Znaleziono 0 artykułów
16.02.2020

Willem Dafoe: Twarz, której nie da się zapomnieć

Willem Dafoe (Fot. Gabriel Olsen/Getty Images fpr AARP)

Ma twarz, która sprawia, że wszystko inne staje się drugim planem. Jeden z najbardziej charakterystycznych amerykańskich aktorów, choć w sumie mógłby iść na emeryturę, jest na to w zbyt dobrej formie. – Nowe role pozwalają mi uwalniać się od siebie – mówi nam przy okazji polskiej premiery filmu „Tommaso” w reżyserii Abla Ferrary.

„Musisz się zgubić, żeby się odnaleźć” – te słowa wracają w wywiadach z Willemem Dafoe. Gdy pytam go o te słowa, przyznaje, że są dla niego wciąż bardzo ważne, szczególnie wtedy, gdy mierzy się z nowymi wyzwaniami aktorskimi.

– Pomagają mi uwalniać się od siebie i zbliżać do punktu widzenia i doświadczeń bohatera, którego gram. Proces wcielania się w rolę postrzegam jako przywilej, bo pozwala mi uwolnić się od własnego ego, które za wszelką cenę otaczam pancerzem. Gdy go zrzucam, jestem bardziej otwarty, ciekawy i chłonny. Dopiero wtedy udaje mi się dotrzeć do mojego prawdziwego „ja”.

Willem Dafoe (Fot. Franco Origlia/Getty Images)

Dafoe ma 66 lat i potężny dorobek z wybitnymi rolami w dziełach Davida Lyncha, Martina Scorsese, Larsa von Triera, Oliviera Stone’a i Wesa Andersona. Wystąpił w ponad 120 filmach. Czy zawsze dokonywał słusznych wyborów? Skąd! Zdarzało mu się błądzić i tracić energię na role, o których dzisiaj już nikt nie pamięta. Ale za tą zawrotną liczbą nie stoją rozpaczliwe pragnienie sławy ani próżność. Mógłby przejść na emeryturę, ale wciąż chce próbować nowych rzeczy.

Między Rzymem a Nowym Jorkiem

Ciągle jest na walizkach, w rozkroku między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Na planie „Tommaso” w reżyserii Abla Ferrary właściwie odetchnął, bo akcja rozgrywa się w Rzymie, gdzie wiele lat temu kupił mieszkanie (drugie ma w Nowym Jorku) i gdzie wciąż stara się spędzać jak najwięcej czasu z żoną, włoską aktorką Giadą Colagrande.

Chociaż mówi, że jego dom jest tam, gdzie praca, udało mu się zbudować wyjątkową zażyłość z Wiecznym Miastem, co zresztą udało się pokazać w filmie. Reżysera Abla Ferrarę nazywa przyjacielem. „Tommaso” to ich piąty wspólny obraz. Wyjątkowo intymny, bo Dafoe zagrał w nim alter ego tytułowego artysty zmagającego się z demonami przeszłości, uzależnieniem od alkoholu, słabościami i poczuciem niepewności w relacji ze znacznie młodszą partnerką. Co ciekawe, w filmie wciela się w nią Cristina Chiriac, żona Ferrary. Ekranowej parze towarzyszy także ich córka Anna Ferrara. W „Tommaso” nie brakuje odważnych scen seksu i intymności. Mimo tego aktor zapewnia, że czuł się komfortowo na planie. – Świetnie dogadujemy się z Ablem. Znam bardzo dobrze Cristinę, jestem ojcem chrzestnym jego córki. Mogę powiedzieć, że staliśmy się rodziną.

Willem Dafoe (Fot. Tristan Fewings/Tristan Fewings/Getty Images)
„Tommaso”  (Fot. Materiały prasowe)

Po pierwsze teatr

Przyznaje, że wpływ na jego warsztat miał Jerzy Grotowski. Jego technikę pracy z ciałem poznał w grupach teatralnych w Nowym Jorku, najpierw w The Performance Group, później w słynnym eksperymentalnym Wooster Theater prowadzonym przez Elizabeth LeCompte. Teatr nauczył go, że wchodzenie w rolę oznacza bardzo intensywny fizyczny wysiłek. Dzięki tym wczesnym doświadczeniom pokochał pracę w zespole. Zrozumiał też wagę eksperymentu jako nieodłącznego elementu każdej sztuki.

Gdy pytam, co go motywuje do pracy, w pierwszej chwili odpowiada, że jest to fakt, że jego dzień nigdy nie wygląda tak samo: – Pracuję od projektu do projektu. Ciągle uczę się nowych rzeczy, poznaję ludzi, często podróżuję. Dobrze się w mojej pracy bawię i staram się w niej dawać ludziom coś od siebie, a oni w zamian oddają mi niebywale dużo energii – mówi.

Jest w świetnej formie. Jeden z plakatów „Tommaso” przedstawia go stojącego na głowie. W filmie widzimy, jak wykonuje skomplikowane asany. Joga, a konkretnie jej dynamiczna odmiana zwana Ashtangą, jest jednym z sekretów jego dobrego samopoczucia i energii. Ćwiczy codziennie od wielu lat. Bez świetnej kondycji nie miałby sił na ciągłe podróże i intensywny czas na planie. Trudno uwierzyć, że tylko od 2016 roku zagrał w 17 filmach, w tym w tak angażujących produkcjach jak znakomity „Projekt Floryda” czy „Van Gogh. U bram wieczności” i „Lighthouse”.

Kadr z filmu „Florida Project” (Fot. Cre Film/Freestyle Picture Company/June Pictures / Album/EAST NEWS)

Ten ostatni z niewiadomych przyczyn nie znalazł się na liście nominowanych do Oscara. Dafoe nie ma szczęścia do tej nagrody. Ma na koncie cztery nominacje – za „Pluton”, „Cień wampira”, „Projekt Floryda” i „Van Gogh. U bram wieczności”. Trudno zrozumieć, dlaczego jeszcze nie otrzymał złotej statuetki. Czyżby nie wpisywał się w hollywoodzki kanon piękna? Trudno go zakwalifikować.

Nieoczywisty wybór

Portret Dafoe wiele razy gościł na facebookowej grupie „Interesująco brzydcy mężczyźni”. Nigdy nie był oczywistym wyborem dla twórców komedii romantycznych ani melodramatów. Nie nadaje się na klasycznego amanta. Zdarzyło mu się zagrać w thrillerze erotycznym „Sidła miłości”, który przyniósł mu nominację do Złotych Malin (jego filmowa partnerka Madonna nawet tę nagrodę wygrała).

„Tommaso”  (Fot. Materiały prasowe)

Na pierwszy rzut oka może sprawiać groźnego ze względu na wyraziste rysy i zmarszczki. Jest rzadkim przykładem aktora charakterystycznego, ale zarazem potrafiącego wcielać się w role jak kameleon. Ma bardzo plastyczną twarz. To właśnie ona przyciąga uwagę i sprawia, że wszystko inne staje się drugim planem. Nie da się jej wyrzucić z pamięci. Nic dziwnego, że reżyserzy do niego wracają. Lars von Trier i Wes Anderson zatrudniali go już po trzy razy. – Nigdy dla nikogo nie jestem aktorem pierwszego wyboru – mówił podczas warsztatów w nowojorskiej The Modern School of Film w 2013 roku.

Jego poorana zmarszczkami twarz była być może nieoczywistym wyborem, gdy był młodszy. Dzisiaj nie narzeka na brak propozycji. Wybiera rozważniej niż za młodu, o czym najlepiej świadczą jego ostatnie dokonania: wybitne role w filmie o van Goghu czy w czarno-białym horrorze „Lighthouse”. We wchodzącym do kin „Tommaso” gra faceta, który mógłby być symbolem współczesnego kryzysu męskości: jest jednocześnie twardy i wrażliwy, zazdrosny, przepełniony lękami, a przy tym uczący się, że nie ma nic niemęskiego w okazywaniu słabości.

Łukasz Knap
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę