Znaleziono 0 artykułów
26.11.2019

Adam Driver: Każdy film jest osobisty

Kadr z filmu Historia małżeńska  (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Do każdego filmu wnosisz swoją osobowość. Ja jestem dzieckiem rozwodników. Byłem w wieku syna Charliego, mojego bohatera, gdy moi rodzice się rozstali. Dzięki temu pewne uczucia są dla mnie bardziej dostępne – mówi Adam Driver, którego od piątku będziemy mogli oglądać w filmie „Historia małżeńska” Noah Baumbacha o dramacie rozwodu.

Sławę zdobył dzięki „Dziewczynom”, a wzmocnił ją rolą Kylo Rena, wnuka Dartha Vadera, w „Gwiezdnych wojnach”. Nie jest jednak typowym hollywoodzkim gwiazdorem, szuka różnorodnych, często bardzo ambitnych, kameralnych projektów. Gra w teatrze. Skończył prestiżową Juilliard School. Ma 36 lat i ponad 40 ról filmowych na koncie. Mówi się, że za swoją kreację w „Historii małżeńskiej” – reżysera Charliego, którego żona (Scarlett Johansson) wnosi o rozwód – ma szansę na Oscara. Spotkaliśmy się w Londynie na 63. BFI London Film Festival.

Zwracasz uwagę na spekulacje związane z szansami na Oscara?

Oscary? Nie mam nad tym żadnej kontroli, dlatego zupełnie nie inwestuję w to swojej energii. Staram się po prostu wybierać scenariusze, w których widzę coś ciekawego, podobają mi się. Jak każdy aktor chcę pracować ze świetnymi reżyserami, bo kino to medium reżysera. Chcę grać u najlepszych, u tych, których podziwiam. Nie jest to specjalnie oryginalne marzenie.

Występowałeś u największych: „Historię małżeńską” reżyseruje Noah Baumbach, mistrz nowojorskiego kina niezależnego, z którym zresztą już wcześniej pracowałeś. Zaangażowali cię bracia Coen, Steven Spielberg, Clint Eastwood, Jim Jarmusch, Steven Soderbergh, Barry Levinson. To naprawdę imponująca lista. Wielu musi ci jej zazdrościć.

Każdy aktor chyba o tym marzy. Mnie sprzyjało szczęście. Byłem dostępny wtedy, gdy oni kręcili swoje filmy. Zgłaszałem się na castingi, bo kto nie chce iść na przesłuchanie do Spielberga, Eastwooda, Levinsona? I udawało się. Zwracali na mnie uwagę. Bez szczęścia by się to nie udało.

Bez talentu też nie! Praca z takimi reżyserami dodaje ci pewności siebie?

To, że pracuję z najlepszymi, nie oznacza, że wiem, co robię. Przeciwnie. Ale te spotkania pozwoliły mi zrozumieć coś innego. Nauczyłem się, że ci ludzie są tak wspaniali, ponieważ od zawsze wierni są jednej filozofii: nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Może myślisz sobie, że pojawisz się na planie u Martina Scorsese i staniesz się jego kukiełką, która wykonuje jego wolę i słucha wskazówek. Ale nie! On tego nie chce. On oczekuje, że będziesz miał własne zdanie, swoją opinię. Dlatego cię angażuje. Choć bywa to stresujące.

Kadr z filmu Historia małżeńska  (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Dlaczego?

Tą samą filozofią kierują się też aktorzy, których zdanie podzielam. Wielu z nich ma już za sobą bardzo długą karierę. Nigdy nie mieli jednej odpowiedzi. Obserwuję ich nadal. I widzę, jak ciągle walczą, że pomimo tego, co osiągnęli i co potrafią, nadal przeżywają te same obawy co ja. To zarówno pocieszające, jak i lekko przerażające. Nie ma jednej recepty. Zawsze musisz to rozgryzać na przestrzeni czasu. Starać się. Próbować. I pewnie nigdy się nie uda osiągnąć poziomu, który da pełną satysfakcję.

Przy takim filmie jak „Historia małżeńska” wkraczasz na terytorium, które może być wyzwaniem nie tylko warsztatowym, ale i bardzo osobistym. Wiem, że Noah Baumbach jest filmowcem, który bardzo angażuje aktorów w proces twórczy. A tu mowa o związku, rozstaniu, miłości. Rola Charliego była dla ciebie bardziej osobista niż inne?

Każdy film ma dla mnie osobisty charakter, każdy staram się uczynić taką podróżą. Czasami dołączam do ekipy późno i mam bardzo mało czasu, żeby się przygotować, wgryźć w postać. Otrzymuję gotowy scenariusz, w którego powstanie w żaden sposób nie byłem zaangażowany, ale teraz i tak muszę uczynić go „swoim” – prawdziwym, sensownym dla mnie. W przypadku „Historii małżeńskiej” proces wyglądał inaczej. Zaczął się od rozmowy z Noah wiele lat temu, gdy zacząłem u niego grać. Od tamtej pory, przy wspólnych obiadach, zastanawiamy się, co jeszcze możemy razem zrobić. Nawet teraz mamy jakiś pomysł.

Tak się pracuje lepiej– gdy jesteś zaangażowany w projekt od jego narodzin?

Inaczej. Na pewno tak wczesne zaangażowanie się sprawia, że rzeczy, przede wszystkim czas, stają się łatwiejsze do opanowania. Nie musisz nadganiać czasu, szukać odpowiedzi na pewne pytania w pośpiechu, na planie, gdy już pracujesz nad sceną. Wcześnie zyskujesz poczucie tego, co robisz. I tak wnosisz do filmu swoją osobowość – wtedy wszystko staje się osobiste. Sam jestem dzieckiem rozwodników. Byłem w wieku syna Charliego, gdy moi rodzice się rozstali. Ale czy potrzebuję tego doświadczenia, aby opowiedzieć tę historię? Nie, choć dzięki niemu pewne uczucia są dla mnie bardziej dostępne, mam je w sobie.

Kadr z filmu Historia małżeńska  (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Dzięki temu scena może być prawdziwsza?

Niekoniecznie, i o to w tym wszystkim chodzi. Może, ale nie musi. Moja praca nie polega na tym, żeby mieć jakieś uczucie, ale żeby je przekazać w sposób wiarygodny widzom. Chcę to czuć z egoistycznych, ambicjonalnych pobudek, bo poświęcam temu długi proces, myślę o tym. Ale zawsze nadrzędnym celem pozostanie opowiedzenie historii.

Wspomniałeś, że pracujesz już nad kolejnym filmem z Noah. Co to za projekt?

Powinienem był się ugryźć w język. Nie mogę nic o tym jeszcze mówić. Tak – z Noah cały czas rozmawiamy. W naszej przyjaźni życie i praca cały czas się przeplatają. Wiele moich relacji z ludźmi obraca się dookoła pracy. Żyjemy tym. Tym żyję też w domu [żona Adama Drivera to aktorka Joanne Tucker – przyp. DR].

Wiele moich znajomości pozwala mi poznać ludzi w bardzo delikatnych sytuacjach, gdy są narażeni na stres, zranienie, gdy są odsłonięci. Coś takiego robi z nami sztuka. A to z kolei sprawia, że wynosimy z tych relacji więcej niż ze zwykłych sytuacji towarzyskich. Nie rozdzielam swojego życia na przestrzeń pracy i na przestrzeń relacji osobistych. To jedno i to samo miejsce. Także z Noah.

Kadr z filmu Historia małżeńska  (Fot. Materiały prasowe Netflix)

Dawno nie widziałam w kinie tak intensywnej sceny jak ta, w której dochodzi do konfrontacji pomiędzy Charliem i jego żoną – Nicole, którą gra Scarlett Johansson. To jest oscarowa scena!

Praca nad nią absolutnie nas wydrenowała. Byliśmy wyczerpani, chociaż poprzedziły ją dość długie przygotowania i rozmowy, dwa tygodnie prób. Same zdjęcia trwały dwa dni. Każdy dubel oznaczał zaczynanie wszystkiego od początku, żeby wejść na określony poziom emocji i zrealizować ambitne założenia Noah.

Wyszliśmy od rozmów, prób, analizy, ale potem trzeba było podążyć za instynktem. Wszyscy daliśmy tu z siebie wszystko! Nie udałoby się to bez Noah. Nie udałoby się bez Scarlett. Weszliśmy w to tak głęboko, jak tylko mogliśmy.

W tej scenie, w ogóle w całym filmie i w pracy nad nim, było coś z teatru. Ten scenariusz i jego struktura otwierały naszą wyobraźnię i stwarzały pole dla wielu możliwości. Takie teksty znam właśnie z teatru, gdzie spektakl grany jest przez kilka tygodni, może nawet miesięcy, wieczór w wieczór, zna się go doskonale, a pod koniec nadal potrafi się na niego spojrzeć świeżym okiem, odkryć coś nowego, mieć inny pomysł na inscenizację, nie czuć żadnego zmęczenia materiałem. Złe teksty nie mają tej właściwości. Dobre, jak „Historia małżeńska”, udowadniają, że istnieje wiele ścieżek.

Twoi fani będą zachwyceni końcową sceną, w której śpiewasz. To pewnie była dla ciebie frajda.

Frajda? Śpiewanie samo w sobie mnie przeraża. Gdybym miał tu teraz zaśpiewać piosenkę Elvisa, w ogóle jakąkolwiek piosenkę, pożarłaby mnie trema. Ale w „Historii małżeńskiej” to nie jest ot, taka sobie piosenka dla piosenki, dla jakiegoś numeru w filmie. Ma ona swoje głębokie zakorzenienie w historii, jest komentarzem do niej, przede wszystkim komentarzem do postaci Charliego.

Pozew o rozwód składa Nicole, która musi na nowo zbudować siebie, zyskać siłę. A Charlie, który do tej pory dyktował warunki w związku, zabrał ze sobą Nicole do miejsca, w którym niezbyt chce żyć, traci grunt pod nogami. Nie traci miłości, ale przechodzi pewną zmianę, w zupełnie innym kierunku.

To bolesny proces, w trakcie którego pozostaje krok z tyłu za Nicole. Brakuje mu czasu na oswojenie sytuacji, przeżycie żałoby związanej ze zmianą, opłakanie straty i przyjęcie czegoś nowego.

Ta dwójka spotkała się dzięki sztuce. Ich związek zaczął się w teatrze. Ta piosenka jest wyznaniem Charliego, jego świadectwem miłości do kobiety, do teatru. Przychodzi do niego w naturalny sposób, trochę nieoczekiwany, ale przynoszący katharsis.

Teraz „Historia małżeńska”, a za chwilę obejrzymy cię w kolejnej odsłonie „Gwiezdnych wojen”. Mylę się, jeżeli sądzę, że te produkcje, ich plany, diametralnie się od siebie różnią? Kameralne kino versus hollywoodzki blockbuster?

Mogłoby się wydawać, że przy „Gwiezdnych wojnach” nie ma czasu na takie rozmowy jak przy „Historii małżeńskiej”, a jednak –zaskoczę cię – proces tak bardzo się nie różni. Pytałaś, czy „Historia małżeńska” była dla mnie osobistą podróżą. „Gwiezdne wojny” starałem się uczynić równie osobistymi. Chodzi o to, żeby zbudować prawdziwe, szczere sceny, które prowadzą widza dalej w historię, angażują go i przeradzają się w spójny, interesujący film. Mam nadzieję! Różnią się plany, ich rytmy. Mała ekipa zastąpiona zostaje kilkudziesięcioma osobami, z których każda zajmuje się czym innym, od przygotowywania efektów specjalnych, po odkurzanie czegoś. Inny rytm, ale proces równie wymagający.

Pracujesz też z Leosem Caraxem i Marion Cotillard nad „Annette”. Tu zobaczymy cię w jeszcze innej odsłonie. Z tego, co słyszałam, to dość szalony projekt?

To opera rockowa, o której zaczęliśmy rozmawiać z Leosem już z sześć lat temu. Zgranie terminów zabrało trochę czasu, ale tak, kilka miesięcy temu wystartowaliśmy z pracą. Jeszcze kilka miesięcy przed nami. Leos to wyjątkowy filmowiec, jeden z tych wielkich, z niesamowitą wizją, wizualnym podejściem do kina. Nie robi wielu rzeczy, ale jak już, to wychodzi „Holy Motors” [film zdobył ponad 30 nagród na najbardziej prestiżowych festiwalach świata, w tym w Cannes – przyp. DR]. „Annette” będzie daleka od konwencjonalnego filmu. Mam wrażenie, że coś mi się tu upiekło. Nie mogę uwierzyć w to, że ktoś płaci nam za to, że bierzemy w tym udział!

Dagmara Romanowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę