Znaleziono 0 artykułów
25.03.2019

Playlista ’89. Nas interesują tylko teksty

Kazik Staszewski i grupa Kult, 1989 rok (Fot.Jacek Dominski/REPORTER)

– Ja bym bardzo zachęcał wszystkich nie tylko do słuchania, ale i do myślenia – mówił latem 1989 roku Tomasz Lipiński, autor największych hitów roku przełomu. 

To był maj. Saska Kępa pachniała jak zawsze, ale w Śródmieściu, w klubie Riviera Remont Tomek Lipiński śpiewał: „Zatrute rzeki, zatrute morza, zatruta ziemia, zatrute zboża! / Dziwny, dziwny, dziwny czas! / Czy pamiętasz raj na ziemi? / Nie, już wszyscy zapomnieli!”.

Reaktywował niedawno zespół Tilt, tym razem w odsłonie „Czad Kommando Tilt”. Na razie piosenki, które – czy tego chciał, czy nie – stały się hymnami przełomu, śpiewał dla wąskiej grupy warszawskich fanów.

W 1989 roku z muzyką było jak z opozycją – wychodziła z podziemia, ale nie wiedziała, po co. W lecie, już po wyborach, Lipiński na zadane przez Zbigniewa Hołdysa pytanie: Chciałbyś, żeby establishment uchylił ci drzwi?, odpowiadał: Ale dokąd? Gdzie one prowadzą? Gdzie się wchodzi przez takie drzwi?

Hołdys, wówczas znany przede wszystkim jako lider grupy Perfect (z którą rozstał się parę lat wcześniej), był przez chwilę szefem promocji warszawskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, przez dłuższą – redaktorem naczelnym ważnego w latach 80. czasopisma muzycznego „Non Stop”. W styczniowym numerze magazynu przeprowadził, kto wie, czy niejedyny w ówczesnej prasie, wywiad z cenzorami. Mówili tam dużo okropnych rzeczy o tym, jak i dlaczego negocjują z autorami sprawy polityczne, choć akurat nic o tym, co „Non Stop” wypominał w recenzjach płyt, dlaczego zamieniają dobrze brzmiące mocne słowo na „kukła”. Tłumaczyli: Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: muzyka cenzury nie interesuje, nas interesują tylko teksty.

Muzyka jest równorzędnie sprawą osobistą i publiczną. Z domeny publicznej każdy wybiera sobie, co lubi i co zapamięta na lata. Typując piosenki ważne dla 1989 roku, pilnowałam źródeł, ale – przyznaję – przefiltrowałam je przez wspomnienia.

Tilt „Jeszcze będzie przepięknie”

Śpiewali to w maju w Rivierze Remont, ale dla szerokiej publiczności utwór wybrzmiał kilka tygodni później, podczas festiwalu w Opolu. Dwa tygodnie po wyborach w opolskim amfiteatrze wystąpili artyści związani z Krajową Sceną Młodzieżową, wśród nich właśnie Tilt.

Trudno o lepszy tekst w ówczesnej sytuacji:

„Mieszkańcy miasta i przyjeżdżający,

Tacy zmęczeni i tacy cierpiący,

Przeklinający swój codzienny los.

Słyszałem także taki głos:

Jeszcze będzie przepięknie,

Jeszcze będzie normalnie”.

Publiczność w Opolu oszalała, publiczność przed telewizorami wzięła do siebie, po chwili „Jeszcze będzie przepięknie” było w pierwszej dziesiątce na Liście Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia, przez całe wakacje – jeśli nie na pierwszym miejscu, to przynajmniej w pierwszej trójce.

Ćwierć wieku później Tomasz Lipiński opowiedział Janowi Niebudkowi z radiowej Trójki historię powstania piosenki. Inspiracja, jak się okazuje, przyszła z Moskwy. Siedziałem na ławeczce w domu towarowym, oglądając grupę kobiet, które tłoczyły się przy ladzie. Próbowały chwycić cokolwiek, czy to perfumy, czy wodę kolońską. Obojętne im było co, bo wszystko było przedmiotem westchnień. Nagle obok przeszedł staruszek, popatrzył chwilę, pokręcił głową i powiedział: – Dziewuszki, szto wy? Jeszczio budiet priekrasno, jeszczio budiet normalno.

Koncert zespolu Chlopcy z Placu Broni. (Fot. Miroslaw Stepniak/ FOTONOVA)

Lipiński, choć po latach wspominał, że ludzie w czerwcu 1989 byli jakby szczęśliwsi niż zazwyczaj, był sceptyczny wobec entuzjazmu. Latem 1989 roku w rozmowie ze Zbigniewem Hołdysem mówił: Ja bym bardzo zachęcał wszystkich nie tylko do słuchania, ale i do myślenia. I do zwrócenia uwagi na istotne przesłanie tego numeru, które wcale nie jest tym przesłaniem, jakie tu zostało zasugerowane. Motyw „Jeszcze będzie przepięknie” jest cytatem, a moim komentarzem jest pewna wizja, która pojawia się wokół niego. Wizja ta mówi o tym, że „ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce, i wciąż było mało i ciągle chciał więcej”. To tu jest tekst.

(…) Widzisz, my możemy sobie tęsknić do różnych rzeczy, możemy sobie życzyć, żeby było przepięknie, ale ja dzisiaj jechałem tutaj (do redakcji) pełen smutnych myśli na temat tego wszystkiego, co się dzieje naokoło. Przecież ja mam oczy. Możliwe, że wszyscy by chcieli – choć na pewno nie wszyscy – żeby było ogólnie przepięknie i normalnie, ale mam poważne wątpliwości co do tego, czy doczekamy tego w jakimś zdefiniowalnym czasie.

Podczas opolskiego występu (a wcześniej w Rivierze) Tilt zagrał jeszcze jeden historyczny numer. Puenta „Nie wierzę politykom” niestety mocno brzmi również po 30 latach:

„We własnym domu trudno być prorokiem,

Ale mówię to, co widzę ze swoich okien.

I nie chcę was straszyć, zobaczycie sami,

Że najciekawsze dopiero przed nami”.

Chłopcy z Placu Broni „Kocham wolność”

To było nie tak dawno temu. W lecie 2017 roku podróżowałam już w poszukiwaniu wspomnień z 1989. Sierpniową niedzielę spędzałam w Lubaczowie. W miejscowym barze porządkowałam notatki, gdy wtem z sąsiedniego stolika dobiegła dobrze znana melodia. Chłopcy, choć może bardziej mężczyźni – jeden blisko pięćdziesiątki, drugi dziesięć lat młodszy – puszczali sobie ze smartfona piosenki, w tym „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni. Najpierw podsłuchiwałam, potem trochę pogadaliśmy. W 1989 młodszy marzył o motorynce, starszy był ciągle w trasie. Nie miał żadnych pieniędzy i rodzina patrzyła krzywo, ale jeździł pociągami po Polsce – a Lubaczów jest naprawdę źle skomunikowany z resztą kraju – za ulubionymi zespołami. Bo muzyka była najważniejsza.

I oczywiście teksty. Ten autorstwa Bogdana Łyszkiewicza szedł tak:

„Tak niewiele miałem.

Tak niewiele mam.

Mogę stracić wszystko.

Mogę zostać sam.

Wolność kocham i rozumiem.

Wolności oddać nie umiem”.

Na liście Trójki pojawił się w przeddzień wyborów, dość szybko znalazł się w pierwszej dziesiątce i spędził tam całe wakacje. Chłopcy z Placu Broni śpiewali „Kocham wolność” na festiwalach w Opolu i Jarocinie, pod koniec grudnia 1989 wystąpili na koncercie dla Fundacji SOS Jacka Kuronia w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

– To był niezwykły czas. Wszyscy czuliśmy, że jesteśmy świadkami czegoś wielkiego i ważnego – wspominał w poświęconej Łyszkiewiczowi książce Marcina Sitki przyjaciel artysty Bartek Witucki. – Na naszych oczach zmieniał się świat. Runął mur berliński, a u nas już od kilku miesięcy działał rząd Mazowieckiego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to musi pójść jeszcze dalej. Przed samym koncertem dotarła do nas informacja o schwytaniu Ceauşescu. Piosenka „Wolność” stała się niezwykle ważnym momentem tego dnia. W powietrzu czuliśmy radość i podniosłość. Bogdan do tego wszystkiego bardzo pasował. Wystarczy wspomnieć te jego charakterystyczne pozdrowienia – z dwoma palcami w górze.

Bogdan Łyszkiewicz w 2000 roku zginął w wypadku samochodowym, ale piosenka z 1989 roku wciąż powraca. Ostatnio latem 2017 roku, gdy na ulicach gromadziły się tłumy, by zaprotestować przeciw zaproponowanej przez PiS reformie sądownictwa. 

Kult „Po co wolność”

Pod koniec 1988 roku Kazik Staszewski miał dość. Rozwiązał zespół, pojechał do Londynu. Wrócił po trzech miesiącach. Na początku 1989 roku mówił dziennikarzowi „Non Stopu”: Skończyła się praca (byłem dekoratorem i malarzem pokojowym – kafelki, tapety, te rzeczy) – skończyła się w sobotę, a we wtorek już byłem w kraju. Okazało się, że jestem człowiekiem rodzinnym, że strasznie tęsknię za żoną i dzieciakami. Nie wiem, co będę robił dalej. Zmontuję jakąś kapelę, lecz nie wiem, czy będzie nią Kult, bo tego nie można ciągnąć w nieskończoność.

Zagrał z Kultem już 16 lutego, a wiosnę spędził w trasie z zespołami Róże Europy, Milion Bułgarów, Variete, KSU, Moskwa. W maju Kult pojawił się na koncercie zorganizowanym przy okazji kampanii wyborczej Majora Frydrycha. Twórca Pomarańczowej Alternatywy kandydował do Senatu. – Nie miał szans w wyborach – mówił Staszewski w książce Leszka Gnoińskiego „Kult Kazika” – bo nie był sfotografowany z Wałęsą, a wtedy wygrywali tylko ci, którzy byli z nim na plakatach.

W drugiej połowie roku ukazała się studyjna płyta Kultu pt. „Kaseta”, a na niej piosenka „Po co wolność”.
„Wolność. Po co wam wolność?

Macie przecież telewizję (…).

Wolność. Po co wam wolność?  

Macie przecież tyle pieniędzy.

Wolność. Po co wam wolność?

I będziecie ich mieć coraz więcej. (…)

Co za fatalny świat

Podzielony granicami.

Z ludźmi, których kochasz,

Rozmawiasz tylko listami.

Czujesz ich jedynie przy pomocy pocztowego kleju.

Tylko dlatego, że mieszkają w innym kraju. (…)

Kilku frajerów rządzi świata tego polityką,

A potężniejsi z nich myślą o władzy nad galaktyką”.

Kazik w 1983 roku odprowadzał do taksówki wujka z Londynu, który przyjechał do Polski na pogrzeb siostry. Uzmysłowił sobie, że to być może ostatni raz, kiedy go widzi. Wtedy napisał ten tekst. Śpiewał „Wolność” na koncertach, ale przed 1989 rokiem cenzura nigdy nie pozwoliła na jej nagranie.

T.Love „To wychowanie”

Cenzura ingerowała też w tekst miłosnej w gruncie rzeczy piosenki T.Love „To wychowanie”. Z wersji radiowej zaleciła wykasować refren: „Ojczyznę kochać trzeba i szanować / Nie deptać flagi i nie pluć na godło”.

Pytany w „Non Stopie” o powody, cenzor nie znalazł rozsądnego wyjaśnienia. – Czy to rzeczywiście taki ciężki obowiązek? Poszanowanie symboli narodowych jest jedną z elementarnych norm prawnych i moralnych w każdym społeczeństwie. Drugi dorzucił, że wers został już „zwolniony”, czyli dopuszczony do odtwarzania.

Muniek Staszczyk na koncercie zespolu TLove, 1989 Warszawa (Fot. Jacek Dominski/REPORTER)

Tak czy inaczej od początku 1989 roku piosenki T.Love dobrze sobie radziły na Liście Przebojów Trójki – najpierw „Wolny jak taczanka na stepie” (też po przejściach z cenzurą), potem „To wychowanie”. Lepiej z pewnością niż zespół, który był w rozsypce.

Muniek Staszczyk był zmęczony. Z kolegami nie układało się, obrady okrągłego stołu śledził bez entuzjazmu – ot, kolejna odwilż. – Naprawdę przeżyłem dopiero wybory 4 czerwca – mówił Grzegorzowi Brzozowiczowi w książce „Muniek”. – To, że komuchy aż tak przegrały, że dostali taki zdecydowany wpierdol, wywołało wybuch radości u wszystkich. To czuć było na ulicach.

Trzy tygodnie po wyborach zagrał ostatni koncert ze starym T.Love. Do żoliborskiego domu kultury przyszło 30 osób. Miesiąc później pojechał zmywać naczynia w Londynie.

Papa Dance „Czas szaleństwa”

4 czerwca w Zielonej Górze trwały próby przed festiwalem – dwa dni później zaczynał się ostatni Festiwal Piosenki Radzieckiej. I na widowni nie było pusto. Najtłoczniej robiło się, gdy na scenę wychodził zespół Papa Dance. Mieli po dwadzieścia parę lat, na koncie mnóstwo dyskotekowych hitów i niemałe zasługi dla przyjaźni polsko-radzieckiej. W 1989 roku byli w Zielonej Górze już po raz trzeci. Kiedy obradował okrągły stół, a potem trwała kampania wyborcza, koncertowali w Związku Radzieckim. Dziesięć koncertów w Moskwie, dziewięć w Leningradzie, pięć w Wilnie, w sumie ponad pięćdziesiąt. Występy razem z Heleną Vondráčkovą w programie telewizyjnym Ałły Pugaczowej.

– Wylansowali wspaniałą kolekcję przebojów, a zaczęło się od hitu „Kamikadze” – zapowiedział ich w Zielonej Górze prowadzący koncert Marek Sierocki, swoją drogą wspierający w kampanii szczecińskiego kandydata PZPR Jacka Piechotę, a oni zaśpiewali „Czas szaleństwa”. O tym, że z szaleństwem lepiej uważać.

Pracując nad książką o 1989 roku, rozmawiałam z liderem zespołu Pawłem Stasiakiem. – Wpisaliśmy się w możliwość sukcesu, więc nie będę dziś udawał, że wprawdzie uczestniczyłem, ale walczyłem z systemem piosenkami z podtekstem. Nie, zupełnie nie byliśmy poważni. Kontekst polityczny dla mnie nie istniał – mówił.

Wszyscy lubimy myśleć, że w wyborach 4 czerwca nikt nie głosował na partię, choć na partyjną listę krajową głosowało ponad 8 mln osób (za mało, by kandydaci weszli do sejmu). Lubimy też pamiętać, choć może to ja lubię, że wszyscy wtedy słuchali rocka. W sumie to jakoś przyjemne, że chociaż w pamięci zazwyczaj zwycięża dobro. To jednak był czas, gdy później bliższe popowi Róże Europy nagrały piosenkę „Mamy dla was kamienie” 

„Szeregi rozbite, lecz nadal kroczą,

Lecz nadal kroczą.

Młodość szalona, przeszła przeklęta,

Przeszła przeklęta.

Przeszła przeklęta na drugą stronę,

Na drugą stronę.

A ja biegnę, biegnę po ulicy

I eksploduje moje serce.

I ciągle, ciągle jeszcze więcej

Nigdy dosyć rewolucji”.

 

* Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, współpracuje m.in. z „Vogue Polska”. Autorka książek o codzienności PRL: „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. W maju ukaże się jej książka „Można wybierać. 4 czerwca 1989 roku”.

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę