Znaleziono 0 artykułów
01.11.2018

Pasja zaczyna się po czterdziestce

Magda Kot, stylizacja Katarzyna Taranko (Fot. Luka Łukasiak)

W kolejnej odsłonie naszego cyklu o kobiecym biznesie rozmawiamy z Magdaleną Kot, która zaraz po transformacji zaczęła piąć się po szczeblach korporacyjnej kariery. Kierownicze stanowisko zamieniła jednak na wolność bycia własnym szefem. Dziś dzieli życie między Brukselę, gdzie mieszka z mężem, a Polskę, gdzie prowadzi firmę MyAlpaca. Ekologiczne kołdry i pościel wysyła już do Japonii, RPA i Stanów.

W Sieci Przedsiębiorczych Kobiet dużo jest dwudziesto- albo trzydziestolatek, które dopiero zaczynają swoją zawodową drogę. Pani ma dwudziestoletnie doświadczenie na rynku pracy?

Tak, ale przez 25 lat byłam zatrudniona w korporacjach, a to zupełnie inny tryb pracy. Zaczęłam w 1992 roku, zaraz po transformacji, gdy polski rynek uległ zupełnemu przeobrażeniu. Trafiłam do Marsa na stanowisko asystentki dyrektora marketingu. Byłam jedną z pierwszych pracowniczek firmy, która na początku zajmowała małą willę, a potem rozrosła się do rozmiarów i zatrudniała kilka tysięcy osób. 

Reklama

Studiowała pani zarządzanie i marketing? 

Nie, iberystykę. Wybierałam studia pod koniec lat 80. Specjalizowałam się w historii prekolumbijskiej Ameryki. Dziedzina daleka od marketingu. Chciałam zostać tłumaczką, stawiałam nawet pierwsze kroki w zawodzie, ale okazało się, że nie potrafię być przezroczysta. Praca tłumacza tego wymaga, a ja nie chciałam tylko przekazywać jednej osobie, co druga ma do powiedzenia, wolałam mieć własny głos. Szybko wchłonęła mnie korporacja. Byłam dość obrotna. Nie wiedząc nic o marketingu, wszystkiego dowiedziałam się w działaniu. Udało mi zajść bardzo wysoko. W 2007 roku wyjechałam za granicę, zostając dyrektorem marketingu na rynek francuski, potem na rynek europejski, a w końcu globalnie w firmie Wrigley. Prowadziłam komunikację i strategię marki na całym świecie. 

Magda Kot (Fot. Luka Łukasiak)

I wtedy zdecydowała się pani odejść?

Nie, Mars przejął Wrigleya. I zaczęła się restrukturyzacja. W 2014 moje stanowisko przestało istnieć. Podziękowano mi za współpracę. Starałam się nie traktować tego osobiście, ale nie przyszło mi to łatwo. Po blisko dzięsieciu latach spędzonych w firmie, trudno było się pożegnać.

Miała pani nowy pomysł na siebie? 

Gdy dochodzi się do pułapu, w którym równorzędnych stanowisk do tego utraconego, jest niewiele, trochę brakuje opcji. Nie byłam też gotowa na kolejną zmianę miejsca zamieszkania. Dla męża, który pracuje jako prawnik w Komisji Europejskiej, przeprowadziłam się do Brukseli. Jego zajęcie jest tutaj, moje może być wszędzie. Czułam, że osiągnęłam już na tyle dużo, że nie chcę jechać za pracą na drugi koniec świata. Życie osobiste było ważniejsze niż gonienie za karierą. 

I jaką decyzję pani podjęła? 

Pieniądze z odprawy postanowiłam zainwestować we własną firmę. 

Nie chciała pani odpocząć?

Nie umiałam! Po kilku miesiącach chodzenia na siłownię i gotowania – a nauczyłam się piec chleb i zrobiłam kurs kuchni makrobiotycznej – chciałam wrócić do pracy. Myślałam, że oszaleję w domu. Brakowało mi innego rodzaju aktywności. Nie potrafię się wyłączyć. Zaczęłam więc szukać nowych pomysłów. Wiedziałam, że największą przyjemność sprawiało mi budowanie, pozycjonowanie, tworzenie strategii marek, dlatego zostałam konsultantką, zakładając Brand Gardener. Zarządzałam wcześniej w ramach korporacji naprawdę ogromnymi budżetami, samodzielnie zaczęłam pracować z mniejszymi podmiotami. Wtedy trafiłam na Sieć Przedsiębiorczych Kobiet.

Co dała pani ta współpraca?

Wtedy, na początku 2014 roku, miałam świadomość, że od dłuższego czasu mieszkam poza Polską, więc nie znałam już do końca realiów rynku, a wiedziałam, że firmę chcę założyć tutaj, a nie w Belgii. Współpracując z Siecią, zrozumiałam, że zdobyte przez lata doświadczenie w korporacji nie dawało mi pełnego wachlarza umiejętności. W korporacji każdy zajmuje się swoim niewielkim wycinkiem. Zakładając własną firmę, trzeba mieć pod kontrolą wszystko. Moją mocną stroną był marketing, reszty musiałam się nauczyć od zera. Odświeżająca była dla mnie konfrontacja z młodymi dziewczynami, które nigdy wcześniej nigdzie nie pracowały, ale miały swój pomysł na biznes. Miałam wtedy poczucie, że jeśli one dadzą radę, to ja z moim warsztatem też mam szansę nadrobić pewne zaległości. Nie wstydziłam się pytać o radę, mimo tego, że byłam od niektórych dziewczyn starsza o pokolenie. 

Wtedy powstał pomysł na pościel My Alpaca? 

Wtedy mój kuzyn spod Krosna, który hodował alpaki, poprosił mnie o pomoc w pozycjonowaniu jego marki. Chciał robić kołdry i poduszki z wełny alpak. Podarował mi swoje produkty. Zachwyciłam się. Ale wiedziałam, że branding wymaga przebudowania od podstaw. Postanowiłam zainwestować moją pracę  i trochę pieniędzy w jego firmę. Znalazłam dwie superzdolne dziewczyny, Anię Łoskiewicz i Zosię Strumiłło z Beza Projekt, które pomogły zaprojektować komunikację, produkt i jego opakowanie dopasowany do stworzonej przeze mnie strategii. Okazało się, że nadanie produktowi takiego kształtu, jaki dla niego widziałam, wymaga większego kapitału. Najważniejsza miała być bowiem jakość. Nasze produkty są naturalne, ręcznie robione, zdrowie. Założyliśmy więc spółkę z o.o. razem z trzecią wspólniczką, Małgorzatą Radziak. 

Magda Kot (Fot. Luka Łukasiak)

Strategia przyniosła sukces?

Tak, w ciągu czterech lat sprzedaliśmy kilka tysięcy kołder i poduszek. Nie tylko w Polsce. Na naszej pościeli śpią ludzie w RPA, w Japonii i w Stanach. Dostaliśmy nagrody za design – must have w Łodzi i Dobry Wzór z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Rozwijaliśmy się. Wciąż potrzebowałam jednak wsparcia Sieci Przedsiębiorczych Kobiet. Bo prowadząc biznes, czułam się samotna. Borykałam się wciąż z problemami życia codziennego, przede wszystkim z logistyką, więc chciałam móc się z kimś tym podzielić. 

Magda Kot (Fot. Luka Łukasiak)

Chodzi nie tylko o wsparcie na poziomie know how, ale zwyczajnie, po przyjacielsku? 

Tak, bo gdy wszystko się wali, chciałoby się siąść w kącie i płakać. Zastanawiając się, po co mi to było. A dziewczyny skutecznie wybijają takie myśli z głowy. Zawsze pojawia się jakaś twarda baba, która powie: „Stara, wyśpij się, a potem wstań rano i  rozwiąże problem”. To lekcja tego, że prowadzenie biznesu to permanentne rozwiązywanie problemów, więc nie ma sensu się rozklejać przy każdej  drobnej przeciwności losu. 

Kobiety są w biznesie inne niż mężczyźni?

Kobiety dla swoich pracowników bywają bardziej wyrozumiałe. Zachowują się jak matki, które roztaczają opiekę. Dla nas pracują młode dziewczyny w biurze i szwaczki, które pochodzą z Krosna. Firma jest zdominowana przez kobiety, pracuje z nami tylko jeden mężczyzna. Kobiety mocniej przeżywają porażki, bardziej się przejmują, a nawet obwiniając. To wsparcie tym bardziej jest potrzebne. 

Mówi pani, że kobiety mocniej przeżywają. Mają większy problem z oddzieleniem pracy od życia prywatnego?

Zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi pasja. Ona jest najważniejsza. Bez mojej pasji, którą odkryłam dopiero po czterdziestce, firma nie mogłaby się rozwinąć. Ale w konsekwencji, jesteśmy skłonne do poświęceń w imię pasji. Tę pasją chciałabym też zarażać inne dziewczyny, dlatego w ramach Sieci Przedsiębiorczych Kobiet zostałam też mentorką. 

Uczy pani je także tego, jak znaleźć równowagę między pracą a domem? Jak pani udaje się godzić dom w Brukseli i biznes w Polsce?

Ustaliliśmy z mężem, że dwa tygodnie spędzam w domu, a dwa tygodnie w Polsce. Gdy muszę zostać w firmie dłużej, jest nam już ciężko wytrzymać rozłąkę. W Polsce staram się wykorzystać czas do maksimum. Kalendarz mam wypełniony spotkaniami od 7 do 23. Jadam na mieście, w biegu. A potem wracam do Belgii i gotuję, sprzątam, piorę. A w przerwie negocjuje warunki dla nowych pracowników. Lubię zajmować się domem. I lubię płodozmian. To gwarantuje równowagę między pracą koncepcyjną i pracą w terenie, pracą w ogóle i domem, spokojem i ruchem. 

Magda Kot (Fot. Luka Łukasiak)

Nie dostaje pani zadyszki?

Nie, udaje mi się wszystko pogodzić. Gdy jestem w Brukseli, staram się o 18 zamknąć komputer, żeby usiąść z mężem do kolacji. Ale nie mam dzieci, a dzieci mojego męża są już dorosłe, więc nie wiem, czy gdybym była matką, nie miałabym większych problemów z logistyką. Mniej rzeczy muszę. Nie ma momentów, gdy powinnam wszystko rzucić, bo dziecko jest chore. 

Mąż panią wspiera?

Tak, jest niesamowity! To, że jest ze mnie dumny, daje mi ogromną motywację. Mój sukces uważa za swój sukces. 

A ma pani potrzebę kontroli – w domu i w pracy?

Tak, to przekleństwo perfekcjonistów. Kontroluję, zwłaszcza wtedy, jeśli wiem, że sama coś zrobię najlepiej. Chociażby w kwestii obsługi klienta. To niełatwa działka. Trzeba się tego nauczyć. 

Jakiej rady udzieliłaby pani dwudziestoletniej wersji siebie?

Żeby być otwartym na swoją pasję. Teraz dopiero odkryłam, że kocham dekorację wnętrz i tekstylia. Szkoda, że nie byłam tego świadoma wcześniej. Przez wiele lat nie szukałam swojego miejsca w branży świadomie. Head hunter mnie wyławiał na lepsze stanowisko, więc brałam kolejną pracę. Nie zastanawiałam się, czego tak naprawdę chcę, dopóki korporacja nie postanowiła ze mnie zrezygnować. Powinnam była obudzić się szybciej. 

A musiała pani pokonać swoją słabość, trudniejszą cechę, żeby znaleźć się tu, gdzie pani teraz jest?

Jako młoda dziewczyna byłam nieśmiała. Nie lubiłam wystąpień publicznych. Do dzisiaj na scenie nie czuję się jak ryba w wodzie. Ale dużo nad tym pracowałam, bo jako dyrektor marketingu często musiałam przemawiać przez kilkusetosobowym gronem. Kosztowało mnie to sporo stresu, ale zawsze byłam dobrze przygotowana. 

Kobiety w Belgii są bardziej śmiałe niż Polki?

Niekoniecznie. Polki mają power! Wyróżnia je zaradność. W Polsce dzieje się więcej niż w Belgii, dlatego też tu założyłam biznes. Jestem dumna z Polek w biznesie. I z siebie też, bo w momencie, gdy odeszłam z korporacji, bałam się zrobić coś swojego.   Ale nie dałam się temu lękowi ograniczyć. 

Nie żałuje pani?

Nie, bo nie muszę już dawać sobie rady z facetami na wysokich stanowiskach, którzy najlepiej dogadują się z innymi facetami na wysokich stanowiskach, a kobiety, żeby osiągnąć ich pozycję, muszą starać się dwa razy bardziej. W korporacji miałam też bezpieczeństwo finansowe, a prowadząc własną firmę, zwłaszcza na początku, traci się zawsze jedno zero z dochodów. Kiedyś mogłam sobie kupić jedne dobre buty w miesiącu. Ale teraz radość z zakupu tej jednej wymarzonej pary butów jest nieporównanie większa. A największą radość daje wolność. Tego korporacja nie może zapewnić. 

Zdjęcia: Luka Łukasiak

Stylizacja: Katarzyna Taranko

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę