Znaleziono 0 artykułów
11.03.2020

Narodziny Gwiazdy: Vanessa Aleksander

(Fot. M. Socha)

Telewidzom znana jest z roli Czarnej w przebojowym serialu kostiumowym „Wojenne dziewczyny”. Teraz przedstawia się kinowej publiczności jako Gabi Krasucka, pogubiona bohaterka „Hejtera” w reżyserii Jana Komasy. I jest w tej roli naprawdę dobra!

Gabi wychowała się w bogatym domu, w którym obowiązuje mieszczańska etykieta. Status finansowy rodziców pozwala jej robić w życiu, na co tylko ma ochotę. Nadmiar opcji powoduje jednak, że nie potrafi się zdecydować na nic. Chociaż Vanessa Aleksander od podstawówki wiedziała, że chce zostać aktorką, rozumie swoją bohaterkę. – Nie potrafię jej potępić. W świecie, w którym rządzi konsumpcjonizm, wszyscy chcą się wspinać jak najwyżej. Trudno sobie powiedzieć, że skoro nie wyszło teraz, to uda się następnym razem. Gabi jest tego najlepszym przykładem – mówi, kiedy spotykamy się w żoliborskim barze Jaskółka, miejscu kameralnym, w którym podają jej ulubioną herbatę, a z głośników leci nieoczywista muzyka. W trakcie rozmowy kilkakrotnie zawiesi głos, by wsłuchać się w nieznany kawałek.

Bez immunitetu

Vanessa Aleksander i Maciej Musiałowski w filmie Hejter  (Fot. Jarosław Sosiński)

Na plan filmu Jana Komasy wchodziła z niepokojem. W jej ekranowych rodziców wcielali się Danuta Stenka i Jacek Koman. Obecność gwiazd stresowała ją. – Kiedy opuściłam mury Akademii Teatralnej, straciłam immunitet. Nagle okazało się, że sama odpowiadam za siebie i swoje umiejętności. Nie mogę zasłonić się, że czegoś nie umiem, bo dopiero się uczę – relacjonuje. Wykładowcy ostrzegali ją, że będzie ciężko, ale nie spodziewała się, że aż tak. Dodatkową trudność nastarczała jej potrzeba bycia nieomylną.

– Ciągle nie potrafię dawać sobie przyzwolenia na błędy. Od małego wymagałam od siebie najwięcej. Nie pozwalałam sobie na poszukiwania, chciałam od razu wszystko wiedzieć. Dopiero w dorosłym życiu nabieram dystansu – zwierza się.

Nie sprawia wrażenia nieśmiałej. W czasie spotkania głośno się śmieje, żartuje, swobodnie prowadzi rozmowę w wielu kierunkach. Nawet nie próbuje ukryć ekstrawertycznej osobowości. Rozpiera ją energia, którą od zawsze próbowała spożytkować w sztuce. – Uwielbiałam malować, rzeźbić, rysować. Marzyłam o byciu architektką – wspomina.

W czwartej klasie poprosiła rodziców, by kupili jej na gwiazdkę program do podstawowego projektowania. Potem zaległa przy biurku, tworząc na ekranie komputera wysublimowane wizje domów i biur. Pasję odziedziczyła po ojcu, który pracował w nieruchomościach. – Jako mała dziewczynka chodziłam z nim na budowy, gdzie zachwycałam się wizjami powstających budynków. Chciałam też mieć moc wpływania na kształt i wygląd mojego miasta – mówi.

Wcześniej podziwiała rodziców w światłach reflektorów. Oboje byli łyżwiarzami rewiowymi – on Polak, ona Słowaczka. Poznali się na wyjeździe na zawody. Gdy na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko, zastanawiali się nad imieniem: musiało być łatwe do wymówienia w obu krajach, a najlepiej uniwersalne, bo znajomych mieli rozsianych po całym świecie. Padło na Vanessę (potem cztery lata młodszego syna nazwą Oli), która przyznaje, że wiele razy zdarzało jej się, że mylono jej imię z nazwiskiem. – Mam nawet taki breloczek, na którym widnieje napis: „Aleksander to nie imię. Aleksander to nazwisko” – śmieje się.

(Fot. Piotr Kręglicki)

Londyn dzwoni

Plan zostania architektką krystalizował się. W liceum Batorego, gdzie chodziła do międzynarodowej klasy, zapełniała portfolio, spędzając każde wakacje na stażu w biurze architektonicznym. Po maturze w języku angielskim miała rozpocząć studia na kierunku architektura i wnętrzarstwo w Londynie. Dostała się, więc rodzice opłacili jej akademik, chociaż dobrze wiedzieli, że na drodze do wyjazdu może stanąć przeszkoda: wynik rekrutacji z Akademii Teatralnej. – Wiedzieli, że wyżej w mojej hierarchii stoi tylko aktorstwo. Mieliśmy umowę, że jeśli mnie przyjmą, wtedy rezygnuję z Wielkiej Brytanii. I tak się stało!

Pasję do grania złapała w podstawówce dzięki wychowawczyni, która dbała o edukację kulturalną uczniów. Raz w miesiącu zabierała ich na spektakle, za każdym razem gdzie indziej. Gdy poszli do Teatru Rampa na Targówku, po spektaklu aktorzy wyszli na proscenium i ogłosili nabór młodzieży do zespołu. – Przez myśl mi nie przeszło, żeby się zgłaszać, ale moja polonistka, która wiedziała, jak się udzielam na akademiach i apelach, zaproponowała, żebym spróbowała. Szybko o jej namowie zapomniałam, ale w przeddzień castingu zadzwoniła moja przyjaciółka i zapytała, czy idziemy – opowiada.

Stanęła przed komisją bez przygotowania. Gdy kazali jej zaśpiewać piosenkę, sięgnęła po repertuar z „High School Musical”. Niespodziewanie dostała się i to do grupy zaawansowanej, która od razu brała czynny udział w kreowaniu kolejnego przedstawienia. Rodzice bardzo dbali o to, żeby aktorstwo zanadto nie uderzyło córce do głowy. – Kiedy tylko w moim zachowaniu pojawiało się coś teatralnego, przypominali mi, że jestem w domu, a nie przed publicznością – śmieje się.

(Fot. M. Socha)

W wieku 13 lat zagrała w musicalu „Zaczarowani”, w którym stała przed publicznością już w pierwszej scenie. – Kiedy po trzecim dzwonku ludzie milkli, a kurtyna podnosiła się, czułam taką ekscytację, że nabrałam pewności: chcę w życiu robić już tylko to – opowiada. I przystąpiła do działania. Rozesłała mnóstwo e-maili do agencji aktorskich z prośbą o przyjęcie jej w poczet podopiecznych. Odpisała jedna osoba – stawiający pierwsze kroki w zawodzie Staś, z którym pracuje do dziś.

Nieprzerwanie grała aż do trzeciej klasy liceum, kiedy musiała zrezygnować ze względu na maturę w obcym języku. Ale na castingi, które organizował jej agent, chodziła cały czas. Wiele z nich przegrała. – Nie przejmowałam się tym specjalnie. Wiedziałam, że porażki są wpisane w ten zawód, więc nie miałam do siebie pretensji. Chociaż łatwo nie było – przekonuje.

(Fot. M. Socha)

Działanie zamiast strachu

Kiedy uporała się z egzaminem dojrzałości, jechała samochodem po świadectwo maturalne. Zadzwonił telefon. W słuchawce odezwała się reżyserka castingu, która zaproponowała jej udział w przesłuchaniu do roli w „Legendach Polskich – Smok”, krótkim metrażu laureata Oscara Tomasza Bagińskiego. Wygrała. Spotkanie z ekipą, w której znalazł się również nominowany do nagrody Akademii operator Łukasz Żal, było dla niej jak przekroczenie Rubikonu. – Przeżyłam szok, bo wszyscy otoczyli mnie taką opieką, że mimo wyzwań, jakie mnie czekały, wyszłam bez skazy – mówi.

Zapewnia, że ma szczęście do ludzi, o czym przekonała się, gdy już na pierwszym roku Akademii Teatralnej dali jej szansę producenci serialu „Wojenne dziewczyny”. Produkcja TVP 1 odniosła na tyle duży sukces, że stała się rozpoznawalna. Ludzie zaczepiali ją na ulicy i prosili o autograf. Ale nie dała się zwariować. Nie chodziła na premiery, bankiety ani rauty, żeby fotografować się na ściankach i zabiegać o popularność. Wolała szkolić warsztat i angażować się w istotne dla niej kwestie.

W ostatnim czasie to przede wszystkim ekologia. Ograniczyła jedzenie mięsa i zupełnie zrezygnowała z używania plastiku – kosmetyki kupuje do już użytych butelek, a gdziekolwiek idzie, ma ze sobą płócienne woreczki na warzywa i owoce (ma je przy sobie, choć spotykamy się w niedzielę niehandlową). A przede wszystkim edukuje w tej sprawie otoczenie. – Na święta moja mama poprosiła o butelkę wielokrotnego użytku z filtrami, co uważam za swój osobisty sukces, bo tyle jej o tym opowiadałam – cieszy się. – Nie wiem, jak ludzie z mojego pokolenia mogą nie martwić się o przyszłość planety. Sama staram się nie ulegać panice, tylko przekuć niepokój w działanie – dodaje.

Choć rodzice śmiali się z niej, że ma dwie lewe ręce do gotowania, ostatnio zaskakuje ich i siebie. – Od roku spędzam w kuchni coraz więcej czasu właśnie przez zainteresowanie ekologią. Nie chcę jeść wyłącznie w restauracji i przyczyniać się do produkcji odpadów. Jednocześnie nie potępiam tych, którzy w drodze do less waste są mniej radykalni. Mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym osoby nawołujące do tolerancji często sami nie tolerują tych, którzy mają inne zdanie. Nie chcę być taka – deklaruje.

Dlatego tak bardzo zależy jej, żeby jak najwięcej osób obejrzało „Hejtera”. To film, który dotyka tematu podziałów w polskim społeczeństwie. – Zmusza się jednostkę, by się za kimś opowiedzieć. Bycie pomiędzy jest nieakceptowane. Zapomina się, że ekstremizm i wynikający z niego brak szacunku do odmiennego zdania nie burzy murów, a tylko je piętrzy. Na swoim przykładzie chcę pokazać, że ważniejsze są bycie uważnym i chęć wchodzenia w dialog niż radykalne stanie po stronie jednych albo drugich. Wierzę w energię. Jeśli daję światu dobro, to ono do mnie wraca. Moja rodzina karmiła mnie całe życie miłością i wiarą w drugiego człowieka, ale i w samego siebie. Dlatego teraz, w dorosłym życiu, chcę dawać ją innym.

Artur Zaborski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę