Znaleziono 0 artykułów
04.10.2021

Susan Sarandon: Pora wymyślić nasz świat na nowo

04.10.2021
Susan Sarandon (Fot. Getty Images)

Siedemdziesiąt pięć lat? Niemożliwe! Susan Sarandon to jedna aktorek, które wydają się wiecznie młode – nie tylko ze względu na doskonałą formę, lecz także niespożytą energię. Zagrała ponad 150 ról, angażuje się w akcje społeczne, charytatywne. Można odnieść wrażenie, że zawsze ma w kieszeni transparent, który tylko czeka, by go rozwinąć i protestować.

„Rocky Horror Picture Show”, „Bull Durham”, „Thelma i Louise”, „Małe kobietki”, „Wszędobylska mamuśka”, „Konflikt: Bette i Joan” – to tylko kilka z ponad 150 obrazów, w jakich zagrała. Za rolę w „Dead Man Walking: Przed egzekucją” odebrała Oscara. Walczyła o prawa chorych na AIDS, zabiegała o równouprawnienie, krytykowała polityczne decyzje liderów.

Jest realistką, ale nawet w ciemności potrafi dostrzec światło. Rozmawiamy na początku września, dzień po tym, jak Nowy Jork nawiedził huragan Ida. Jego następstwem były ulewy i tornada. – Mamy ogromne szczęście, że nie odcięło nam elektryczności. Właśnie zapada zmrok i, jak to po burzy, niebo jest dziś przepiękne – wita mnie artystka.

Łączę się z nią z Wenecji, która na początku września przemienia się w centrum filmowego świata. Aktorka nie mogła przybyć na 78. Międzynarodowy Festiwal Filmowy, ale pojawiła się tam wirtualnie, jako jedna z gościń wydarzenia Life Through a Different Lens, organizowanego przez Mastercard. Opowiadała o tym, jak ostatni rok wpłynął na jej życie i jak kino potrafi pomagać w patrzeniu na świat z innej perspektywy.

Kiedy podczas festiwalu w Cannes miałam okazję rozmawiać z Helen Mirren i Andie McDowell, mówiły, że pandemię postrzegają jako wydarzenie poniekąd wyzwalające. Że dzięki niemu mogły trochę odpuścić, przestać przejmować się tym, że ktoś wciąż je obserwuje. W jaki sposób pani doświadczała tego czasu?

W Nowym Jorku jestem raczej anonimowa. Tu się żyje między innymi po to, żeby być z dala od kultury celebrytyzmu. Zatem na co dzień nie muszę się ukrywać, nikogo udawać. Choć i tak zdarzyło mi się, że spacerowałyśmy z Jessicą Lange, a paparazzi śledzili nas przez ponad godzinę. To musiał być wyjątkowo nudny dla nich dzień – żadnych otwarć czy imprez. Byli, biedacy, zdesperowani! A noszenie maski w pandemii wydawało mi się poniekąd zabawne, bo mimo że wszyscy byli pozasłaniani, jakimś cudem przechodnie i tak mnie rozpoznawali – w masce, okularach i kapeluszu!

Z mojej perspektywy pandemia najsilniej wpłynęła na moje postrzeganie czasu. Zmieniał się on bez wyraźnej struktury. Nie wiedziałam, kiedy następnym razem zobaczę moich bliskich. Logistyka spotkań w czasach przed szczepionką, gdy obie strony czekały na wynik testu, żeby się umówić – to było wyczerpujące, także psychicznie. Dopóki się nie zaszczepiłam, dzieci drżały o moje bezpieczeństwo, co uświadomiło mi, że oficjalnie jestem, ze względu na wiek, w grupie ryzyka. Straciłam kontrolę. I musiałam to zaakceptować, nie miałam innego wyjścia.

(Fot. Getty Images)

Świat naprawdę stanął na głowie. Choć i wcześniej nie wszystko funkcjonowało, jak powinno.

Biorąc pod uwagę zmiany klimatyczne, musimy zaakceptować, że nie będziemy mogli na przykład planować życia, biorąc pod uwagę regularność następujących po sobie pór roku. Nie będziemy mogli polegać na rozwoju biznesu według schematów, które dotąd brane były za pewnik. Zalecenia będą się zmieniać tak dynamicznie, że jednego dnia dzieci będą brały plecaki i szły do szkoły, drugiego każe im się zostać w domu. Jakiś rodzaj zagrożenia ze strony środowiska pozostanie z nami na zawsze. Musimy się nauczyć żyć ze świadomością, że pandemia może znowu się wydarzyć. Pytanie brzmi: jakie pozytywne wnioski wyciągniemy z tych pęknięć rzeczywistości, jakie obnażyła pandemia? Bardzo chciałabym, by ludzie zrozumieli: dopóki cały świat nie zacznie sprawnie współpracować, nie opanujemy tego. Dopóki liderzy nie patrzą dalej niż na czubek własnego nosa, swój zysk, to się nie zatrzyma. Mam nadzieję, że odrobimy tę pracę domową. I przy okazji skorzystamy z tego, jak wyraźnie mogliśmy przez pandemię dostrzec skalę kryzysu klimatycznego i to, jak się do niego przyczyniamy.

Jesteśmy w punkcie krytycznym, pora sobie wymyślić nasz świat na nowo. Po tym, jak na Hiroszimę spadła bomba atomowa, pierwszą rzeczą, która samoistnie wyrosła na zniszczonym terenie był grzyb [opieńka matsutake, niehodowlana, postrzegana jako Świety Graal grzybiarzy, dziś dawana często jako prezent – red.]. Jestem optymistką. Czekam na to, co będzie tym naszym „grzybem”.

Była pani aktywistką w czasach, gdy od gwiazd tego nie oczekiwano. Skąd wzięła się ta potrzeba?

Sama nie jestem pewna. Nie pochodzę z rodziny z takimi tradycjami, do tego moja mama jest zagorzałą republikanką, która nigdy nie rozumiała, ani nie akceptowała tego, co robię. Ale już jako dziewczynka, przekonana, że lalki w nocy ożywają, co wieczór je przebierałam, żeby każda miała szansę założyć choć raz tę sukienkę, którą uważałam za najlepszą. Już wtedy kategoria sprawiedliwości była dla mnie jakoś ważna. Z podobnych powodów zdecydowałam się na wychowywanie dzieci w mieście. Nie chciałam, żeby żyły w Los Angeles za wielką bramą wraz z innymi uprzywilejowanymi dzieciakami. Zależało mi, żeby funkcjonowały w zróżnicowanym otoczeniu, mijały na ulicy zwyczajnych ludzi, widziały różne rodzaje rodzin, słyszały różne języki. Żeby miały świadomość tego, jak bardzo są uprzywilejowane. Wykształcenie empatii jest według mnie kluczowe, jeśli chce się wychować dobrego człowieka. Empatia płynie z wyobraźni, a z empatii, mam nadzieję, naturalnie wyrasta aktywizm. Naszemu światu zdecydowanie brakuje dziś współczucia i empatii, wystarczy przyjrzeć się, jak postępują ludzie władzy.

Jednak od przekazywania dobrych wzorców dzieciom do bycia aktywistką jest długa droga.

Myślę, że w jakimś momencie dotarło do mnie, że mam możliwość dotarcia do dużej grupy ludzi. Jako ktoś w nieustającej relacji z mediami, mogę skutecznie przekazać informację, na podstawie której ludzie zdecydują, jak chcą postępować. Na przykład na początku kryzysu uchodźczego trafiłam na Lesbos. Bez żadnej grupy, delegacji – sama. W Stanach Zjednoczonych media kreowały obraz tych ludzi jako terrorystów. Rozmawiałam z nimi, pytałam, skąd przybyli, dlaczego uciekli i jakie mają marzenia. Uwieczniłam to na fotografiach. Poinformowałam o tym m.in. poranny telewizyjny show, ponieważ uważałam, że ci ludzie potrzebują zmiany wizerunku, bo są postrzegani przez fałszywy pryzmat, a to nie jest w porządku. Według mnie będąc w branży rozrywkowej mamy możliwości, których nie mają inni. Traktuję to jako odpowiedzialność, którą mogę i chcę przyjąć.

(Fot. Getty Images)

Filmy też mogą być platformą do aktywizmu. Tak postrzega się m.in. „Dead Man Walking: Przed egzekucją”.  

Siostra Helen Prejean napisała wspaniały, ważny reportaż. My tylko pokazaliśmy tę historię światu w filmie. Są wśród nas ludzie, którzy mają ustaloną raz na zawsze opinię na temat kary śmierci, tak samo jak inni na temat aborcji. Ale nikt nie wie, czym ta kara tak naprawdę jest, z czym się wiąże. Sukces filmu umożliwił wielu osobom zrozumienie tego w całej złożoności, dostrzeżenie w tej sprawie aspektu ludzkiego i podjęcie decyzji na podstawie informacji, a nie „dlatego, bo tak”, albo: „bo każdy ma prawo do opinii”.

Na protestach w Polsce wielokrotnie widziałam dziewczyny z transparentem „nie wierzę, że wciąż muszę przeciwko temu protestować”. Ma pani wciąż nadzieję, że możliwe są zmiany, o jakie wciąż od nowa walczą m.in. kobiety w Polsce czy w niektórych miejscach USA?  

Jako aktywistka doskonale wiem, że żadna zmiana nie wydarza się podczas jednej nocy. Obecnie problemem jest to, że tempo zmian zwolniło bezprecedensowo. Co w przypadku klimatu oznacza, że powinniśmy się już uczyć, jak żyć w zdegradowanym świecie. Według mnie protesty i demonstracje mają zawsze sens. Poza tym zmiana nigdy nie idzie z góry. Tym bardziej w czasach, gdy dojście do jakiegoś stanowiska oznacza zdobycie naprawdę wielkiej władzy – ludzie w takiej sytuacji nie będą ryzykowali jej utraty. Dlatego zmiana przychodzi od dołu, od tych spoza systemu.

Sama jestem poza systemem – ani demokratka, ani republikanka, choć patriotka. Nie wierzę w szczerość partyjnych działaczy. Wspieram oddolne ruchy, których celem jest wzmacnianie społeczności. Myślę, że świadome budowanie wspólnoty powinno być naszą ogromną siłą w nadchodzących czasach. Bo to, co dotąd było uznawane za normę, na pewno nie służyło większości, ciężko pracującym ludziom, zasługującym na bezpieczeństwo i dobrą przyszłość. Służyło elitom.

Wspomniała pani, że pandemia może przypomnieć, ile ma się lat. Jak się pani czuje jako 75-latka?

Na pewno nie boję się tych urodzin. Bałabym się, gdyby one nie nadeszły, ha, ha! Nieustannie myślę o śmierci, ale zawsze tak było, bez względu na mój wiek. Jem obiad z dziećmi i myślę o umieraniu. Przestaję tylko zajmować się tym tematem, kiedy akurat mam jakiś przyjemny romans. Ale z kolei zaraz mam się ochotę zabić z powodu jakiejś historii miłosnej. Staram się mieć w swoim sercu i życiu dużo miłości. W tych trudnych czasach nie jest to zawsze łatwe, ale się staram.

Romans po śmierci – to mógłby być wstęp do sequelu „Rocky Horror Picture Show”!

Albo kontynuacji „Thelmy i Louise”. Tyle było fanowskich pomysłów na sequel. Lesbijski romans w niebie? To by było coś!

Kiedy patrzy pani na wszystko, co ją dotąd w życiu spotkało, co pani sobie myśli?

Że miałam ogromne szczęście. Co to za niesamowity fart – móc grać w filmach i w ten sposób zarabiać! Szczególnie, gdy nie skończyło się żadnych studiów w tym kierunku, tak jak ja. Najwspanialszym aspektem grania jest współpraca. Uwielbiam to, że przy każdym filmie buduje się małą rodzinę. Uwielbiam spotkania z innymi aktorami, które wyzwalają we mnie coś nowego i niespodziewanego. Uwielbiam odnajdywanie wspólnych spraw, problemów z ludźmi, jacy wcześniej wydawali się nam obcy. To takie przymusowe ćwiczenie z wywoływania empatii. Znajomi żartują, że miewam jej zbyt dużo.

Jestem jedną z tych, którzy zamawiają Ubera, a potem patrzą na aplikacji, jak kierowca po raz setny źle skręca, i zamiast anulować przejazd w myślach mówią do niego „no dalej, dasz radę!”. Zamiast przyznać, że coś nie działa i przejść do następnego wyzwania, zawsze chcę widzieć szansę. Dlatego zdarzało mi się w rozmaitych sytuacjach trwać zbyt długo. Jeśli czegoś żałuję, to że nie popełniłam największych życiowych błędów szybciej!

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę