Znaleziono 0 artykułów
20.02.2018

Wojciech Mann: Mój kumpel, Stevie Wonder

20.02.2018
Wojciech Mann ze Steviem Wonderem (Fot. Archiwum prywatne)

Pomyślałem sobie, że skoro to jest „Vogue”, to warto położyć nacisk na stylizacje, żeby nikt nie pomyślał, że bez przerwy chodzę tylko w jeansach i koszulkach – mówi w rozmowie z nami Wojciech Mann. Specjalnie dla nas wybrał 10 fotografii z rodzinnego albumu i opowiada związane z nimi historie.

Winnetou

Wojciech Mann z synem Marcinem (Fot. Archiwum prywatne)

Jestem dość późnym ojcem. Marcin to inne pokolenie, bardziej elektroniczno-ekranowe. Więc od chwili, kiedy tylko zaczął uczyć się czytać, toczyliśmy boje, żeby w ogóle zaczął chcieć czytać. Pamiętam, jak straszliwie go zamęczałem, opowiadając, jakie to książki są ciekawe. Tacy, dajmy na to „Trzej muszkieterowie” – ale on tej nazwy już nienawidził, bo mu w kółko o tym gadałem. Mówiłem mu o „Winnetou”, że to takie ciekawe o tych Indianach, koniach i kowbojach. A on miał w głębokim poważaniu tych Indian i kowbojów moich.

Ale jak nadarzyła się okazja i te książki się znalazły w naszych rękach, to poprosiłem o fotografię pamiątkową. Żeby on chociaż udawał, że wie, kim jest ten Winnetou.

Jestem przekonany, że on nic z tego nie przeczytał, bo ma inne zainteresowania. I nawet to trochę rozumiem. Ja się zajmowałem pochłanianiem książek w czasach, kiedy z mediów była dostępna tylko jedna czy druga audycja radiowa. Dostęp do świata był zupełnie inny. On ma pod jednym palcem internet i wszystkie obrazki świata. Co go jakiś tam głupi Winnetou obchodzi.

Moje złote serce

Wojciech Mann (Fot. Archiwum prywatne)

To jest stylizacja, której autorem jest znany stylista Wojciech Mann. Pomyślałem sobie, że skoro to jest „Vogue”, to warto położyć nacisk na moje różne stylizacje, żeby nikt nie pomyślał, że bez przerwy chodzę tylko w jeansach i koszulkach. Potrafiłem się podstylizować. I to dużo wcześniej niż ci wszyscy ekskluzywni menele. Wynika z tego, że jestem wynalazcą stylu na „brutala o miękkim sercu”. Bo choć jestem tu dość nieokrzesanym mężczyzną z zarostem, to widać jak na dłoni moje złote serce.

Dodam jeszcze – już trochę poważniej – że to jest charakteryzacja do jednego z programów z Krzysztofem Materną. Nie pamiętam którego, bo tego było dużo. Ale wszystkie przeobrażenia w programach telewizyjnych, które robiliśmy, były niesamowitą kompensacją dziecięcych marzeń. Jak byłem mały, to byłem kinomanem. Ta fascynacja, to zapieranie tchu w piersi, kiedy na wielkim ekranie, na dobrym filmie (głównie amerykańskim, bo one były trochę zakazane) widziałem akcję – to mi zostało. Marzyłem o tym, żeby zostać reżyserem i te programy z Materną dawały mi – na mikroskalę – szansę tego przeobrażania się.

Wbrew temu, co rodzina myślała o mnie, że jestem alergicznie nastawiony do osób, które próbują mój wizerunek korygować, sam wymyślałem zarosty, blizny, brwi, łysiny, cuda jakieś, które pozwalały mi się bawić tym, że mogę wyglądać trochę inaczej. Proszę zauważyć, że jestem pozbawiony swojego atrybutu, jakim są okulary. I sam jestem zdziwiony, że nie miałem poczucia wstydu.

Bym nie chciał, żeby mnie leczyli

Wojciech Mann w studio radiowym (Fot. Archiwum prywatne)

Musiałem to zdjęcie pokazać. Tu właściwie nie ma znaczenia stylistyka. Ważne jest miejsce i mikrofon. To bezdyskusyjnie najważniejsza część mojego życia zawodowego. A może i prywatnego też. Nie te wszystkie brody przyklejane, nie te wygłupy na estradzie. Nie chcę otrzeć się o banał, ale wydaje mi się, że ta robota jest wymyślona dla mnie. I tak mi dobrze ponad 50 lat przed mikrofonem. Może kokietuję i niektórych już to zmęczyło, ale mnie ta praca nie męczy. Choć czasem marudzę, narzekam, że musze wstać o 4.00 rano na dyżur, albo że musze w niedzielę – zamiast wypoczywać – pojechać do radia. Ale wystarczy, że odstawię to na tydzień i już czuję niepokój. Kiedy gadam do mikrofonu, nagle się uspokajam. Może to jakiś rodzaj uzależnienia, tylko bym nie chciał, żeby mnie leczyli.

Amerykańskie jeansy

Wojciech Mann (Fot. Archiwum prywatne)

Podejrzewam, że to była pierwsza sesja w moim życiu. Mój kolega z klasy, niestety już nieżyjący, zajmował się fotografią na tyle, na ile w tamtych latach zajmować się nią było można. Kolega miał na imię Rysiek. Umiejscawiam tę sesje w pierwszej połowie lat 60., w okolicach mojej matury. I tenże Rysiek był posiadaczem jednego czy dwóch aparatów fotograficznych lepszej klasy niż te, które były w miarę dostępne – prościusieńkie wynalazki: aparaty DRUH czy DRUH Synchro. Miał japoński, w komisie wypatrzony, wybłagany u rodziców. Krótko mówiąc: Rysiek już wtedy był szajbnięty na punkcie robienia zdjęć. Kiedyś powiedziałem: „Ty Rysiek, to zrób mi zdjęcia, jak ty tyle o nich opowiadasz”.

Kazał mi się ładnie ubrać, co zresztą widać na tym zdjęciu. Mam… nie wiem, jak to nazwać. Płaszcz? Płaszczo-coś? Może to trenczo-jesionka. Dzisiaj bym powiedział, że to vintage jest. Zwracam również uwagę na jeansy. Nie jakieś tam lipne, podrabiane, tylko autentyczne. Rodzice ulegli mojemu męczeniu i zdecydowali się zdemolować budżet domowy, żeby mi kupić prawdziwe amerykańskie jeansy na ciuchach. To było jedyne miejsce, gdzie można było taki wyrób kupić. Pewexy nie wchodziły w grę. Może nawet istniały, ale były poza moim zasięgiem.

Sesja odbyła się na skwerku, na rogu ulicy Karowej i Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Dwa kroki, od mojej szkoły. Chodziłem do liceum imienia Tadeusza Czackiego numer 27 przy Karowej (potem zostało przeniesione). I po lekcjach z kolegą fotografem przyszliśmy do tego parczku, a ja zrobiłem kilka interesujących póz. Ta jest siedząca, ale były też stojące. I jakimś cudem kilka zdjęć z tego naszego parkowego zestawu się uchowało. Co prawda są czarno-białe, ale to tylko podkreśla charakter i modernizm tych ujęć.

Fan narciarstwa

Wojciech Mann (Fot. Archiwum prywatne)

Tu jestem sportowcem. To Zakopane, na Kalatówkach, myślę, że to rok pięćdziesiąty któryś. Moja żona, która pomagała mi te zdjęcia wybrać – ostało się kilkanaście z tego okresu narciarskiego – powiedziała, że na każdym z nich widać z mojej miny, że nie jestem fanem narciarstwa.

Starałem się wzbudzić w sobie zapał. Ale jakoś mi się nie udawało. Trochę bałem się tego. I trochę denerwowało mnie, że narty nie były odpowiednio nasmarowane, że się uczyłem tego jodełkowania, żeby trzeba było wejść na górę, a potem zjechać na dół i się nie zabić. Nie ukrywam, że aspekt sportowy nie był dla mnie nigdy specjalnie pociągający.

Na tym zdjęciu mamy szansę zobaczyć, jak jestem zgrabnie przyodziany i to w czasach, kiedy nie było tych wszystkich nowomodnych strojów. Mam dość przylegające spodnie i elegancką czapkę. A nawet samobójczo zdjąłem okulary, żeby się jeszcze szybciej zabić.

Tutaj dodam, że moja mama mimo tego, że nie była postury szczuplusieńkiej, doskonale pływała, niemal do ostatnich lat, i dobrze jeździła na nartach. Dlatego była trochę rozczarowana moim podejściem do sportu. Ale nie poddawała się. Co roku na przełomie lutego i marca przedłużała mi ferie po to, żebym tego sportu zaznał więcej. Załatwiała mi zgody ze szkoły, zaświadczała, że nadrobię to, czego nie odbędę w klasie i jeździła ze mną na długie, trzy-czterotygodniowe pobyty do Zakopanego. To właśnie tam się odbywały próby zrobienia ze mnie narciarza. Sam fakt wyjazdu z mamą był przyjemny, ale te forsowne próby uzyskania wyników sportowych… widać po mojej minie.

Czapka dziecka

Wojciech Mann z mamą (Fot. Archiwum prywatne)

To ja z mamą.

Zdjęcia, kiedy jestem oseskiem, zawsze mnie prowokują do uruchamiania pamięci. Bo już nie wiem, czy to, co pamiętam z tamtych lat, to rzeczywiście moja pamięć, czy ktoś mi coś naopowiadał i to mi się po prostu przykleiło do głowy. Dlatego lubię poprzeglądać te zdjęcia. Zawsze odnajduję jakiś element, który mi otworzy klapkę w głowię, albo coś odkrywam, czego nie wiedziałem.

Najbardziej interesująca wydaje mi się na tym zdjęciu czapka. I się sam rozśmieszam, jak na to patrzę.

W Polsce czapka dziecka jest bardzo ważna. Czapka dziecka to coś, co ochroni przed każdym złem. Ktoś ze znajomych powiedział mi, że jak jest za granicą, to natychmiast poznaje polskie dzieci. Bo jeżeli tylko leciutko zawieje wietrzyk, albo troszeczkę się robi chłodniej, to natychmiast wszystkie polskie dzieci są w czapkach. A wszystkie niepolskie nie. To troska typowa dla polskich matek, albo zabobon, że bez czapek dziecko dostanie wszystkich strasznych chorób. Jak ze zdjęcia wynika, to nie był upał, ani zima sroga. Ale czapka obowiązkowa.

Moja mama, wbrew temu, co mówię, nie była kwoką troskliwie biegająca za dziećmi. Mam młodszą siostrę. I jak sobie przypominam, to siostra nie chodziła w czapkach.

WonderMann

Wojciech Mann ze Steviem Wonderem (Fot. Archiwum prywatne)

Tu się mogę pochwalić, że mam znanego kolegę. To był słynny koncert Steviego Wondera na nieistniejącym już Stadionie X-lecia. Czyli w pewnym sensie nasza – z Krzyśkiem Materną – „firma” wyprzedziła swoje czasy. Dziś to Stadion Narodowy jest miejscem występów największych artystów, że wspomnę choćby Paula McCartneya. Ale zanim ten Narodowy w ogóle został pomyślany i wymyślony, to - starsi warszawiacy pewnie wiedzą - że tam był popadający w ruinę Stadion X-lecia. Jeszcze zanim stał się stał się koszmarnym bazarem, postanowiliśmy zorganizować tam koncert Wondera.

To było przedsięwzięcie, o którym można by osobny wywiad zrobić. Wszystko wtedy było trudne i prawie niemożliwe do zrobienia. Ale słowo „prawie” jest tu kluczowe. Bo nam udało się to zrobić. To, co grupa Wondera potrzebowała dla artysty i dla siebie, to były dla nas jakieś kosmiczne wymagania. Nie do pokonania problemy, bo przecież w sklepach nic nie było. Ale jakoś udało się to załatwić.

Sam kontakt z artystą był dla mnie niesamowity i interesujący. Wonder miał, jako niewidomy, wiele pomagających mu osób. Na przykład menedżera, wyjaśniającego wszystkie kwestie związane z koncertem i pilnującego odpowiedniego traktowania gwiazdora. Pamiętam taką bardzo symptomatyczną scenę. Miała się właśnie odbyć pierwsza konferencja prasowa. Zadałem temu menedżerowi kilka pytań, bo chciałem, żeby konferencja dobrze przebiegła, Zapytałem, czy Stevie Wonder lubi, żeby mu przerywać, żeby zrobić tłumaczenie, czy też on sam robi pauzy. I tak gadam i gadam, on bardzo uprzejmie słucha mnie i w pewnym momencie przerywa i mówi: „To wszystko jest niepotrzebne”. Trochę się stropiłem. I pytam „Ale dlaczego?”. „Bo obaj będziecie wiedzieli”. I nagle takim mistycyzmem powiało. I myślę sobie: „Oni są nawiedzeni”. I kurczę, miał rację! Siedzieliśmy z Wonderem i wszystko szło, jak by było poza mną. Płynnie, wynikało jedno z drugiego. Po koncercie Wonder powiedział do mnie: „Chyba jesteśmy zaprzyjaźnieni”. I załatwił mnie kompletnie.

A to, co widać na zdjęciu, to pewnego rodzaju pułapka. Wonder chwilę wcześniej przekazywał jakiś czek na cele dobroczynne. Stałem obok, żeby tłumaczyć. I nagle on, jako artysta ze specjalnie wyczulonym narządem słuchu, który rozpoznawał mnie – podejrzewam, po oddechu, nie tylko po głosie – złapał mnie nagle za fraki. Tu tego nie widać, bo to było chwilę po tym. Ale nie opierałem się. A on przytrzymał mnie bardzo silną ręką i powiedział: „Będziesz śpiewał”. W ogóle nie umiem śpiewać. I ten skubaniec wymusił na mnie, żebym odśpiewał z nim piosenkę „I Just Called To Say I Love You”. I to był pierwszy i ostatni przypadek, że ktoś mnie po prostu zmusił do publicznego wokalu. I to nie był byle kto. I tak zaistniał duet WonderMann.

W "Gabinecie lekarskim"

Wojciech Mann i Krzysztof Materna jako Pan Doktór i siostra Irena w programie z cyklu „Gabinet lekarski” (Fot. Archiwum prywatne)

To siostra Irena (Krzysztof Materna) i ja – pan doktor Werner. Każdy, kto ma ochotę, natrafi w internecie na nasze popisy. Muszę przyznać, że byłem niedobrym szefem dla siostry Ireny, źle ją traktowałem. To już chyba podchodzi pod mobbing. Byłem seksistowski, uważałem, że ma beznadziejny biust, a w zasadzie, że go w ogóle nie ma. Robiłem sobie podejrzane zastrzyki. Przeprowadzaliśmy też różne, bardzo skomplikowane i trudne operacje, między innymi na sobie wzajemnie. Raczej stanowiliśmy taką niszową wersję służby zdrowia.

Szemrany polonijny biznesmen

Krzysztof Materna, Wojciech Mann i Magda Umer w Big Zbig Show (Fot. Jarosław M. Goliszewski)

Bardzo lubię to zdjęcie. To jeden z przykładów, kiedy – tak jak Stevie Wonder siłą – tak Magda Umer perswazją mnie nakłoniła, żebym wylazł ze studia radiowego i wziął udział w spektaklu – aż boję się to powiedzieć, ale niemal w aktorskiej roli. To było w widowisko „Big Zbig Show”. Grałem w nim takiego szemranego polonijnego, amerykańskiego biznesmena, który miał ufundować przedstawienie Magdy. Ale ciągle ją zwodził. Taki typowy hochsztapler, cwaniaczek, który wykorzystuje to, że ma paszport zagraniczny i może 3 dolary w kieszeni.

To było dla mnie duże przeżycie. Graliśmy regularnie w Teatrze Rampa u Andrzeja Strzeleckiego, który był wtedy dyrektorem. I bardzo mi się to podobało, ale tremę miałem nieporównywalnie większą niż kiedykolwiek wcześniej lub później.

A skoro rozmawiam z „Vogue’em”, to chciałabym zwrócić uwagę na elegancki i pasujący do mnie skórzany płaszcz, który kupiłem sobie za granicą i trochę się wstydziłem wyjść w nim na ulicę, ale do tej roli pasował idealnie.

Kot Kazimierz

Kot Kazimierz (Fot. Archiwum prywatne)

Dołączyłem to zdjęcie w ostatniej chwili, żeby nie było, że tylko zbieram zdjęcia siebie. To jest Kazimierz. Każdy, kto ma zwierzę, uważa, że ono jest wybitne i jedyne w swoim rodzaju. Ale on faktycznie jest dość specyficzny. Myśmy się do siebie przekonywali długi czas. Pierwsza faza to była kompletna obojętność z jego strony. Co mnie denerwowało, bo uważałem, że w zasadzie jestem jego właścicielem. A dla niego nie było różnicy, czy przechodził obok mnie, czy obok krzesła.

W pewnym momencie doszło do przełomu i zaczął mnie wreszcie zauważać. Mało tego, ostatnio moja żona dość rozgoryczona powiedziała tak: „Karmię go, odkłaczam go, dbam o niego, daję mu pastylki, których potrzebuje (bo coś mu szwankuje), a on tylko do ciebie przychodzi, żebyś go za uszy łapał”. Bo Kazimierz lubi, jak mu się uszami rusza. I to jest ta kocia niewdzięczność.

Na zdjęciu wypadł nieźle. A po tym ujęciu nawet mi nie zrobił żadnej krzywdy. Chociaż są momenty, kiedy przeżywam zwątpienie. Miałem w życiu psy. Jak mówiłem do psa „Chodź tu”, to on przychodził. A z Kazimierzem? Nie ma szansy. Nawet jak mrówka stoi przy oknie i jej otworzę, to ona wyjdzie, bo stoi po to, żeby gdzieś pójść. A ten? Stoi przy oknie, ja myślę, że on za chwilę oszaleje z niecierpliwości, że mu tego okna nie otwieram. Więc otwieram. A on mi patrzy w oczy i odchodzi. To jest wykańczające psychicznie. Nie chcę za dużo mówić na ten temat, bo mógłbym w nerwicę wpaść, a nie chciałbym go przestać lubić.

Marta Wroniszewska
Komentarze (1)

Patryk Pat Chilewicz
Patryk Pat Chilewicz23.02.2018, 14:40
Choć muzycznie jestem gdzie indziej, to lubię bardzo to pana Wojciecha nienachalne poczucie humoru. Pozdrowienia dla Kazimierza.
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę