Znaleziono 0 artykułów
23.03.2019

„To my”: This is America

23.03.2019
Elisabeth Moss, Jordan Peele i Lupita Nyong'o na planie filmu (Fot. materiały prasowe)

Adelaide, Gabe i dwójka ich dzieciaków tworzą z pozoru idealną rodzinę. Ale ich weekendowy wypad zamienia się w koszmar, gdy na progu pojawiają się oni – ich przerażające sobowtóry. Jordan Peele, reżyser „Uciekaj!”, znów umiejętnie igra z konwencją horroru, a widzowi tchu zbraknie, gdy zrozumie, jak blisko temu portretowi w krzywym zwierciadle do jego własnej rzeczywistości.

„Ty sam jesteś swoim największym wrogiem!”, „Pokonaj swoje demony!”, „Przekrocz swoje ograniczenia” – podobne hasła często atakują nas z okładek kolorowych pisemek czy kanałów kołczów. Dawno jednak nie zapowiadały tak przerażającej podróży jak w horrorze „To my”. Jego twórca już w wielokrotnie nagradzanym „Uciekaj!” pokazał, jak oryginalny, inteligentny i odważny film może stworzyć świadomy reżyser, umiejętnie żonglujący popularnymi gatunkami. Teraz Jordan Peele znowu miesza i skleja, jeszcze odważniej i dojrzalej niż poprzednio. Skóra cierpnie, włosy stają dęba, obniża się głos, a odbicie w lustrze zaczyna wyglądać bardzo podejrzanie. Afroamerykanin szlifował filmowe umiejętności na komediowym gruncie, długo znany był jako współtwórca komediowego show „Key & Peele”. Nie dziwi więc, że seans uatrakcyjnia solidna szczypta czarnego humoru. Dodatkową rozrywkę zapewnia multum popkulturowych odniesień. Koszulka z „Thrillera” Michaela Jacksona, którą nosi główna bohaterka – niegdyś obiekt pożądania i symbol spełnionych marzeń – dziś wydaje się idealnym gadżetem w horrorze.

Kadr z filmu "To my" (Fot. materiały prasowe)
Lupita Nyong'o (Fot. materiały prasowe)

Wilsonowie to model dwa plus dwa: mama, tata, córka, syn. Gabe (Winston Duke) chętnie pozuje na samca alfa, ale od razu widać, że tym wyrośniętym chłopcem – i całą rodziną – rządzi Adelaide. Fenomenalna w tej roli Lupita Nyong’o może być jedną z faworytek przyszłorocznego oscarowego wyścigu (i zadośćuczynić horrorowym boginiom za pominięcie Toni Collette w „Dziedzictwie”). W weekend w domku letniskowym na obrzeżach Santa Cruz Wilsonowie mają odpocząć od miejskiego pędu, odłożyć telefony, pobyć razem. Jednak, zgodnie z widzowską intuicją, nic nie potoczy się zgodnie z planem. O tym, że z sielankową posiadłością wiąże się mroczna tajemnica, dowiadujemy się jeszcze we wprowadzeniu. Trzydzieści lat wcześniej mała Adelaide przeżyła przerażający wypadek. Dorosła wciąż nosi w sobie ułamki tamtych emocji. Cała otwierająca sekwencja to dowód na sprawność Peele’a w żonglowaniu popkulturowymi aluzjami. Jason (Evan Alex) nosi koszulkę z nadrukiem plakatu „Szczęk”, a najazd na meandrujący pośród drzew samochód nasuwa skojarzenie z „Lśnieniem” Stanleya Kubricka. Z czasem kolekcja tytułów, do których nawiązuje Peele, tylko rośnie.

Kadr z filmu "To my" (Fot. materiały prasowe)

Gdy na spowitym ciemnościami progu domku Wilsonów pojawiają się nieproszeni goście, Gabe rzuca żart o „Kevinie samym w domu”, Adelaide sztywnieje ze strachu, a widz myśli sobie: „Ha! Wszystko jasne!”. „To my” na pierwszy rzut oka jest klasycznym home invasion movie. Jednak znana z „Azylu”, „Najścia” czy „Funny Games” historia, w której mirowi domowemu zagrażają przerażający intruzi, to tylko jedna z płaszczyzn, na których można czytać film Peele’a. Agresorzy to bowiem sobowtóry Wilsonów. Ich zdeformowane, poranione, zezwierzęcone wersje. Czy są prawdziwi? Skąd się wzięli? I najważniejsze: czego chcą? „Kim jesteście?” – pyta Adelaide swojego odbicia. „Jesteśmy Amerykanami” – odpowiada Ruby. Ona i jej rodzina przez lata doświadczali wykluczenia, opresji ekonomicznej, nie mieli dostępu do podstawowych dóbr i praw. Teraz uciekli z getta, gotowi do walki o swoje, mając w poważaniu wszystkie zasady, którymi regulowane są działania współczesnego społeczeństwa. Ich znajomość nie powstrzymała bowiem oprawców przed pastwieniem się nad swoimi ofiarami. Przyszła pora na odwet. Tu każdy marzy o życiu innym niż jego własne. Intruzi chcą żyć jak rodzina Adelaide, Gabe zazdrości bogatemu koledze, bufonowi Joshowi (Tim Heidecker), mężowi niecierpiącej go upudrowanej alkoholiczki Kitty (cudowna Elisabeth Moss) i ojcu odpychających bliźniaczek. „To my” zestawia ze sobą nie tylko klasy, ale i czasy. Ameryka końca lat osiemdziesiątych, czas rządów Ronalda Reagana, triumfu kultury popularnej i głębokiego kryzysu społecznego. Okres definiowany przez lęk przed nieznanym, czyli AIDS. Rewersem tej epoki są współczesne Stany, zagonek Donalda Trumpa, znowu coraz grubszą linią dzielący „nas” i „was”. Tylko kto decyduje, do której grupy się należy?

Kadr z filmu "To my" (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu "To my" (Fot. materiały prasowe)

Jakość rozrywki poprawiają jeszcze relacje pełnokrwistych (sic!) postaci. Szczególnie cieszy dynamika relacji między płciami. Zarówno małżeństwo Adelaide i Gabe’a, jak i związek ich znajomych to satyra na małżeńskie stereotypy. Wiele scen, słów i gestów prowokuje u widzów pełne zrozumienia kiwnięcie głową. I lekko nerwowy śmiech. Odczucia oglądającego budują tu rytm, dźwięk, cień. Film dość dosłownie pokazuje wszystko, o czym opowiada, niewiele pozostawiając wyobraźni. Ale tę decyzję precyzyjny do bólu Peele wprowadza w życie mistrzowsko. Zadanie aktorskie Nyong’o, Duke’a i spółki obejmuje nie tylko dialogi, ale także odtworzenie sugestywnej choreografii. Zmysłowego dzieła dopełnia muzyka stałego współpracownika Peele’a, Michaela Abelsa, która niesie obraz pulsującym rytmem. Idealnie dobrane piosenki nadają scenom niespodziewany kontekst, nakładając ironiczny filtr. Jedno jest pewne: po tym seansie “I Got 5 On It” Luniz i „Good Vibrations” Beach Boysów już nigdy nie zabrzmią tak jak wcześniej. Przez cały seans w myślach powracałam też do klipu Childisha Gambino „This is America”. Choć samego utworu w filmie nie ma, jego duch jest tu bezdyskusyjnie obecny.

Lupita Nyong'o i Jordan Peele na planie filmu (Fot. Fshoq! Blog Podróżniczy / materiały prasowe)

„Uciekaj!” zawijało w popkulturowy papierek traumę niewolnictwa i segregacji rasowej. Odkrywało hipokryzję pozornej otwartości, wskazując palcem na społeczne rozwarstwienie i brak równości, zarówno ras, jak i klas. Rozważnie romansujące z kinem klasy B „To my” sięga jeszcze głębiej. Najstraszniejsze w tym krwawym koszmarze nie są wcale kolejne śmierci, choć trup ściele się gęsto. Tchu braknie, gdy dociera do nas, jak blisko temu portretowi w krzywym zwierciadle do rzeczywistości. Peele stawia wiele trudnych pytań. Co czyni człowieka człowiekiem? I czy jeśli człowieczeństwa można się nauczyć, czy można je też zatracić? Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. „To my”: This is America
Proszę czekać..
Zamknij