Znaleziono 0 artykułów
26.06.2022

Demontaż atrakcji. „Elvis”

26.06.2022
„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

„Elvis” to karuzela: wydaje ci się, że lecisz, a naprawdę kręcisz się w kółko. Baza Luhrmanna, który film nakręcił, łączy z Presleyem zasada: albo grubo, albo wcale, i wydawałoby się powinno to dać wystrzałowy efekt. Niestety, reżyserowi wydaje się, że jest woltyżerem w cyrku, gdy tymczasem próbuje ustrzelić pluszową zabawkę. Elvis nie jest największą atrakcją lunaparku – on sam był lunaparkiem. Niestety, film nie odkrywa jego osobowości. A śliczna buzia Austina Butlera i sztuczne policzki Toma Hanksa robią tylko za dekorację.

Wyciągnęłam z półki nieznaną książkę i otworzyłam na chybił trafił. Zdarza się, że w ten sposób rzeczywistość sama mi coś podpowie. Tym razem wyskoczył z niej duch Elvisa Presleya i rozejrzał się po pokoju. Rzecz działa się w małej litewskiej wsi, dryfującej w soczystej zieleni. Pozwolę sobie krótko opisać sytuację. Pośrodku mokradeł stał pałac, nie autentyczny, ale w całości odbudowany po wojnie, a w nim na piętrze biblioteka, ciasny pokoik pełen archiwów Jonasa Mekasa. Tu właśnie nowojorski artysta przekazał spuściznę po sobie. Statkiem przez Atlantyk przypłynęły pudła listów, zdjęć i książek z życia awangardy – Andy Warhol, Laurie Anderson i Lou Reed sąsiadowali z Elvisem Presleyem. Ikony XX w. spotkane w roślinnych, podmokłych Birżach, czyli na północy Litwy, niczym na końcu świata.

To miejsce, gdzie piosenkarz wyjrzał na mnie z kawałka taśmy filmowej, kilku klatek uchwyconych na koncercie w Madison Square Garden 9 czerwca 1972 r. Fotografia była trochę nieostra, ruch tańczącego sprawiał, że była rozmazana. Wyglądał jak zjawa od stóp do głów odziana na biało, która znienacka stanęła na krawędzi proscenium, aby przestraszyć widownię. Nie było w Elvisie ani cienia seksapilu, z którym najczęściej jest kojarzony. Brak słynnej miękkości ruchów, szybkich nóg, wibrującej miednicy – przez ostre cięcie migawki został unieruchomiony. Kamera Jonasa Mekasa uchwyciła go, kiedy stał na zgiętych kolanach, ubrany w dzwony i buty na platformie, a jego ręce, uniesione na boki, rozwijały pelerynę jak wtedy, gdy chce się kogoś zaskoczyć. Udało się. Omal nie wypuściłam z rąk tomu, gdy Elvis nagle się pojawił. Biały kostium podkreślał twarz ciemną od makijażu i wiszące nad nią włosy, uczernione i sztywne. W tym stroju można by spokojnie świecić nocą w Halloween. Presley wygląda tu jak wampir, tyle że ciężki, zmęczony, spocony i przesadnie opalony, złowrogi jednak niczym Nosferatu.

„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

Co czuł Elvis Presley?

Koncert w Madison Square Garden był pamiętny, uwiecznił go też „New York Times” w reportażu, bo w 1972 r. było rewelacją, że tysiące ludzi przyszły do największej hali koncertowej dla 37-letniego mężczyzny z gitarą. „Nie na hokeja ani na walkę bokserską, ale żeby zobaczyć na własne oczy jednego człowieka. Jeden człowiek wypełnił to miejsce, przyznaję z niedowierzaniem. Sam jest całą drużyną, konwencją samą w sobie” – pisał dziennikarz Chris Chase, oddając kult Presleya wyrażający się w plakatach, koszulkach i zdjęciach niesionych 7 Aleją w procesji, gdy fani na piersiach dzierżyli dewocjonalia. Dziewczyny były rozkochane, fantazjowały o romansie. Jedna rzuciła chusteczkę na scenę, a gwiazdor wytarł nią czoło i odrzucił z powrotem „swój pot, ziemskiego boga zsyłając w darze”. Na koniec koncertu Elvis stanął przed widownią i lekko ukłonił się, szeroko rozkładając ręce „gestem zwycięzcy, anioła, jakby wyrosły mu skrzydła”.

Elvis, który na mnie patrzył, natomiast wyglądał bardziej jak zombi. Fotografia przepowiadała, że piosenkarz umrze, choć będzie wiecznie żywy, powstanie z grobu, mimo że zostanie w pamięci pogrzebany. Zdjęcie nie oddaje prawdy, ale bywa prorocze i w tym przypadku najwyraźniej tak się stało. Kim jest Elvis, jeśli nie cieniem własnej persony, odbiciem zachwytu, który malował się w oczach jego fanek? Pamiętam pierwszy raz, gdy go ujrzałam – grubego, starszego pana, jak mi się wtedy wydawało. Nie rozumiałam, co widzi w nim moja mama. Dopiero gdy zobaczyłam młodą, żwawą wersję Elvisa, zrozumiałam, dlaczego budził ogień, a wyrażanie pożądania było dla fanek owocem zakazanym.

„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

Pęcznieje wierzchnia warstwa Elvisa, jakby na pozamykanym ciele zepsuł się makijaż. Jakby pod tą skorupą wciąż był kruchy, wrażliwy chłopak. Chcę wiedzieć, że kiedyś był bardziej sobą, ale film nie zajmuje się ustalaniem autentyczności swego bohatera – i nie ma takiego obowiązku. Baz Luhrmann („The Get Down”, „Wielki Gatsby”, „Moulin Rouge!”, „Romeo i Julia”) nie ma problemu z wyborem, zawsze woli maksymalizm od minimalizmu, jest wierny zdobieniom i świadomy kampowego przegięcia. Czasem tyle wystarcza, ale „Elvis” to nie „Wielki Liberace”. Pod tym pozłotkiem nie ma nic, nie słychać autentycznego głosu pod wibrato. Dlatego tak łatwo imitować Presleya – naśladować sposób śpiewu, jego look i taniec. Sztucznie obniżyć głos, bawić się basowym brzmieniem jak Krzysztof Krawczyk. Elvisa umie sparodiować każdy, kto choć raz widział nagranie jego występu, bo on sam kreował się na maskę, ogrywał własną karykaturę. Nie wiemy jednak wciąż, co w głębi czuł, czego się obawiał. Nie zmienia tego też najnowszy film Baza Luhrmanna.

„Elvis” Baza Luhrmanna: Jak na karuzeli

Wszedł na scenę dzięki temu, że był biały – dowiadujemy się w pierwszych minutach seansu. Ameryka była jednak tak rasistowska, że samo jego istnienie stanowiło zagrożenie dla segregacji rasowej. Czy miał poczucie winy, że „czarnym podszyty” zawłaszcza sobie muzykę religijnej i erotycznej ekstazy? Czarnoskórzy uważali go za swojego, co w filmie poświadcza B.B. King, opiekuńczy wobec bezbronnego kolegi. A mimo to jednak Elvis mógł się czuć źle. Stworzył sobie personę, żeby mieć się za czym ukryć. Widać to w jednej z pierwszych scen filmu, gdy roztrzęsiony z tremy ledwo wychodzi na scenę. Co zrobić, gdy czuje się paraliżujący strach przed występem publicznym? Najlepiej wymyślić sobie rolę, którą się zagra samemu przed sobą. Jeśli koncert się nie spodoba, to skrytykują tę postać, nie ciebie. A jeśli zakochają się w niej, pomyślą, że ty i ona to jedno. Tak stało się w przypadku Elvisa. Kim Presley jest w środku, poza rolą, tego twórcy nie dochodzą. Tracą okazję, bo jak sugeruje film, może on sam po prostu nie wie, kim jest, zatracony w tym, jak chce go widzieć jego agent.

Pułkownik Parker pracuje w lunaparku, zanim wpadnie na to, że Elvis będzie jego największą atrakcją. Ta estetyka przekłada się nie tylko na image piosenkarza, całego w różu, cekinach i brylantynie, ale i na samą strukturę filmu podobnego do wesołego miasteczka. Począwszy od logo studia, czołówki ze sztucznych kryształków, ornamentów z błyskotek, „Elvis” próbuje dosłownie użyć cyrkowych motywów. Kluczowa scena zawarcia paktu z diabłem toczy się nigdzie indziej, jak w gabinecie luster: wielokrotne odbicia, niemożność wyjścia przez taflę zwierciadła – trudno o większy banał. Film ma strukturę karuzeli: wydaje ci się, że lecisz, a tak naprawdę kręcisz się w kółko. Luhrmanna z Presleyem łączy zasada, że albo grubo, albo wcale, i wydawałoby się pozornie, że połączenie jednego z najbardziej kampowych mitów w popkulturze z jego wielbicielem w roli reżysera powinno dać wystrzałowy efekt. Niestety, Luhrmannowi się wydaje, że jest wirtuozem filmowego widowiska, gdy tymczasem próbuje ustrzelić pluszową zabawkę.

„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

Elvis to nie największa atrakcja lunaparku – on sam był lunaparkiem. Żeby to pokazać, film musiałby odsłonić jego prywatność: pokazać Graceland, garderobę, śpiewanie do żółwi, z czego dostajemy tylko moment wspólnego leżenia małżonków na łożu okolonym telewizorami. To, że Presley strzelał do nich z broni, zamiast je wyłączyć, reżyserowi nie mieści się w głowie. Co młody mężczyzna lubi w intymności, jaki jest prywatnie symbol seksu, nie tylko w związkach, ale gdy zostaje sam ze sobą – nie interesuje Luhrmanna. Cała para idzie w odsłanianie mechanizmu grającej zabawki show-biznesu, jakbyśmy nie widzieli sto razy, jak gwiazda pada ofiarą tych, którzy nią kierują: jakbyśmy nie uwolnili Britney Spears, nie opłakali Amy Winehouse. Idol czy idolka składani w ofierze na ołtarzu rozrywki, aby zrobić na nim czy na niej kasę, to stały motyw filmowego obrządku. Przeszliśmy te kalwarie, płaczemy nad tymi boleściami złotymi monetami. Męczeństwa celebrytów wszędzie jest pełno, więc „Elvis” nic tu nie zmieni. Dużo się mówi o drugiej stronie medalu: przemocy spowodowanej przez gwiazdy, o sektach, które tworzą, o dworach bezwolnych osób, jakie uzależniają od siebie (w ostatnich dniach to choćby oskarżany Ezra Miller z „wioską dziecięcą”).

Nie o to jednak chodzi, by Presleya z czegoś teraz rozliczać. Problem w tym, że nie ma w tej czarno-białej narracji o gwiazdach próby zajrzenia, co się dzieje w duszach tych ludzi. Tak samo łatwo tworzyć obrazy okrucieństwa prowokowanego przez sławy, jak robić z nich kozły ofiarne. A przecież nawet ofiara ofiar, czyli Marilyn Monroe (o której wyczekiwany film Andrew Dominika już czeka w kolejce na widownię), zanim weszła w tryby maszyny popularności, podobnej do tej do rozdrabniania mięsa, sama nałożyła na siebie kaftan przemocy, przechodząc kilka operacji plastycznych, jeszcze przed tym, jak zaczęła karierę w modelingu. Może Presley też wykończył sam siebie, zanim wziął się za niego Pułkownik? Okrawanie samej czy samego siebie do pożądanego kształtu, na jaki czeka publiczność, to taki sam rodzaj reżimu wymierzonego przeciwko sobie, jaki potem wykorzystują inni. W przypadku piosenkarza jest to gra na zaszczepionym w domu rodzinnym lęku o pieniądze, braku poczucia własnej wartości i zaborczości mamy, która syna musi mieć tylko dla siebie. Wypalony Elvis w pewnej chwili zaczyna mieć jako taki wgląd w siebie. – Kiedy się pogubisz, ludzie zawsze to wykorzystują – mówi, siedząc na napisie Hollywood (rozsypującym się, żeby zaznaczyć wyraźnie, w jakim stanie jest amerykańska rozrywka). Pytanie tylko, czy tym, który się pogubił, nie jest przypadkiem sam reżyser.

„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

Austin Butler w „Elvisie”: Narodziny gwiazdy

Praca kamery to znów rozglądanie się na małym terenie, aby napawać oczy detalami. Scenariusz tym razem to prosta przypowieść o dobrym chłopcu, któremu umarła mama nadużywająca alkoholu i złym panu, który go wykorzystuje, wkręconym w hazardowy nałóg. Jest tu symbol zła – laska z bałwankiem, bo show-biznes to toczenie śniegowej kuli. Jest symbol tragedii – biała tabletka podążająca do ust niewinnego chłopca, która powoli zamienia go w ludzki wrak. Jest czytanka z historii USA, bo najlepiej przy okazji wspomnieć jeszcze o zabójstwie JFK. Jest historia amerykańskiego snu, w której za każdym bohaterem stoi wspaniała w swej jedności rodzina. Jest i wstawka z komiksu z lat 50., by opowiedzieć o micie narodzin superbohatera – kryje się tu mistyczna zagadka: zmarły brat bliźniak, który z Elvisa zrobił nadczłowieka, dając mu siłę dwóch ludzi. Ponadto Luhrmann nie wierzy w siłę samej muzyki Presleya. Musi wszystko uwspółcześnić, dlatego w każdą piosenkę muszą włączyć się Migos albo Doja Cat, żeby przypodobać się młodym widzom. Ocalała jedynie scena nagrania programu bożonarodzeniowego. Jak w oryginale: napis z żarówek głosi: „Elvis”, na rusztowaniach gną się tancerze, a piosenkarz wykonuje, co mu się podoba. Gdyby Luhrmann bardziej zdał się na swego bohatera, byłby w stanie ten film uratować. A tak polega tylko na seksapilu Butlera, który ciągnie cały film jak zwierzę zaprzęgowe.

„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

Baz Luhrmann – twórca, który zjadł zęby na musicalu, reżyser tak doświadczony w produkcji hitów, że mało kto może stawać z nim w zawody – naprawdę uwierzył w to, że jest w stanie z Toma Hanksa zrobić czarny charakter? Nakładając mu na twarz poliki wieprzowe czy może wegańskie z silikonu, zrobi z niego gruboskórną osobę? Choćby nie wiem, jak się starał, Tom Hanks nie jest w stanie zagrać negatywnej postaci. Poczciwość po prostu z niego wyziera i nic nie da się na to poradzić. Nie narodził się jeszcze taki reżyser, który potrafiłby z tego aktora wyciągnąć coś okropnego. Te groźne miny dziecko doprowadzą do śmiechu. Dużo bardziej złowrogi zdaje się Presley, poddany swojej ślepej energii, nieumiejący kierować jej strumieniem.

Na zdjęciu, które wypadło z książki, Elvis zjawia się jak biała dama, wyraża nieokreślony ból, przeraża i znika.

„Elvis” / (Fot. Materiały prasowe)

 

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę