Znaleziono 0 artykułów
14.02.2018

Od igieł neandertalczyka do kurtki z probówki

Okładka książki Historia mody. Od krynoliny do mini (Fot. wydawnictwo SBM)

Ceni Coco Chanel, ale z równym zapałem opowiada o pierwszych subkulturach młodzieżowych, które pojawiły się w czasie rewolucji francuskiej. Prof. Irma Kozina, autorka książki „Historia mody. Od krynoliny do mini”, przekonuje, że zmiany w myśleniu zazwyczaj skutkują zmianami w ubiorze. 

Pani książka to kompendium, które obejmuje dzieje mody od najdawniejszych czasów, aż po współczesność. Znalazło się w niej miejsce dla wielu polskich wątków historycznych, takich jak strój rycerski czy kontusz, ale nie ma w niej żadnej wzmianki o współczesnych polskich projektantach. Dlaczego?

W części prezentującej znanych projektantów zamieściłam sylwetki osób, które zyskały niekwestionowany międzynarodowy rozgłos i trwałe miejsce w historii, jednak dzisiaj już nie żyją. Jedynie we fragmentach traktujących o nowych eksperymentach z tkaninami lub we wstawkach zaznaczonych jako „źródła inspiracji” znalazło się miejsce dla twórców działających współcześnie. Tworzący obecnie polscy projektanci nie przystawali do tych kontekstów. Być może kiedyś powstanie osobny tom, który poświęcony będzie teraźniejszości. A moja książka zajmuje się przede wszystkim zjawiskami, które należą już do historii mody. W takiej sytuacji historyk zawsze bywa ostrożny i przedstawia postacie, które przetrwały swoistą próbę czasu.

Tak zwany „narodowy strój polski” uznałam za zjawisko o unikatowym znaczeniu w dziejach Europy, dlatego zostało ono dokładnie przedstawione. Z kolei zbroja rycerska bezpośrednio wpłynęła zarówno na fason ubioru męskiego, jak i damskiego doby nowożytnej, więc trudno było to zjawisko pominąć. Jeżeli chodzi o polskie epizody w modzie, zacytowaliśmy także wspaniały tekst związany z momentem pojawienia się polskich amazonek.

Narodowy strój polski z XVIII/XIX wieku (Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie)

Chodzi o czas, kiedy polskie damy zaczęły jeździć konno?

To jest ewenement, że polska autorka i instruktorka jazdy konnej Maria Wodzińska – w czasach, kiedy nikt jeszcze nie myślał o emancypacji kobiet, a kobiety nie miały prawa nawet studiować – zdecydowała się napisać o tym, jak powinien wyglądać ubiór Polki jeżdżącej konno. Zrobiła to w książce „Amazonka: podręcznik jazdy konnej dla dam”.

Kobiecy strój do jazdy konnej (Fot. Holenderskie Muzeum Narodowe w Amsterdamie)

W ogóle cała struktura „Historii Mody” jest inna niż wszystkie podobne publikacje, które ukazały się do tej pory. Taki był zresztą jeden z warunków wydawnictwa.

Inna, czyli jaka?

Zachowaliśmy układ chronologiczny, ale nie grupujemy zjawisk za pomocą epok. Odeszliśmy od opisu strojów obowiązujących w poszczególnych epokach i zastąpiliśmy to próbą odtworzenia swoistej ewolucji ubioru męskiego i żeńskiego. Wynikający z tego klucza podział jest dość prosty: kaftany (orientalny i okcydentalny) oraz spodnie dla panów (a z czasem, oczywiście także dla pań) oraz suknie damskie. Dopiero po przedstawieniu zmienności tych podstawowych elementów garderoby, następują rozdziały poświęcone modzie w kontekście społecznym oraz wybitnym postaciom oddziałującym na dzieje mody.

Książka rozpoczyna się oczywiście od najstarszych znalezisk. Okazało się na przykład, że neandertalczyk posiadał zdolność szycia, o czym świadczą wydobyte przez archeologów prymitywne igły. Opisuję dokładnie odzież Ötziego, czyli pierwszego człowieka znalezionego w lodzie w pełnym stroju. Nosił na sobie skóry tych samych zwierząt, których resztki odkryto w jego żołądku. Innymi słowy, wtedy człowiek wykorzystywał wszystko i był sam dla siebie krawcem, myśliwym, kucharzem.

Poświęciłam również trochę miejsca sprawom odzieży wydobywanej przez archeologów z różnych znalezisk. Nawet ostatnio, w 2017 roku, w zakamarkach starych niemieckich zamczysk, znaleziono majtki i stanik, które niczym nie różnią się od tych, jakie nosimy dziś.

To nie jest najwcześniejsze znalezisko związane ze strojem bikini. Nam się wydaje, że to zostało wynalezione niedawno, a tak nie jest. W mojej książce jest fragment, gdzie przedstawiona została antyczna mozaika, datowana przez niektórych na III, a przez innych na IV w. n.e. Jest to mozaika, która przedstawia kobiety ćwiczące w gimnazjonie, no i one są ubrane w regularny strój bikini!

Antyczna mozaika przedstawiająca kobiety w bikini ćwiczące w gimnazjonie. (Domena publiczna)

W książce przemyca pani bardzo dużo takich ciekawostek, np. pojawia się torebka zaprojektowana przez Leonarda da Vinci.

Tak, co więcej torebka na podstawie tego projektu została wykonana w naszych czasach przez projektantkę Carlę Braccialini i była sprzedawana jako wielka spuścizna dawnych epok.

Czy podczas pisania i zbierania materiałów coś panią szczególnie zaskoczyło?

Jak wcześniej wspomniałam, w pierwszej części książki przedstawiamy ewolucję ubioru, czyli to, jak strój zmieniał się w różnych epokach. Pewnie kogoś może zdziwić, że znajduje się tam bardzo dużo rozdziałów poświęconych zbroi zarówno samuraja, jak i rycerza europejskiego. To była moda! Na przełomie XV i XVI wieku nikt nie zakładał zbroi tylko dlatego, że szedł do walki, po prostu modnie było pokazać się w zbroi na przyjęciu dworskim. Potem oczywiście się ją ściągało i zamieniało na luźniejsze ubranie.

A jeżeli chodzi o twórczość projektantów i ich biografie? Czy zgłębiając je trafiła pani również na jakieś zaskakujące informacje?

Prześledzenie życiorysów wybitnych projektantów było dla mnie niezwykle interesujące. Na przykład Yves Saint Laurent miał to nieszczęście, że zaczynał w czasach, w których homoseksualizm był uważany za chorobę. Oznaczało to, że gdy Yves został zwerbowany do wojska i odkryto prawdę o jego orientacji, przeszedł prawdziwą drogę przez mękę. Zamykany w izolatce, na silnych środkach psychotropowych, poddawany był terapii elektrowstrząsowej. Spowodowało to liczne kryzysy w jego życiu, łącznie z uzależnieniem od narkotyków.

Pojektant Yves Saint Laurent w swojej pracowni (Fot. Michel Dufour,WireImage)

W mojej książce z jednej strony możemy prześledzić ewolucję poszczególnych ubiorów i pracę niezwykłych projektantów, a z drugiej – pierwsze subkultury, które nie powstały wcale, jak się niektórym wydaje, w XX wieku. Zaistniały już w czasach rewolucji francuskiej i również przyniosły zmiany w sferze ubioru. Gdy prześladowane przez rewolucjonistów dzieci arystokratów zaczęły odważnie manifestować strojem swoje pochodzenie (narażając się tym nawet na utratę życia), ich ubiór natychmiast wpłynął na modę tamtych czasów. Wymyślony przez nich styl stał się modny. Wydaje nam się, że tylko w naszych czasach młodzi ludzie starają się zwrócić na siebie uwagę wymyślnym strojem, tymczasem obyczaj ten obserwowany jest już od dawna.

Makaroniarze – subkultura młodzieżowa, powstała w Wielkiej Brytanii w połowie XVIII wieku – i ich wysokie peruki są świetnym tego przykładem.

Podobno zakładali na nie kapelusze posiłkując się drabinkami. Tak przynajmniej przedstawiali to satyrycy.

Strój członka subkultury młodzieżowej w Wielkiej Brytanii w XVIII wieku tzw. makaroniarza. (Fot. The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku)

W dziejach mody było zresztą bardzo wiele burzliwych okresów. W naszych czasach punkowie zaistnieli jako subkultura i bardzo wpłynęli na modę. Pamiętam, że jako uczennica wpinałam sobie agrafki w ubrania, a nawet w szkolne torby. To był już nie tylko znak identyfikacji z subkulturą, ale również modna ozdoba. 

Ludzie byli i są skłonni zrobić wiele, żeby wyglądać pięknie i modnie. Co było, według pani, najbardziej drastycznym przejawem podążania za trendami?

Na pewno kwestie kulturowe, na przykład wiązanie nóg dziewczynkom w Azji, tak, żeby miały malutkie stopy. Co do gorsetów, to wpierw był to standard medycyny. Używały ich kobiety mające problem z kręgosłupem, dopiero później panie zaczęły trochę z nimi przesadzać. Sznurowały je tak ciasno, że potem trudno było w nich oddychać. Chyba najgorszą sprawą dla mnie samej był fakt, że środkiem akceptowanym w odchudzaniu na przełomie XIX i XX wieku było hodowanie tasiemca. Trudno sobie wyobrazić, że zachęcano ludzi do wyhodowania tasiemca we własnych jelitach! Podobno do dzisiaj niektórzy praktykują ową metodę. Pasożyta zabijało się potem arszenikiem, tyle że bardzo często przesadzano z dawką trucizny i człowiek umierał.

Którą epokę chciałaby pani jeszcze bardziej zgłębić?

Chyba jestem człowiekiem XX wieku i bardzo cenię wkład Coco Chanel w modę i kulturę. Równolegle z pisaniem książki prowadziłam wykłady dla moich studentów i obejrzałam wiele nagrań z jej udziałem. Z zaskoczeniem zauważyłam wówczas, że Coco Chanel rzeczywiście była w duchu chłopczycą i być może dlatego udało jej się dokonać wielkich rzeczy w modzie damskiej. Gdy zaczynała, nosiła jeszcze XIX-wieczne stroje, spódnice, które miały pod spodem halki, próbowała je nawet trochę skracać. Te jej pierwsze próby, które podejmowała w wieku 15-17 lat, polegały właśnie na odsłanianiu kostek. Przede wszystkim jednak była tą, która dostrzegła, że najważniejsza w ubiorze jest wygoda.

Coco Chanel (Fot. Lipnitzki/Roger Viollet, Getty Images)

W jej czasach kobiety zaczynały przenikać do świata pracy, i to fizycznej. Coco czytała doniesienia prasowe o kobietach, którym maszyny wciągnęły spódnicę podczas pracy, i kwestia wygodnego stroju dla pań stała się dla niej sprawą pierwszoplanową. Oczywiście, tworzyła jednocześnie haute couture i ubierała osoby ze śmietanki towarzyskiej tamtego okresu. Niemniej jednak, to właśnie ona pojawiała się w wygodnych i praktycznych kostiumach. Potrafiła uszyć kurtkę, która stała się pierwowzorem kurtki damskiej. Wygodna, ciepła – może nie wyglądała rewelacyjnie i bardziej się kojarzyła ze strojem domowym, ale wywołała furorę.

Tu chodzi o ducha czasu, kiedy istnieje pewne oczekiwanie ze strony społeczeństwa na zmiany i projektant jest w stanie uchwycić to oczekiwanie.

Coco Chanel znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie?

Oczywiście. Zresztą, zabawna jest związana z tym sprawa konfliktu, a nawet rywalizacji między Coco Chanel a innym projektantem, Paulem Poiretem. Poiret postrzegał kobietę w kategoriach kochanki, pani domu, muzy. Ubierał ją w strój Szeherezady, wyobrażał sobie, że będzie ona bardziej uległa wobec mężczyzny. Coco z kolei dawała kobiecie osobowość i pozwalała jej o sobie decydować. Kiedy pojawiła się w swojej słynnej małej czarnej, ponoć Poiret chciał jej dogryźć, mówiąc „Czy Pani się wybrała na czyjś pogrzeb?”. „Tak, na pański pogrzeb” – miała odpowiedzieć Coco. Było to aluzją, że czas Poireta jako projektanta dobiegł końca i ustępuje on miejsca Chanel.

Dzieje mody XX wieku są niezwykle frapujące. Uwielbiam też postać nieżyjącego już Alexandra McQueena.

To wizjoner, człowiek, który wyprzedził swoje czasy. Pisze pani o jego walce ze stereotypowym postrzeganiem modelek jako żywych manekinów.

Zrobił z mody, a zwłaszcza z pokazów mody, coś zupełnie nowego. Kobieta w pokazach przez długie lata była traktowana jak zabaweczka, wiecznie ładna. Dla McQueena było to drażniące. Potrafił deformować makijażem twarze modelek. Wysłuchał modelek, które skarżyły się, że nie chcą być traktowane jak kociaki. Pozwolił im to zamanifestować.

Poza tym tworzył piękne, wizjonerskie kreacje. W przypadku McQueena podobało mi się też to, że zaznaczał konieczność używania naturalnych kolorów. Ponieważ oko ludzkie przyzwyczajone jest do naturalnych barw, to sztuczne kolory powodują, że oko czuje się nadwyrężone. Kolorystyka strojów McQueena jest po prostu zachwycająca.

Kreacja z pokazu kolekcji Alexandra McQueena na sezon jesień-zima 2009-2010 (Fot. Michel Dufour, WireImage)

McQueen był także wizjonerem, jeśli chodzi o scenografie pokazów mody. Hologram Kate Moss albo pokaz, którego zwieńczeniem były roboty rysujące farbą po białej sukni, były czymś zupełnie nowym.

To wszystko zapowiadało modę przyszłości. Tej sprawie poświęciłam ostatni rozdział książki, gdzie pojawiają się projekty Iris van Herpen, wykorzystujące także nowe możliwości technologiczne.

Teraz Stella McCartney pracuje nad sztucznym jedwabiem, powstającym bez konieczności użycia hodowli jedwabników. Co pani zdaniem czeka modę w przyszłości?

Mam nadzieję, że nadal będzie się ona rozwijała dwutorowo, tak, jak dzisiaj. Z jednej strony będziemy mieli subkultury, które będą lansować nowości, przełamywać powszechnie obowiązujące reguły, a z drugiej – działać będzie wielu projektantów-tradycjonalistów. Takich, którzy będą tęsknić chociażby za jakościowymi tkaninami, powstającymi ogromnym nakładem pracy. Tego właściwie nie ma w modzie, którą możemy znaleźć w wielkich galeriach handlowych. Ale w haute couture nadal dominują tkaniny!

Zauważyłam też w Polsce tendencję, że wiele kobiet, które rzeczywiście chcą być dobrze ubrane, nie kupuje w galeriach handlowych, tylko np. w second handach. Tam bardzo często można znaleźć ubrania z lepszych tkanin, w piękne, zupełnie nietypowe wzory, i to w przystępnej cenie. Polki wyczuwają, że jest pewna różnica między dobrej jakości tkaniną, taką tradycyjną, a czymś co jest syntetyczne, niemal nijakie.

Niewątpliwie wkraczamy także w epokę transhumanizmu, a to oznacza biokulktury.

Mówi pani o ubraniach z żywej tkanki?

W książce opisuję doświadczenie, które było przeprowadzone przez grupę SymbioticA. Eksperymentująca od 2004 r. w Perth w Australii grupa naukowców, prowadzona przez Orona Cattsa i Ionat Zurr, postanowiła wyhodować w probówce skórzaną kurtkę, nazywając ją „victimless leather” – skórą uzyskiwaną bez ofiar. W istocie, pokazany na wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku w 2008 r. eksperyment dowiódł, że większość ludzi traktuje kurtkę rosnącą w probówce jak żywe stworzenie. Gdy pojemnik zaczął być za mały, odcięcie kurtki od utrzymujących ją przy życiu urządzeń potraktowano jak zabójstwo.

Myśli pani, że nasze społeczeństwo jest gotowe na bioubrania?

Współczesne jeszcze nie. Ale kto wie, jakie zmiany nastąpią w przyszłości, jakie będą następne pokolenia. Młodzi ludzie zazwyczaj szybko przyswajają sobie wszelkie zmiany. Wielu z nich, na przykład, chętnie przebywa dziś w świecie wirtualnym. Nie wykluczam nawet takiej sytuacji, że moda przeniesie się do tej rzeczywistości. Mogę sobie wyobrazić takie wirtualne przyjęcie, podczas którego awatary ubrane w najwymyślniejsze kreacje będą reprezentować rzeczywistych ludzi, którzy w tym czasie będą sterować swoimi alter ego, leżąc wygodnie w łóżkach. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie dzisiaj przewidzieć, co nas czeka w przyszłości.

Katarzyna Pietrewicz-Żero
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę