Znaleziono 0 artykułów
25.03.2020

Seks na kwarantannie

Vogue, 1969 (Fot. Franco Rubartelli, Getty Images)

W aplikacjach randkowych wciąż ruch, nawet wzmożony, ale mało kto się spotyka, bo przecież wypada rozsądnie #zostaćwdomu. Nie przeszkadza to jednak w sextingu. Erotyczne rozmowy, nagie zdjęcia i seks na odległość – zwyczaje z czasu izolacji mogą zwiastować przyszłość relacji miłosnych. 

W związku z pandemią koronawirusa życie erotyczne przeniosło się do sieci. Do tej pory tylko pokolenie Z chętniej utrzymywało wirtualne relacje, niż chodziło do łóżka. Dzisiaj niezależnie od generacji, trzeba przestawić się na seks na odległość.

Bez wątpienia w ostatnich dniach rosną także notowania seksu uprawianego solo. Na dziewczyńskich grupach na Facebooku toczą się dyskusje, jakie metody są najlepsze. Własne palce, prysznic czy ulubione seksgadżety? Te ostatnie zresztą cieszą się coraz większym zainteresowaniem, tym bardziej, że bez trudu można zamówić je z dostawą pod same drzwi. – Masturbacja to sposób na kwarantannę, bo poprawia odporność i humor – czytałam w sieci – opowiada moja koleżanka Ala. – Ale  wobec niepewnego jutra na początku zupełnie nie miałam ochoty na seks. Potrzebowałam kilku dni, żeby przestawić się na pracę zdalną, siedzenie w domu, spotykanie znajomych przez FaceTime. Po jakimś czasie odkryłam jednak, że mam więcej przestrzeni, by zrobić sobie samej przyjemność o dowolnej porze. Masturbować się, kiedy potrzebuję poczuć się lepiej. Oczywiście nic na siłę, ale z masturbacją bywa jak ze sportem – mamy słabszy dzień, podły humor i chcemy odpuścić, ale jak się przełamiemy, to potem zalewają nas hormony szczęścia. I jest o niebo lepiej.

Zapytałam bliższych i dalszych znajomych przede wszystkim o to, jak zapatrują się na przyszłość relacji w nowej sytuacji. Część z nich widzi ją w czarnych barwach, bo mają na swoim koncie próby związków na odległość (to samo miasto, ale brak czasu, dwa różne końce Polski lub świata), które oznaczały dla nich tęsknotę za dotykiem, jedynie namiastkę seksu, niewystarczająco długie rozmowy, ogólny niedosyt. – Przez jakiś rok byłem w związku z Polką, która mieszkała w Berlinie, podczas gdy ja w Krakowie – opowiada mi Damian. – Niby niedaleko, ale trudno było się spotkać. Nasza relacja opierała się głównie na codziennym kontakcie przez telefon i internet. Było w tym dużo czułości i specyficznej bliskości, ale brakowało cielesnego komponentu. Seks uprawialiśmy głównie w realu, jak już udało nam się spotkać. Związek nie przetrwał próby odległości i czasu, w którymś momencie uznaliśmy, że to dla nas za trudne.

Kadr z filmu "Kocha, lubi szanuje" (fot. East News)

Niektórzy widzą w tych zmianach szansę na przyszłość. To ci, którzy mieli już dość randkowania, propozycji seksu po dwóch pierwszych zdaniach na Tinderze czy trudnych i często bezowocnych negocjacji, by ktoś założył prezerwatywę czy poszedł na badania, a potem czekania na wyniki testów – na infekcje przenoszone drogą płciową czy ciążowych. – Niestety weekendową randkę z nowo poznaną dziewczyną z innego miasta musiałem przełożyć na przyszłość. Za to nasza rozmowa z umawiania się na spotkanie przerodziła się w opisywanie tego, czego nie udało nam się wspólnie zrobić, w sexting i wirtualny seks – zdradza Michał. – I to było dla mnie czymś nowym, ciekawym, odświeżającym. Generalnie nietypowa sytuacja z koronawirusem może sprzyjać działaniom, których nie podjęlibyśmy na co dzień. Mi na przykład łatwiej poprosić o wysyłanie nagich zdjęć, skoro nie ma szans na spotkanie na żywo.

Fot. Getty Images

Okazuje się, że odżyły też romantyczne listy, choć w elektronicznym wydaniu. – Moja dziewczyna utknęła w Australii – opowiada Marysia. – Na co dzień w naszych rozmowach telefonicznych czy przez WhatsApp dominuje temat tego, jak może wrócić do Polski i rozważania, czy nie lepiej, żeby nie wracała. Omawiamy też doniesienia z mediów na temat wirusa. Dlatego miłym zaskoczeniem było dla mnie, kiedy przysłała mi długiego e-maila o tym, jak za mną tęskni, co czuje i że teraz czuje to nawet mocniej z dystansu. Było to wzruszające i takie w starym stylu. Odpisałam jej i zaczęłyśmy korespondować w tej formie.

A inna koleżanka, pracująca na co dzień w jednej z warszawskich korporacji i wiecznie cierpiąca na brak czasu, kiedy poznała na Tinderze równie zajętego jak ona bankiera i kolejny raz przełożyła randkę, postanowiła spróbować z nim sextingu. – Na początku tylko pisaliśmy, wymienialiśmy się coraz bardziej gorącymi scenariuszami seksualnego spotkania, ale sporo było w tym też uwodzenia. Okazało się, że słowa mają bardzo dużą moc, a takie pisanie rozwija wyobraźnię, ułatwia potem komunikację czy świntuszenie w realu. Z kolei wydłużanie czasu do następnego spotkania świetnie buduje napięcie. Ciekawym elementem było też robienie sobie intymnych zdjęć czy nagrywanie filmiku w firmowej toalecie, choć przyznam, że wysłałam pierwszy materiał dopiero wtedy, kiedy on przysłał swój.

W sekskomunikacji, negocjowaniu warunków seksu czy snuciu fantazji jest duży potencjał. Na sexting składają się jednak nie tylko gorące wiadomości, lecz także nagie zdjęcia czy erotyczne filmiki. Warto pamiętać, że przed ich wysłaniem należy zapytać drugą osobę, czy ma ochotę je zobaczyć. Zastrzegajmy też, że to wrażliwe treści, które nie mogą być oglądane przez osoby postronne. Oczywiście kiedy wyślemy takie filmy czy zdjęcia, nie mamy już nad nimi kontroli i musimy liczyć na uczciwość odbiorcy czy odbiorczyni. Jednak prawo jest po naszej stronie, więc w razie wycieku, możemy zgłosić to na policję, a osoba udostępniająca poniesie karę (zgodnie z artykułem pod art. 191a Kodeksu karnego od 3 miesięcy do lat 5 pozbawienia wolności).

Fot. Getty Images

A skoro mowa o wideo, to w rozgrywającą się jedynie w wirtualnym świecie (seks)relację wszedł mój kolega Tomek. Przez Instagram poznał chłopaka mieszkającego na drugim końcu Polski. – To było ciekawe doświadczenie, pierwszy raz rozbierałem się przed kimś i świntuszyłem przez Skype’a. Uważam, że takie wirtualne kontakty wręcz wymuszają rozmowę, negocjowanie, opowiadanie o tym, co się robi, proszenie, by ta druga osoba coś zrobiła, pokazała. Jest zdecydowanie inaczej niż na żywo, ale dostarcza to sporo frajdy. Co jakiś czas umawialiśmy się więc na takie spotkania. Najpierw small talk, co u kogo się dzieje, a potem seks. Nie chcieliśmy się spotkać w realu, obaj uznaliśmy, że cały urok tej znajomości polega na tym, że wszystko odbywa się w sieci. W dodatku dla mnie było to bezpieczniejsze, bardziej higieniczne.

Wideorozmowa powinna być elementem znajomości zawieranych przez aplikacje randkowe, bo przed spotkaniem na żywo pozwala nam zweryfikować, czy nasz match jest faktycznie tym, za kogo się podaje, jak wygląda, jakie ma poglądy.

Wirtualny seks – w kraju pozbawionym rzetelnej edukacji seksualnej i z problemami z otrzymaniem recepty na antykoncepcję – jest zdecydowanie bezpieczniejszy. Łatwo go też w dowolnym momencie przerwać. Być może okaże się, że jak w końcu kwarantanna się skończy, wirtualny flirt i seks wejdą do stałego repertuaru. Pozytywną konsekwencją niecodziennej sytuacji może więc być poprawa naszego życia erotycznego – otwarcie na eksperymenty, kreatywne podejście do erotyki, poszerzenie pola zainteresowań.

Paulina Klepacz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę