Znaleziono 0 artykułów
22.09.2018

Siła vintage

Torebka Dior Saddle (Fot. Christian Vierig, Getty Images)

Co robi Jacquemus? Sięga pamięcią do garderoby swoje ukochanej mamy, przegląda zdjęcia z dzieciństwa i tworzy na ich podstawie sentymentalne kolekcje. A Maria Grazia Chiuri? Wydobywa z archiwum jeszcze do niedawna uważaną za paskudną Saddle Bag i sprawia, że torebka w kształcie siodła, cała pokryta logo Diora, staje się jednym z najbardziej pożądanych akcesoriów sezonu.

Wiele zjawisk w modzie przychodzi falami. Jak kupić więcej za mniej? Jak kupić mniej za więcej? Sieciówki rozwiązaniem na kryzys w naszym portfelu. Wielkie marki to jedyna słuszna inwestycja. Przeglądam roczniki magazynów o modzie, które zbieram nieprzerwanie od 2003 roku. Powtarzalność tych zjawisk budzi lekki uśmiech. Podobnie jak określenie „nowa kobiecość”, które próbuje się lansować chyba każdej wiosny, a czytelniczka łapie przynętę, ponieważ nie pamięta, jak było rok wcześniej. Wielki powrót kraty, wielki powrót groszków, wielki powrót brązu… Można wymieniać w nieskończoność. Jednak chyba nigdy nic nie krążyło po orbicie mody tak regularnie jak vintage.

Moda uliczna podczas tygodnia mody w Kopenhadze (Fot. Christian Vierig, Getty Images)
Butik Chosenby w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

W Polsce ta gałąź ma niezbyt pozytywną opinię, kojarzy się z używanymi ciuchami z Zachodu i zakupami na wagę. Co pewien czas temat jest wskrzeszany w mediach. Obecnie ma szansę na dłuższą bytność z kilku powodów. Nadprodukcja przestała być nieokreślonym widmem niewiadomego pochodzenia – stała się faktem. Podobnie jak wysoki stopień emisji zanieczyszczeń powstających w wyniku produkcji odzieży. Oraz tony ubrań, które co roku wyrzucamy do śmietnika, choć według badań mogłyby nam posłużyć jeszcze co najmniej przez dwadzieścia lat.

Wymyśl kolor!

Londyn, dzielnica Shoreditch, ulica Brick Lane. Choć jest dopiero dziesiąta rano w sobotę, tłum w okolicy całkiem spory. Bo może to właśnie dziś uda się upolować coś niezwykłego, co jak magiczna różdżka odmieni całą szafę. Perełki vintage wręcz wysypują się z witryn i stoisk, kusząc potencjalnych nowych właścicieli. Ręcznie zdobione skórzane kurtki z pamięcią sięgającą punkowego końca lat siedemdziesiątych, japońskie kimona przywożone z dalekich podróży dekady temu, kwieciste sukienki czasów powojennych czy nieco dyskusyjne dziś koszulki non iron – do wyboru, do koloru, tu nie ma rzeczy niemożliwych do znalezienia.

Witryny sklepów na Brick Lane (Fot. Ingrid Rasmussen, Getty Images)

Wymarzyłam sobie sukienkę w stylu lat czterdziestych z lekko bufiastymi rękawami, zapinaną na guziki, o długości lekko za kolano. Zależało mi, by nie była to marka obecna na rynku, lecz egzemplarz jedyny w swoim rodzaju. Satysfakcja ze znalezienia pierwowzoru sukienek Rouje czy Sezane zawsze jest ogromna. Udaje się za pierwszym podejściem i gdyby nie limit bagażu podręcznego, zabrałabym ze sobą do Warszawy granatową marynarską wełnianą kurtkę z wykładanym kołnierzem i przynajmniej trzy pary praktycznie nieużywanych kowbojek. A to dopiero początek. Schodzę do niepozornej piwnicy, w której mieści się kilkadziesiąt stoisk z używaną odzieżą. W niczym jednak nie przypominają tego, z czym najczęściej termin „używana odzież” kojarzy nam się w Polsce. To mogłaby być taka gra: wymyśl kolor, fason i dekadę, a ja w pięć minut ci to znajdę. Londyn już od lat jest rajem dla poszukiwaczy skarbów vintage, ale dopiero teraz ma szansę być naprawdę doceniony pod tym względem. Dlaczego? Bo wreszcie zaczęliśmy zadawać niewygodne pytania o produkcję ubrań, ich liczbę i sens tych działań. Kto podejmuje decyzję, by choć trochę świat od szybkiej mody uwolnić, automatycznie wpada na to jakże proste rozwiązanie.

Z pierwszych stron, z drugiej ręki

Street style podczas tygodnia mody w Sztokholmie (Fot. Christian Vierig, Getty Images)

Potrzeba nieco więcej cierpliwości i nieco więcej wyobraźni. Gdy w 2016 roku japoński „Vogue” poświęcił cały marcowy numer tematyce vintage, wydawał mi się raczej ciekawostką niż zwiastunem zmian. Autorzy stylizacji mocno korzystali ze świeżej jeszcze wówczas wizji Alexandro Michelle’a dla Gucci, wybierając elementy najbardziej przypominające te z szaf babć i łącząc je z autentycznymi ubraniami z second-handów. Kolejne inspiracje podzielone zostały na dekady, z obowiązkowym obrazkowym kontekstem. Okładki kultowych płyt, sceny z kultowych filmów, najważniejsze stylizacje ówczesnych gwiazd, kolory, kształty, a nawet wydarzenia historyczne. Mniej więcej w tym samym momencie w Europie bardzo popularny stał się serwis internetowy Vestiaire Collective. W prosty sposób można za jego pośrednictwem odnaleźć najróżniejsze ubrania i dodatki mniej lub bardziej znanych marek i projektantów za zdecydowanie atrakcyjniejszą niż w sklepach cenę.

Torebka Dior Saddle (fot. Getty Images)

Kilka ulic od Brick Lane, na Old Spitalfields Market wchodzę do kolejnego, wydawałoby się, second-handu. Ale gdy przyglądam się bliżej, okazuje się, że to zwyczajny butik z całkiem nowymi rzeczami. Trochę marek francuskich, trochę duńskich… To Mercantile London, miejsce dobrze znane wielbicielkom skandynawskiego stylu. Słyszałam o nim, lecz nie przypuszczałam, że tak świetnie udaje butik vintage. Zagaduję dziewczynę za kasą. Tak, właśnie o to chodzi, to bardzo popularny obecnie styl. Dużo przemieszanych marek, kontrolowany chaos i przyjazna atmosfera. Nawet, jeśli ceny wymagają ostrożniejszego postępowania z asortymentem. Podobnie jest w butiku marki obuwniczej Miista. Zamiast parkietu – goły beton. Nowoczesne i odważne buty stoją na podłodze, na naprędce zaaranżowanej półce pośrodku lub na parapetach dużych okien. Coraz częściej butiki pojawiają się i znikają, stawiając przede wszystkim na obecność w internecie. Zamiast wynajmować i specjalnie aranżować jedno miejsce, do którego trafią raczej lokalni mieszkańcy, ich właściciele otwierają się na świat w sposób wirtualny. Bywa, że znane sklepy na moment tworzą specjalne miejsca z ubraniami, które zalegają w magazynach. Swoje archiwa otworzył w Berlinie twórca kultowego concept store’u, Andreas Murkudis. Z kolei w Kopenhadze na początku tego roku pojawił się outlet Ganni. Piszę „outlet”, ale należy zapomnieć o wszystkim, co do tej pory się z tym słowem kojarzyło. Nawet w oszczędnych wnętrzach towar jest zaprezentowany tak, by nie onieśmielać klientów. Bez względu na to, czy z półki zerka żakardowa suknia Driesa van Notena, czy wełniana czapka duńskiej marki.

Kenzo za pięć dych

W kwestii rzeczywistej „drugiej ręki” także w Polsce robi się odważniej. Powstają nowe miejsca, komisy, butiki, dalekie od stereotypowych wizji z wagą w centralnym punkcie. Karolina Bartczak, właścicielka butiku Chosen by zlokalizowanego na ulicy Mokotowskiej w Warszawie, przyznaje, że wciąż najlepiej sprzedają się torebki. Gdy z nią rozmawiam, nie mogę oderwać wzroku od okrągłego modelu Chloe ze złotą rączką. Cena o kilka tysięcy niższa niż na półce, stan prawie idealny. Podejrzewam, że zanim się zdecyduję, jej już nie będzie. Bo rotacja rzeczy jest spora. Pośród wieszaków znajduję żakiet Ralpha Laurena za niecałe czterysta złotych i jedwabną bluzkę Miu Miu za dwieście pięćdziesiąt. Czyli ceny jak z sieciówki. Jest też trochę polskich projektantów: Gosia Baczyńska, MMC, Magda Butrym… Choć zjawisko wcale nie jest nowe, klientki wciąż muszą się najpierw oswoić z nową metodą zakupów. Nie ma pełnej rozmiarówki, decyzję trzeba podejmować szybko. Za to jest adrenalina i satysfakcja z udanego polowania. A ponieważ często dostępne są rzeczy sprzed paru sezonów, takie miejsca jak Chosen by czy Vestiaire Collective okazują się rajem dla kolekcjonerów lub tych, którzy się zagapili i nie zdołali kupić danego projektu, gdy był ogólnie dostępny.

Moda na Brick Lane w Londynie (Fot. Doug McKinlay, Getty Images)

Zauroczona wszechobecną kratką, tą w stylu modsów u Miu Miu czy romantyczną u Rejiny Piyo, poszukiwania rozpoczynam wcale nie od Zary, lecz od platformy Vinted. Wymyśliła ją Litwinka, Milda Mitkutė, która wyjeżdżając z kraju na dłużej chciała się w rozsądny sposób pozbyć większości ubrań. Znajomy informatyk stworzył dla niej stronę, na której mogła wystawić wszystkie rzeczy dla grona znajomych. Grono się rozrosło, a strona zadziałała tak dobrze, że w końcu zamieniła w świetnie prosperującą aplikację z wersjami na kilka innych krajów (m.in. Polskę, Francję i Brazylię). Zasady są proste, obsługa również. Kratka przyszła pocztą w kilku wersjach, nie droższych niż czterdzieści złotych, za to w jakości nie do zdarcia. Znalazłam cztery rzeczy wyprodukowane w Danii, nieodżałowanych marek Jackpot i Cottonfield. Sądząc po metkach, muszą mieć co najmniej po dwadzieścia lat, ale śladów czasu nie widać wcale. Przy okazji łapię wełniany żakiet Kenzo za pół stówy, wyprodukowany we Francji. Gdy otwieram przesyłkę, okazuje się idealny, jakby ktoś mi go dopasowywał. Z jednej strony to abstrakcyjne, ale z drugiej dzięki tym zakupom mam wrażenie, że zrobiłam coś dobrego nie tylko dla siebie, ale dla zarzuconego byle jaką odzieżą świata.

Niepokonana Carrie Bradshaw

Kostiumografka Patricia Field (Fot. Arnaldo Magnani, Getty Images)

Na czym polegał fenomen kostiumów autorstwa Patricii Field w „Seksie w wielkim mieście”? Choć parę miesięcy temu minęło dwadzieścia lat od premierowego odcinka serialu, stroje bohaterek co i rusz są przywoływane, okazując się ponadczasową inspiracją. Kostiumografka nie ustawała w poszukiwaniach po nowojorskich (i nie tylko) sklepach vintage. Najważniejsze elementy stroju Carrie Bradshaw (tiulowa spódniczka, którą oglądamy w czołówce czy ogromne futro, w którym pojawia się nawet w fabularnej odsłonie serii) nie mają metki. Zostały upolowane w sposób, który nagle znów stał się modny.

Kadr z serialu Seks w wielkim mieście (Fot. Mitchell Gerber/Corbis, Getty Images)

Co robi Jacquemus? Sięga pamięcią do garderoby swoje ukochanej mamy, przegląda zdjęcia z dzieciństwa i tworzy na ich podstawie sentymentalne kolekcje. A Maria Grazia Chiuri? Wydobywa z archiwum jeszcze do niedawna uważaną za paskudną Saddle Bag i sprawia, że torebka w kształcie siodła, cała pokryta logo Diora, staje się jednym z najbardziej pożądanych akcesoriów sezonu. Można ją oczywiście kupić w tegorocznej wersji, ale największym szpanem jest posiadanie pierwowzoru sprzed kilkunastu lat. Im bardziej obciachowy, tym lepiej.

Widzisz nowe, kupujesz stare

Mam wrażenie, że siła vintage w 2018 roku polega przede wszystkim na pozytywnym poruszaniu ludzkiego sumienia. Nie musimy rezygnować z wielkich zakupów, ale możemy je zrobić rozsądniej. Trochę bardziej się wysilić, raczej zainspirować niż klikać w gotowe rozwiązania. Moda wciąż przynosi złudzenie oryginalności, ale chyba w żadnej poprzedniej dekadzie nie trzeba się było aż tak napracować, by rzeczoną oryginalność osiągnąć. Nie ułatwiają tego wszechobecne media społecznościowe i naciski na dany trend, dany typ urody czy styl życia. Jednak rzeczy vintage potrafią zwrócić na siebie uwagę znacznie bardziej niż najmodniejszy fason płaszcza dostępny w systemie „see now buy now”. Niepowtarzalność rozbudza emocje, a ich w temacie mody nigdy za wiele.

Harel
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę