Znaleziono 0 artykułów
14.08.2020

„Powrót Tamary”: Nowa wersja głośnego w latach 90. spektaklu

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

W 1990 roku to była sensacja. Bilety kosztowały krocie, ludzie stali w kolejkach. Spektakl „Tamara” w warszawskim Teatrze Studio elektryzował publiczność i krytykę. 30 lat później Cezary Tomaszewski przywołuje ten fenomen w „Powrocie Tamary”. Przy okazji przygląda się przemianom kulturowym ostatnich dekad. Premiera nowej interpretacji przedstawienia już w sobotę. Rozmawiamy z reżyserem i odtwórcami głównych ról, Sonią Roszczuk i Janem Peszkiem. 

W „Sztandarze Młodych” z 5 września 1990 roku tak pisano o sztuce, której reżyserii podjął się Maciej Wojtyszko i która w podtytule zapowiadała „Opowieść filmową na żywo”: Takiego przedstawienia jeszcze na polskich scenach nie było, bo jakże by i być mogło, skoro „Tamara” to pierwsza sztuka symultaniczna, jaką z myślą o teatrze napisano. Choć sztuka Johna Krizanca powstała i pierwszy raz wystawiona została w Kanadzie, jej bohaterką jest Polka, artystka malarka Tama­ra De Lempicka, której życiowym mottem stały się słowa „nie ma cudów, jest tylko to, co sam zro­bisz”. 

Cezary Tomaszewski – choreograf, muzyk i twórca autorskiego teatru (choćby brawurowego spektaklu „Cezary idzie na wojnę” w Komunie Warszawa, reżyserując dziś „Powrót Tamary”, mówi: – My tworzymy rodzaj fantazji na temat tego przedstawienia, bo prawie nikt z nas nie widział go na żywo. Czytając dzisiaj z dramaturgiem, Michałem Buszewiczem, oryginalny tekst sztuki, widzimy, że przy tamtej adaptacji pod natłokiem atrakcji zniknęły tematy rodzącego się faszyzmu, problemów klasowych czy upadku elit. 30 lat później, mimo lekkiej formy tekstu, nie sposób ich przeoczyć, żyjemy w nich.

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

Protofaszysta i feministka

Punktem wyjścia dla na pozór romansowej, a w ujęciu Krizanca momentami kryminalnej, intrygi jest epizod z 1927 roku. Do willi Il Vittoriale należącej do Gabriele’a D’Annunzio – nieco już podstarzałego poety, żołnierza, legendarnego kobieciarza i charyzmatycznego przywódcy – przybywa inna legenda, Tamara Łempicka. Polska arystokratka, uciekinierka z rewolucyjnego Petersburga, wyzwolona kobieta i modna paryska malarka epoki art déco, której obrazy (ze słynnym „Autoportretem w zielonym bugatti” na czele) należą dziś do najdroższych na aukcjach sztuki. Ma namalować portret gospodarza, a w domyśle – skonsumować, korespondencyjny dotąd, romans. Na miejscu spotka ją jednak rozczarowanie. Zderzy się z menażerią ekscentrycznych artystów nieudaczników, a D’Annunzio okaże się jednym z nich. Rozpamiętuje chwile dawnej chwały, gdy na czele ochotników podbił w 1919 roku i okupował przez 1,5 roku stolicę Dalmacji – Fiume (dziś: Rijeka). Nazywano go tam z uwielbieniem Comandante, a stworzone przez niego Wolne Miasto Fiume było wcieloną artystyczną utopią, w której rządziły wolna miłość i muzyka, a z balkonów deklamowano wiersze. 

Kiedy spotyka się z Tamarą, jest już jedynie uwięzionym w złotej klatce udomowionym pupilem Benita Mussoliniego. Duce ukradł mu jego filozofię, iście operowy mundur, symbolikę i język gestów, by stworzyć na tej bazie swój własny, bardziej populistyczny i skuteczny faszystowski system. Oprócz przyjaciół i wielbicieli poety w jego willi jest jeszcze jedna istotna dla dramatu grupa: służba. Zepchnięci na margines ludzie drugiej kategorii, pogardzani i niewidoczni dla tzw. elit, spragnieni „całego życia”, których czas dopiero nadchodzi. 

Oddajmy ponownie głos autorowi notki w „Sztandarze Młodych”, który wprowadzi nas w to, z czym zetknęła się w „Tamarze” polska publiczność początków transformacji: Dziesięć po­staci to dziesięć wątków, w których ma szansę uczestniczyć widz. Jednakże – za każdym razem tylko w jedynym – w za­leżności od postaci, za którą pójdzie. Jest to zatem nie tylko ciekawe doświadcze­nie dla widzów, ale i dla aktorów, którzy grają w zasadzie swoje monodramy, od czasu do czasu spotykając się we wspólnych scenach.

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

Teatr z peweksu

Całości tego ekscytującego wydarzenia rozgrywającego się we wszystkich pomieszczeniach teatru (znajdującego się, przypomnijmy, w monumentalnym Pałacu Kultury i Nauki!) dopełniała kolacja „na cześć Tamary Łempickiej” w towarzystwie aktorów, organizowana przez hotel Holiday Inn. Menu rozpoczynały arrivi z szampanem i tartinkami, dalej zapowiadano m.in. pieczoną polędwicę i indyka z sałatkami „po francusku” i andaluzyjską, a kończyło się podaniem dolci, czyli ciasteczek z kawą. Z dzisiejszego punktu widzenia nic specjalnego, wtedy – wyrafinowana uczta. 

Przedstawienie nazywano „pierwszym kapitalistycznym spektaklem w Polsce”, wyprodukowane zostało przez Waldemara Dąbrowskiego, ówczesnego dyrektora Teatru Studio, dziś szefującego Teatrowi Wielkiemu Operze Narodowej. Sponsorowane przez Casino Hotel Victoria i Pewex, szokowało aspirujących do lepszego świata widzów ceną 120 tys. zł za bilet (dziś byłoby to ok. 400 zł). A i tak stali po bilety w kolejkach. 

Była to więc mieszanka szczególna: eksperyment i kicz rodem z „Dynastii” w jednym. Do tej słodko-gorzkiej mikstury odwołuje się w „Powrocie Tamary” scenograficzny duet Bracia, czyli Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży.

– W naszym spektaklu bawimy się kiczem, ale dotykamy też niepokojących elementów w tej narracji, jak społeczeństwo, historia, sztuka – mówi dramaturg „Powrotu Tamary” Michał Buszewicz. – To nie Tamara jest tu główną bohaterką, nawet nie D’Annunzio, ale tak naprawdę reakcje wobec rzeczywistości. Z jednej strony widzowie lat 90. podążający za dostatkiem, z drugiej – Włochy lat 20. niezdające sobie sprawy z tego, do czego doprowadzą poczynania Mussoliniego. 

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

Buszewicz, korzystając ze swojej parareporterskiej metody pracy, współczesny dramat ulepił z powidoków „Tamary” Krizanca, recenzji, wspomnień widzów i historycznych opracowań. – Nie mogłem widzieć tego spektaklu, ponieważ miałem wtedy cztery lata. Ale mit tego przedstawienia odcisnął się w historii teatru. Badaczka Joanna Krakowska w książce „Demokracja: przedstawienia” stwierdza, że właśnie „Tamara” i musical „Metro” to filary założycielskie, wręcz ikony, teatru po 1989 roku. Jednak w recepcji spektaklu próżno szukać opowieści o rzeczywistości politycznej – większość opisów dotyczy nietypowej aranżacji przestrzeni, przepychu dekoracji czy menu. Czy to wszystko, co mogło nam zostać z „Tamary”?

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

– To był Pewex teatralny tamtych czasów – mówi Jan Peszek, który u Tomaszewskiego gra Gabriele’a D’Annunzia (w oryginalnym przedstawieniu wcielał się w niego Marek Walczewski). – Zrodzony ze strasznego pragnienia innego świata, lepszych perfum i gładszego materiału na suknie. Co było dość przykre, jak dziś widzę, ale wtedy byliśmy młodzi, więc tak tego nie odbieraliśmy.

Cezary idzie na „Metro” 

Jan Peszek jest jedyną osobą z aktualnego zespołu aktorskiego w „Powrocie”, która widziała tamten spektakl. Aktora o awangardowych korzeniach i fenomenalnym warsztacie chciał ściągnąć wówczas do Teatru Studio Jerzy Grzegorzewski (co mu się w końcu udało) i prawdopodobnie poprzez te kontakty Peszek trafił na „Tamarę” jako gość. 

– Zobaczyłem ten spektakl raz – opowiada, kiedy spotykamy się po próbie w teatralnej garderobie. – Ale ponieważ trzeba było wybrać postać, za którą się podąża, to aby połapać się, o co chodzi, należałoby go obejrzeć co najmniej trzykrotnie. Na przykład wątki kuchni kompletnie nie istnieją w mojej pamięci, ja tam tylko luknąłem i poszedłem dalej. Najsilniej zapisał się w mojej pamięci De Spiga w wykonaniu Krzyśka Majchrzaka, dlatego że wirtuozersko grał na fortepianie. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, bo nie wiedziałam, że on jest też muzykiem i pianistą. Nie mam w pamięci szokującego wydarzenia teatralnego, może dlatego, że będąc dzieckiem awangardy, już wtedy byłem rozpuszczony w kwestii prowokacji scenicznej. To, że aktorzy grają pośród publiczności, nie było dla mnie żadnym novum, ja to robiłem od lat 60. jeszcze jako student czy u Bogusława Schaeffera. Nigdy tego zresztą nie lubiłem, mimo całego doświadczenia wciąż jestem wielbicielem podziału na scenę i publiczność.

Tomaszewski w tamtym czasie miał 14 lat i jak wspomina, chodził już do teatru, często właśnie do Teatru Studio, ponieważ był fanatykiem Jerzego Grzegorzewskiego. Na „Tamarę” jednak nie dotarł: – Udało mi się pójść na „Metro”, grane po drugiej stronie Pałacu, w Sali Kongresowej – uśmiecha się. ­– Na „Tamarę” po prostu nie było mnie stać. Jednak wszyscy o tym spektaklu słyszeli, wszyscy o nim mówili, opiniotwórczy „ważni ludzie” zachwycali się nim. Oczywiście z perspektywy lat można ocenić je różnie, ale jak na inaugurację nowego ustroju w Polsce było to dosyć niezwykłe przedsięwzięcie. Jak głośne, pokazuje liczba tekstów i recenzji na temat „Tamary”, które zebrałem, przygotowując się do pracy – ponad 120 stron maszynopisów!

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

Anatomia mitu 

Kiedy teraz, po latach, Jan Peszek oglądał z zespołem zapisy tamtych spektakli, najbardziej bawili go i zastanawiali widzowie. – Ganiająca po korytarzach i schodach, zaaferowana publiczność, którą tu uchwycono, to jest prawdziwa bomba dla naszego spektaklu – uważa. Kiedy zadzwonił do niego Cezary Tomaszewski, z którym przyjaźnią się od lat, i zapytał, co pan Jan sądzi o pomyśle, żeby w spektaklu wykorzystać tony opisów krytyków teatralnych, muzycznych i wszelkich, ten nie bardzo sobie to wyobrażał, ale zgodził się od razu. – Na tym etapie mogę już powiedzieć, że nasz spektakl to jest anatomia mitu – mówi dziś. – Powstają mity polityczne, modowe, mity bożyszcza tłumów, jakim był swego czasu D’Annunzio, „ojciec” oprawy teatru faszystowskiego. I taką właśnie niezwykłą pożywką dla mitu okazuje się też publiczność. Aktorzy w naszej wersji „Tamary” grają również widzów i z tej perspektywy „Tamara” nabiera zupełnie innej soczystości i sensu. Nie dyskutuję, czy to było komercyjne, w dobrym czy złym smaku. Ważne, że dla wygłodniałej publiczności to był szok, rozprucie przyzwyczajeń widzów.

Kim byli ci, którzy uznali, że warto za bilet zapłacić równowartość dzisiejszych 400 zł i odstać swoje w kolejce? Nad tym zastanawia się Michał Buszewicz i dodaje, że tych, których nie było na to stać, wpuszczano tylko na wycieczkę po scenografii. – Dlatego wprowadzamy na scenę figurę widza z lat 90. – mówi dramaturg. – Oraz figurę „eksperta”. Aktorzy nieustannie transformują się z jednej postaci w drugą, a przygląda się temu współczesna publiczność.

Dominika Biernat grająca Carlottę de Barra, 17-letnią tancerkę, faszystkę, erotomankę i dewotkę, dodaje: – W naszym przedstawieniu na scenie można obserwować akcję „Tamary” jako pierwotnej sztuki, ale również wędrówkę udręczonego widza. Wydaje mi się ciekawe, że mamy wreszcie opowieść o widzu i o tym, czy widz lubi te interakcje z aktorem, czy też jest tym przestraszony, a jeśli jest tym umęczony, co to dla niego oznacza. Coś z zewnątrz teatralnej opowieści zostaje zaproszone do wnętrza spektaklu.

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

Potrzeba mądrego śmiechu

Sonia Roszczuk, która w momencie premiery „Tamary” miała trzy lata, w „Powrocie” przejmuje tytułową rolę po Dorocie Kamińskiej. Tak porównuje obie realizacje: – Kiedy oglądaliśmy dokumentację spektaklu, uderzyło mnie, że aktorzy starają się grać realistycznie, psychologicznie, co dało dość groteskowy efekt, ponieważ tekst jest jednak zapisany w mocno farsowym styluMy się bawimy tymi postaciami, ciągłym wchodzeniem i wychodzeniem z roli. Raz jesteśmy widzami, którzy komentują „Tamarę”, a raz postaciami ze sztuki. W tej zabawie konwencją staramy się opowiedzieć coś, co jest pod powierzchnią tego tekstu, który jest trochę romansem, trochę kryminałem, ale jednak dotyka momentu w historii, w którym rodził się faszyzm. Opowiada o upadku pewnej utopijnej wizji społeczeństwa, ale chcemy to podać lekko. Zastanawiamy się, jak grać farsę, tak by nie była wyłącznie prymitywnym uproszczeniem, ale miała też drugie dno, nie tracąc lekkości i humoru.  

„Powrót Tamary” (Fot. JAZZy Shots)

Dba o to Cezary Tomaszewski, który, jak uważa Jan Peszek, ma „absolutnie wysublimowane poczucie humoru”. – Wrażliwe, inteligentne i przede wszystkim oparte na abstrakcji. Te szalone asocjacje, które tu hulają po scenie i które reżyser przemyca aktorom w głowie, to jest prawdziwa burza wspaniałości. Ponury czas komunizmu odbija się tu w tak dowcipnym zwierciadle, jakiego sam komunizm się nie spodziewał. Ma też w sobie jakąś gorycz albo dziwną nostalgię, bo chociaż nie ma za czym tęsknić, to wiemy, że czas silnych uniesień, wiara w „lepszy świat” już minęły.

10 osobowości aktorskich, 10 wątków, 10 postaci i każda specyficzna: nieudani artyści, dekadenci, kompozytor, tancerka, malarka i lider – poeta, powieściopisarz, wódz. Niezwykle barwne osoby lekko pogubione przez konsekwencje młodzieńczych gestów, których nie mogli przewidzieć, a teraz nie chcą wziąć odpowiedzialności. Pomiędzy Czechowem, wodewilem a „Downtown Abbey”.

Ona, on, oni

W tym otoczeniu postać Tamary jest pretekstem do otworzenia się ukrytych prawd świata na zewnątrz. – Jest obserwatorką mikrokosmosu w willi – mówi Sonia Roszczuk. – Przyjeżdża tam i pozwala nam zajrzeć w to, co poukrywane pod powierzchnią w mieszkańcach tego dość przerażającego miejsca. Kiedy Tamara mówi: „Uciekłam z Rosji przed rewolucją”, czujemy, że jest kobietą po przejściach, uciekinierką od swojego losu, która wzięła życie we własne ręce.

Jaki jest D’Annunzio Jana Peszka? – To nie jest rola Gabriele’a D’Annunzia znana ze scenariusza amerykańskiego, którą tak temperamentnie realizował Walczewski w adaptacji z lat 90. – odpowiada aktor. – To raczej rozprawienie się z tym włoskim artystą, prowokatorem, autorem teatru faszystowskiego, a przede wszystkim założycielem Republiki Fiume, która była przedsmakiem wielokrotnie później powtarzanego eksperymentu z wolnością. Choćby w postaci ruchu dzieci kwiatów, z jego narkotycznymi odlotami i swobodą erotyczno-seksualną w opozycji do mieszczańskiej stagnacji. Ona się oczywiście skończyła, tak jak się skończyła, a jej dorobek przejął Benito Mussolini i niestety nader skutecznie wykorzystał.

Jak tłumaczy Peszek, jego postać nie jest skonstruowana klasycznie. Owszem, towarzyszą mu wielkie emocje, ale to są wszystko dość niekompatybilne obrazy. – A ja to uwielbiam! Jestem wychowany na partyturach Cage’a i Schaeffera, które polegają głownie na rozbiciu i rozsypaniu wszystkich elementów. Nie mają przebiegów fabularnych, trzeba mieć tylko umiejętność skupienia na realizacji danej emocji w danym momencie, a widz sam sobie składa potem w całość te puzzle.

Cezary Tomaszewski dodaje: – „Powrót Tamary” to nie jest opowieść o jakichś obcych ludziach we Włoszech, ale opowieść o nas, tutaj, mierzących się z taką, a nie inną historią i z takimi, a nie innymi aspiracjami, przyzwyczajeniami i ułomnościami.

 

* „Powrót Tamary” Michała Buszewicza, reż. Cezary Tomaszewski, STUDIO Teatrgaleria w Warszawie, premiera 15 sierpnia 2020

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę