Znaleziono 0 artykułów
28.10.2023

Jak album „1989” Taylor Swift wpłynął na popkulturę

28.10.2023
(Fot. Getty Images)

Album „1989” zmienił nie tylko trajektorię kariery Taylor Swift. Wpłynął też na to, jak postrzegamy muzykę pop. Płyta właśnie ukazuje się w nowej wersji, a my przypominamy jej historię.

Mówili jej, że to się nie sprzeda. Że fani jej nie wybaczą. Po premierze czwartego albumu w dyskografii Taylor Swift, płyty „Red” z 2012 roku, amerykańskie media obiegło pytanie z kategorii granicznych: „Czy to jeszcze country?”. Taylor Swift grała do dwóch bramek z nadzieją, że nie musi opowiadać się po żadnej ze stron. Nie trzeba przecież wybierać jednego gatunku muzycznego i być mu wierną aż po grób. Dwa lata później przytomnie stwierdziła, że „gdy gonisz dwa króliczki jednocześnie, nie złapiesz żadnego”, więc na płycie „1989”, wydanej 27 października 2014 roku, dopełniło się przejście wokalistki ze świata country do popu.

Albumem „1989” Taylor Swift pożegnała się z muzyką country, z której się wywodziła

Dla niektórych był to transfer wątpliwy moralnie – szlachetne country śpiewa się z potrzeby serca, a komercyjne popowe refreny nagrywa się, gdy konto świeci pustkami. Dla innych był to ruch ryzykowny biznesowo. Bo Swift jako młoda gwiazda country była bezkonkurencyjna, a jako wschodząca gwiazda popu musiała stawić czoła licznym rywalom. W wytwórni prosili, by dołożyła do płyty przynajmniej trzy piosenki utrzymane w estetyce, do której przyzwyczaiła swoją publiczność. Sugerowali, że przecież skrzypce w refrenie „Shake It Off” to żaden wstyd, przeciwnie – fanki i fani poczują komfortowe ciepło charakterystyczne dla jej poprzednich nagrań. Swift pozostała nieugięta. Pulsujący syntezator, automat perkusyjny, żadnych akustycznych instrumentów. Niech wiedzą, że nie mieszka już w Nashville. Optymistyczne kalkulacje zakładały, że album sprzeda się w pierwszym tygodniu od premiery w maksymalnie 750 tys. egzemplarzy – nieźle, ale słabiej niż wszystkie poprzednie płyty Swift. Tymczasem rozszedł się w 1,2 mln egzemplarzy w 48 godzin od premiery. Lepiej niż wszystkie poprzednie płyty Taylor Swift. „1989” otworzyło rozdział globalnej dominacji w karierze amerykańskiej gwiazdy, uruchomiło kilka potrzebnych dyskusji o rynku muzycznym i sprowokowało długo wyczekiwaną refleksję nad percepcją wysokobudżetowej piosenki.

(Fot. Getty Images)

Trasa koncertowa promująca płytę „1989” zarobiła w Stanach Zjednoczonych rekordowe na tamten moment 250 mln dolarów

Każdy powtarzał mi, że mój punkt widzenia jest naiwny i przesadnie optymistyczny. Słyszałam to nawet od własnej wytwórni. Aż tu nagle, gdy zobaczyliśmy pierwsze wyniki sprzedaży, okazało się, że żadna ze mnie naiwniaczka – wspominała wokalistka w rozmowie z magazynem „Billboard”. Nie ma wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że Taylor Swift samodzielnie utrzymuje przy życiu rynek muzyczny od lat mierzący się z widmem definitywnej zapaści. W erze cyfry ona wyprzedaje na pniu fizyczne nośniki. A do tego wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycję i żąda, by zmieniać niesprawiedliwe zasady gry. Najpierw wycofała cały swój dotychczasowy katalog ze Spotify, bo okazało się, że znacznie więcej użytkowników korzysta z platformy nieodpłatnie, wybierając opcję z przerwami na reklamy, zamiast wykupić płatną subskrypcję. Swift stwierdziła, że „muzyka nie powinna być darmowa”, ale trzy lata później wróciła na Spotify, by podziękować fanom za to, że album „1989” sprzedał się w 10 mln egzemplarzy. Poszła na noże z Apple Music, gdy okazało się, że artystki i artyści nie dostają tantiem, jeśli ktoś słucha ich utworów w ramach bezpłatnego okresu próbnego. Swift zagroziła, że usunie „1989” z serwisu. Apple zaczęło wypłacać tantiemy również za odtworzenia w pierwszych darmowych miesiącach subskrypcji. Sukcesy biznesowe i finansowe można jej długo wyliczać. Jak choć by ten, że trasa koncertowa promująca płytę „1989” zarobiła 250 mln dolarów, w tym 180 w samej Ameryce Północnej, co nigdy wcześniej nie udało się kobiecie.

Poptymiści się cieszą

Czy te miliony to wyłącznie zasługa zmyślnego marketingu? Być może da się sprzedać byle co opakowane w pozłotko, ale to nie ten przypadek. Taylor Swift na „1989” serwowała jakościowy, błyskotliwy pop – w dodatku odmienny od tego, co akurat działo się na listach przebojów. W 2013 roku, gdy pisała piosenki na płytę, Justin Timberlake, pod krawatem i w asyście Jaya-Z, wracał singlem „Suit & Tie”, Miley Cyrus twerkowała w teledysku do „We Cant Stop”, a pijana miłością Beyoncé uwodziła eklektyzmem neosoulu w takich utworach jak „Drunk In Love” czy „Pretty Hurts” z płyty „Beyoncé”. W 2014 roku, gdy ukazywało się „1989”, Eminem straszył potworami spod łóżka w kawałku „The Monster” nagranym wspólnie z Rihanną, a na parkietach rządziła Nicki Minaj ze swoją odą do pośladka w przeboju „Anaconda”. Pop istniał wyłącznie w silnym mariażu z hip-hopem i RnB. Aż przyszła Taylor Swift i pokazała, że można inaczej.

(Fot. Getty Images)

„1989” przywracało wiarę w sens mainstreamowego hitu

„1989” to nowoczesna wariacja na temat klasycznego brzmienia lat 80. – tamten rozmach i sentyment, tamta radość. Swift opowiadała w wywiadach, że celowała w teksty tak dramatyczne, jak te, które śpiewała Annie Lennox, i w aranżacje tak mocarne i intensywne, jak te w utworach Petera Gabriela. Jeśli ktoś wątpi, że jej się udało, niech włączy sobie „Out of the Woods”. Głośniej.

„1989” przywracało wiarę w sens mainstreamowego hitu, jednocześnie rozwiązując konflikt między rockistami i poptymistami na korzyść tych ostatnich. Do roku 1967 określenia „pop”, „rock” i „rock and roll” były stosowane wymiennie. Po premierze albumu „Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band” The Beatles w maju 1967 roku w światowej krytyce muzycznej coraz częściej domagano się stanowczego rozróżnienia. I tak „pop” stał się określeniem dla muzyki przystępnej, lekkiej w formie i treści, „rock” wymagał większej kaloryczności i gitary elektrycznej, a „rock and roll” dotyczył piosenek z lat 50. ubiegłego wieku. Teoretycznie neutralne pop i rock szybko obrosły w wartościujące konotacje i pierwszy stał się synonimem wszystkiego, co płytkie i oportunistyczne, a drugi – ambicji i buntu. Poptymiści, czyli zwolennicy teorii, że nie taki pop miałki, jak nam wmawiają, triumfowali, gdy wyszło „1989” – płyta na wskroś popowa, ale i wielowymiarowa, inteligentna i w kontrze do obowiązujących trendów.

(Fot. materiały prasowe)

Piosenki pop a feminizm czwartej fali

W 2014 roku ukazały się dwa potężne teksty kruszące mizoginiczne przekonania. Książka „Mężczyźni objaśniają mi świat”, w której amerykańska publicystka Rebecca Solnit opisuje zniuansowanie przemocy wobec kobiet – od tej werbalnej, realizującej się również w protekcjonalnym objaśnianiu świata, po fizyczną i seksualną. I piosenka „Blank Space”, w której Taylor Swift z autoironicznym humorem wchodzi w polemikę z reputacją notorycznej podrywaczki. Dorobiła się jej, gdy media zaczęły donosić o związkach wokalistki z muzykami i aktorami. Czasem pochylano się z troską nad naiwnością beznadziejnie kochliwego podlotka, częściej wyrzucano wyrachowanie seryjnej uwodzicielki, która namierza kolejną ofiarę, gdy kończą się jej pomysły na piosenki. – To było bardzo seksistowskie – mówiła w rozmowie z „Esquire”. – Dlatego przestałam chodzić na randki. Zależało mi, by postawić sprawy jasno. Nie potrzebuję faceta, by znaleźć inspirację, nagrać świetną płytę, żyć pełnią życia albo czuć się dobrze ze sobą. Chciałam to pokazać moim fankom i fanom.

Nie bez powodu zestawiam „1989” z publicystyką Rebekki Solnit. W 2014 roku krystalizowały się założenia feminizmu czwartej fali, a postulaty równościowe zostały przetłumaczone z języka akademickiego na język mediów społecznościowych i popkultury. Od demontażu kultury gwałtu po potrzebę ciałopozytywnej narracji – feministyczne tematy podejmowano zarówno w esejach, jak i postach na Instagramie czy w piosenkach. Tych z „1989” też – Swift wciąż śpiewała o miłości, ale przy okazji drwiła z podwójnych standardów, buntowała się wobec slut-shamingu, którego ofiarą często padała.

Nowe wersje starych płyt to też manifest siły. Gdy Taylor nie udało się odzyskać praw do taśm matek, znalazła inny sposób, by wygrać starcie z byłym wydawcą. Od kilku lat nagrywa i wydaje ponownie albumy zrealizowane w ramach kontraktu z Big Red Machine. „1989 (Taylors Version)” ukaże się dokładnie dziewięć lat po premierze oryginalnej wersji płyty.

Angelika Kucińska
  1. Ludzie
  2. Opinie
  3. Jak album „1989” Taylor Swift wpłynął na popkulturę
Proszę czekać..
Zamknij