Znaleziono 0 artykułów
12.09.2019

To nie jest młodzieńczy bunt

Maria Iwaszko i Natalia Curyło (Fot. Luka Łukasiak)

– Każdy ma swoją ścieżkę do sukcesu. Gdy podążamy śladami innych, wcale nie mamy gwarancji, że nam się uda. Dlatego szukamy własnej drogi – mówią Natalia Curyło i Maria Iwaszko, które zaraz po skończeniu liceum, zamiast iść na studia, otworzyły Ben Bagel – warszawski lokal z nowojorskimi bajglami. Przyjaciółki i wspólniczki opowiadają nam o tym, dlaczego warto ryzykować.

Skąd pomysł, żeby otworzyć lokal?

Maria Iwaszko: Znamy się z Natalią od przedszkola, razem dorastałyśmy. Chodziłyśmy do jednej podstawówki, a potem do liceum, w którym wzięłyśmy udział w programie „Zwolnieni z teorii”. Celem naszego projektu było przełamanie tabu i wykluczenia dotykającego osób z zaburzeniami psychicznymi. 

Natalia Curyło: To był nasz pierwszy poważny projekt. Wiele nas nauczył. Dowiedziałyśmy się, jak pozyskać fundusze, zdobyć patronów akcji. Chciałyśmy wykorzystać tę wiedzę. I wtedy właśnie wpadłyśmy na pomysł, żeby otworzyć swój lokal. 

Dlaczego akurat bajgle?

Natalia: Często słyszałyśmy od znajomych, że w Warszawie brakuje miejsca z nowojorskimi bajglami z prawdziwego zdarzenia. Postanowiłyśmy wypełnić tę lukę.

Maria: Chciałyśmy stworzyć alternatywę dla dobrze wszystkim znanych burgerów. Bajgle często kojarzą się ze zwykłą kanapką, ale staramy się przekonać warszawiaków, że to pełnowartościowy posiłek, wypchany po brzegi dodatkami. W menu znajdziemy zarówno klasykę śniadaniową, jak i propozycje na lunch. Naszym ostatnim hitem była pizza bajgiel

Byłyście w Nowym Jorku?

Natalia: Jeszcze nie, ale chcemy się tam wybrać po garść inspiracji. Próbowałam jednak bajgli z Los Angeles – to na nich się potem wzorowałyśmy. Zależało nam na odtworzeniu smaku i konsystencji samej bułki. Po wielu próbach w końcu znalazłyśmy niedużą, lokalną piekarnię, która podjęła się tego zadania.

Maria Iwaszko (Fot. Luka Łukasiak)

Ile trwały przygotowania do otwarcia lokalu?

Maria: Kilka miesięcy. Zaczęłyśmy od pozyskania środków na nasz pomysł. Mając już pewne doświadczenie, wiedziałyśmy, że istnieje wiele dofinansowań i programów wspierających inicjatywy młodych ludzi. Skorzystałyśmy z jednego z nich. 

Natalia: Potem zajęłyśmy się szukaniem lokalu. Szczęśliwym trafem już pierwszego dnia znalazłyśmy ten przy ul. Mokotowskiej, dokładnie w połowie drogi między pl. Zbawiciela a stacją metra Politechnika. Wydał się nam idealny, bo wokół mieszczą się biura i szkoły. 

Maria: Kolejnym etapem był remont. Od początku miałyśmy jasną wizję tego miejsca. Chciałyśmy zrobić amerykański lokal w filmowym stylu, ale nie kiczowaty. Potrzebowałyśmy kogoś, kto spojrzy na nasze pomysły profesjonalnym okiem. 

Natalia: Pracowałyśmy z dwiema firmami, ale szybko zakończyłyśmy współpracę, bo to my podsuwałyśmy im więcej pomysłów niż oni nam. Remont się przedłużał, czasu było coraz mniej, a każdy dzień zwłoki oznaczał dla nas duże koszty. Dlatego postanowiłyśmy zaprojektować lokal same.

Maria: Wieczór przed otwarciem był jednym z najtrudniejszych momentów w naszym życiu. Na kilka godzin przed otwarciem na środku lokalu stało jeszcze rusztowanie, meble czekały w kartonach na złożenie, a cały lokal zawalony był narzędziami i pokryty remontowym pyłem. 

Natalia: Nasi znajomi przyszli nam pomóc. Oni skręcali meble, a my działałyśmy na kuchni. Panował absolutny chaos, nic nie wychodziło tak, jak powinno. Bajgle nie smakowały jak trzeba, a przygotowania się przeciągały. Byłyśmy kłębkiem nerwów.

Maria Iwaszko i Natalia Curyło (Fot. Luka Łukasiak)

Jak wyglądało samo otwarcie?

Maria: Zaczęło się nerwowo. Na otwarciu miał zagrać nasz kolega, ale mieliśmy problemy techniczne, więc przez pierwszą godzinę panowała cisza. Przychodzili pierwsi goście, a my ze stresu myliłyśmy kolejność zamówień. 

Natalia: Na szczęście szybko udało nam się nad wszystkim zapanować. Otwarcie było dla nas dużym sukcesem, przyszło wielu gości, którzy chwalili smak bajgli i wnętrze

Zdecydowałyście się na biznes zaraz po maturze. Co na to rodzice?

Natalia: Rodzice nalegali, żebyśmy poszły na studia zaraz po liceum. Ich zdaniem miały nas przygotować do życia, ale my się z tym nie zgadzałyśmy. Chciałyśmy znaleźć swoją drogę. 

Maria: Jestem jeszcze w stanie zrozumieć rodziców, bo dorastali w zupełnie innych realiach niż my. Ale nie rozumiem, dlaczego tak wielu młodych ludzi nie widzi innej drogi niż szkoła-studia-praca-dom. Niektórzy nasi rówieśnicy, kiedy się dowiedzieli, że nie idziemy na studia, mówili nawet, że zmarnujemy sobie życie. A przecież jest tyle możliwości! Najważniejsze to robić to, co się kocha, i szanować wybory innych, nawet te zupełnie odmienne od naszych. 

Jak się odnajdujecie jako dziewczyny w biznesie?

Natalia: Robimy swoje. Płeć i wiek nie są dla nas wyznacznikiem możliwości. Ale nie wszyscy tak uważają. Początki były trudne, spotkałyśmy się z wieloma nieprzyjemnymi komentarzami – w czasie remontów i od naszych architektów. Lubili dawać nam do zrozumienia, że wszystko wiedzą lepiej. Po części ze względu na nasz wiek, ale też dlatego, że jesteśmy dziewczynami.

Maria: Z drugiej strony, gdy udzieliłyśmy pierwszego wywiadu, w komentarzach pod artykułem jedni pisali: „I co z tego, że są dziewczynami”, a inni nie chceli uwierzyć, że dwie nastolatki mogły zrobić to wszystko same. Staramy się nie przejmować negatywnymi komentarzami. Chcemy inspirować inne dziewczyny, żeby były silne i robiły swoje. Bo ciężko jest być silną, gdy każdy ci mówi, że jesteś słaba

Jak wygląda wasz dzień w pracy? 

Natalia: To zależy. Jesteśmy tutaj codziennie. Działamy na kuchni już od siódmej. Potem obsługujemy klientów i robimy bajgle. Innym razem zostajemy po pracy do późna, żeby wszystko posprzątać, i na kolanach myjemy podłogi na zapleczu. A następny dzień mija nam na spotkaniach i planowaniu nowych akcji. 

Maria: Niestety liczba obowiązków bywa przytłaczająca. Uczymy się, że nie możemy wszystkiego robić same. To nie służy ani nam, ani temu miejscu. Dlatego naszym aktualnym celem jest zbudowaniu zgranego zespołu, który pomoże nam rozwijać to miejsce.

To praca na cały etat.

Natalia: Zdecydowanie, ale to jest praca, którą chcemy wykonywać. Dużo lepiej czujemy się w tym roku latem, mając pełne ręce roboty, niż rok temu, gdy spędzałyśmy wakacje w mieście. Wtedy każdy dzień wyglądał tak samo – kręciłyśmy się po mieście i spotykałyśmy się ze znajomymi jak każde przeciętne nastolatki. Teraz każdy dzień to nowe wyzwanie, nowe znajomości. 

Odnajdujecie w tym równowagę?

Maria: Jesteśmy współpracowniczkami, ale też bliskimi przyjaciółkami, więc zawsze znajdziemy chwilę, żeby porozmawiać o chłopakach albo o związkach. (śmiech) Czasem bywa ciężko, ale dajemy radę

Przyjaźń pomaga czy przeszkadza? 

Maria: Pomaga. Chyba. (śmiech) Dobrze się dogadujemy, myślimy podobnie i mamy podobne pomysły. 

Natalia: Przede wszystkim po tylu latach dobrze się znamy. Dopełniamy się w działaniu. Mamy też spójną wizję tego miejsca – od tego, jak ma wyglądać wnętrze, po to, co znajdziemy w karcie. Kłótnie się zdarzają, ale najczęściej wynikają ze zmęczenia.

Kto jada w Ben Bagel? 

Natalia: Wszyscy. (śmiech) Początkowo myślałyśmy, że lokal trafi raczej do młodych ludzi, ale nasze drzwi są otwarte dla każdego. Zaglądają do nas 13-letni chłopcy i 70-letnie panie, ludzie w garniturach i w dresach. 

Natalia Curyło (Fot. Luka Łukasiak)

Czego nauczyły was pierwsze cztery miesiące?

Maria: Przede wszystkim zdałyśmy sobie sprawę, że przekonanie ludzi do swojego pomysłu, nawet jeżeli wydaje ci się świetny, to długotrwały proces. Dlatego na razie skupiamy się na przekonaniu warszawiaków do bajgli i promowaniu Bena.

Natalia: Dowiedziałyśmy się też, jak trudne jest bycie własnym szefem. Gdy realizujesz swoje pomysły, to chcesz, żeby wszystko było idealne, a to nie zawsze się udaje. Czasem brakuje ci czasu i energii. Dlatego zależy nam na zbudowaniu zespołu, którym będziemy umiały pokierować. To będzie dla nas kolejne wyzwanie.

Co dalej?

Maria: Nie wybiegamy daleko w przyszłość. Ponieważ działamy niecałe pół roku, zależy nam przede wszystkim, żeby Ben Bagel stało się barwnym punktem na mapie stolicy, zarówno gastronomicznej, jak i kulturalnej. Chcemy, żeby lokal był miejscem spotkań, otwartym dla każdego. 

Natalia: Jeżeli lokal się przyjmie, może kiedyś pomyślimy o kolejnym. Ale nie wybiegamy za daleko w przyszłość. Skupiamy się na tym, co tu i teraz. Konsekwentnie mierzymy się z aktualnymi problemami.

Maria: Mamy w końcu przestrzeń do realizacji naszych pomysłów. Na dodatek nie jesteśmy już anonimowymi nastolatkami. Otworzyłyśmy swój lokal, i to w tak młodym wieku. Podjęłyśmy ryzyko i mamy już pewne doświadczenie, którym możemy się dzielić. Kto wie, może nasza historia zainspiruje innych do działania?

Co poradziłybyście rówieśnikom? 

Maria: Nikogo nie słuchajcie. (śmiech) I to wy ustalajcie zasady. Jeżeli tego nie zrobicie, to ktoś to zrobi za was. Albo robicie to, co chcecie, albo to, czego chcą inni. 

Natalia: Ryzykujcie. Róbcie swoje, róbcie to, co kochacie. Nie słuchajcie rodziców, bo oni nie przeżyją za was tego życia.

Julia Właszczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę