowała, że obawiałam się Roberta. Wyobrażałam sobie, że może być trudny. Okazał się jednak pomocnym melomanem. Kocha muzykę. Dużo mi o niej opowiadał, podobnie jak o aktorstwie. Myślę, że nasza serialowa relacja ojca i córki trochę przeniosła się poza plan – podsumowuje współpracę.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

Zadanie do wypełnienia

Wyznaje zasadę, że na planie gra się nie na siebie, tylko na partnera. – Bardzo lubię słowo „partner”, bo ono ustawia relację. Swojego partnera lubię wcześniej poznać – odpowiada, gdy pytam ją, jak udaje jej się wejść w tak intymne relacje, jakie tworzy na planie.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

Jedną z najtrudniejszych stworzyła z Julią Kijowską. W debiucie Olgi Chajdas „Nina” w 2018 roku zagrała jej kochankę. Kiedy mówię jej, że wielu polskich aktorów wciąż unika ról homoseksualnych bohaterów z obawy, że widzowie będą ich z nimi utożsamiać, patrzy na mnie z niedowierzaniem. – Wychodzę z założenia, że ludzie myślą i wiedzą, że moim zadaniem jest wcielanie się w postaci. A nawet jeśli ktoś pomyśli, że jestem lesbijką, to co z tego? Czy to może mnie w jakiś sposób obrazić? – irytuje się. Dziwi się, że ktoś może myśleć, że taka kreacja hamuje karierę. – Mnie rola Magdy jedynie otworzyła drzwi. Dzięki niej dostałam propozycję zagrania w spektaklu Michała Borczucha w Teatrze Nowym. Jan Komasa ani producenci TVN-u też nie mieli problemu z obsadzeniem mnie, choć mam na koncie rolę lesbijki – podkreśla.

U Komasy zagrała w „Bożym ciele”, opowiadającym podpartą faktami historię mężczyzny, który pojawił się we wsi i udawał księdza. Choć temat brzmi kontrowersyjnie, nie boi się reakcji środowisk katolickich. – Można się przyczepić do mentalności, do pewnych uprzedzeń, ale absolutnie nie do antykościelnego wydźwięku. Ten film nie będzie wciągnięty w polityczną dyskusję ani oskarżany o antyklerykalizm – zapewnia.

Sama jednak od polityki nie ucieka. Uważa, że jako obywatelka ma obowiązek brać udział w walce o kształt naszego kraju. Dlatego, tak jak Maja Ostaszewska czy Jacek Poniedziałek, poparła czarny protest. – Nie możemy wszystkiego zostawiać starszym. Młoda generacja też ma coś do powiedzenia – mówi z poważną miną, którą często obdarza swoje bohaterki.

Gołym okiem widać, że łączy ją z nimi hardość i nieustępliwość. Żyje na własnych warunkach. – W każdej z tych postaci jest coś ze mnie: otwartość, upartość i ciekawość. Te prywatne cechy przechodzą na osoby, które gram. Z drugiej strony, nie ma dla aktora nic fajniejszego niż wykreowanie postaci absolutnie nie po warunkach, więc tym bardziej wyglądam takich propozycji jak komedia romantyczna, ale spod znaku Woody’ego Allena, a nie maszynki do zarabiania pieniędzy – zastrzega.

Eliza Rycembel (Fot. Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek)

Eliza, nie Elizka

Chociaż na co dzień jest twarda, to otoczenie często widzi w niej dziewczynkę za sprawą jej wyjątkowej urody. – Bardzo rzadko zdarza mi się, żeby w knajpie przy zamawianiu piwa mnie nie wylegitymowali. A jak już pokazuję dowód, w którym stoi, że mam 27 lat, to biorą go za fałszywkę, bo mam zdjęcie z czasów „Carte Blanche”, filmu, na którego potrzeby zgoliłam włosy – śmieje się. Nie zawsze jest jej jednak do śmiechu, bo młody wygląd powoduje, że w pracy nie wszyscy traktują ją serio. – Czasami muszę głośno tupnąć nogą, żeby pokazać, że mam własne zdanie na dany temat, bo ludzie traktują mnie jak Elizkę, a nie jak Elizę – mówi.

Specyficzna uroda nastręcza też wątpliwości obsadowych. – Reżyserzy zastanawiają się, czy widz uwierzy, że mam dwadzieścia kilka lat, w efekcie proponują mi rolę nastolatek. Jakiś czasu temu obiecałam sobie jednak, że już nie będę ich brała – zaznacza. Zrobiła jednak wyjątek dla „Ciemno, prawie noc”, w którym wciela się w postać siedemnastolatki.

– Książkę Bator uwielbiam, bardzo długo się jej bałam, ale to nie wystarczyło, żeby rozwiać moje wątpliwości. Dopiero kiedy okazało się, że reżyseruje Borys Lankosz, a obsada nokautuje, natychmiast chciałam w ten projekt wejść – wspomina.

Na planie w ogóle nie musiała myśleć o tym, ile ma lat. Co innego zajmowało jej głowę. – Od razu chciałam Tosię, dziewczynkę, która grała moją młodszą siostrę, chronić przed przestrzenią, w której byliśmy, bo dom, gdzie graliśmy, był przerażający! Powietrze wypełniał zapach kotów, na ścianach były ohydne tapety, a scenografia postarała się, żeby trupi ciężar wisiał w powietrzu. Tosia dawała mi wspaniałą energię, bo w rzeczywistości nie mam młodszej siostry – mówi.

Plan był jednak dla niej bardzo wymagający fizycznie. Sceny, w których biega po śniegu, nie były kręcone na hali, tylko w górach. – Nie wiem, jak dałam radę. Nawet tego nie odchorowałam – zastanawia się. Jeśli już coś odchorowuje, to częściej ciężar emocjonalny produkcji. – Przy „Obietnicy” po dniu zdjęciowym nie do końca wiedziałam, czy smutek, który przeżywam, jest mój, czy mojej bohaterki. Teraz wiem, kim jestem, choć męczę się emocjonalnie na planie, to uczę się higieny pracy. Na szczęście mam psa, który jest moim przejściem między światem rzeczywistym i planem. Kocham nad życie to, że zmusza mnie, żeby wyprowadzić go na spacer, nakarmić i skupić się tylko na nim – mówi z wielkim uśmiechem.

Po chwili dodaje już zupełnie na poważnie: – Przypomina mi, że życie jest życiem, a praca jest gdzieś obok.

zdjęcia: Magda Daszkowska i Adrian Obręczarek

stylizacja: Magda Jagnicka

makijaż: Aleksandra Przyłuska

włosy: Joanna Januchta / Jaga Hupało

Retusz: Przemek Brzoskowski / Final Touch

Artur Zaborski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę