Znaleziono 0 artykułów
20.03.2020

„Bardzo zimna wiosna”: Kryminał o tym, co ważne

Katarzyna Tubylewicz (Fot. Daniel Tubylewicz)

Zbyt mało zwraca się uwagi na ludzką dzielność, mądry optymizm, na to, że nawet po najstraszliwszym upadku można się podnieść, otrzepać i pójść dalej. Jesteśmy istotami kruchymi, ale nie ze szkła – mówi pisarka Katarzyna Tubylewicz. W nowej książce „Bardzo zimna wiosna” znów rozprawia się ze stereotypami.  

Twoja nowa książka – kryminał „Bardzo zimna wiosna” jest rodzajem medytacji na temat ofiary i wychodzenia z roli ofiary. Jak to w kryminale: jest oczywiście ofiara zbrodni; są też ofiary przemocy w związku, przemocy wojennej, własnych niefortunnych decyzji.

Odczuwam potrzebę przywracania godności ofiarom – chcę je pokazać jako skomplikowane jednostki, a nie jedynie pasywne obiekty opresji. W tej książce martwe ciało eleganckiej starszej kobiety z ustami wypchanymi gazetą jest czymś więcej niż tylko pretekstem do poszukiwania mordercy. Zamordowana kobieta była wielowymiarową osobą, którą czytelnik ma poznać, zrozumieć, może polubić? Na pewno nie tylko się nad nią ulitować. Współczucie jest dobre, ale jest z nim związane ryzyko zredukowania drugiego człowieka do kogoś, kogo ci tylko żal. I więcej nic. Istnieje taka forma współczującego klepania po głowie, która dosłownie wbija człowieka w ziemię… Coś w nim unicestwia.

Rzeczywiście interesuje mnie temat wychodzenia z roli ofiary, odzyskiwania siebie, odnajdywania w sobie siły. Większość z nas ma jej więcej, niż myśli. Niestety, Polska nie jest krajem, w którym buduje się w ludziach poczucie, że warto walczyć o siebie. Zbyt dużo jest w nas fatalizmu. Zbyt mało zwraca się uwagi na ludzką dzielność, mądry optymizm, na to, że nawet po najstraszliwszym upadku można się podnieść, otrzepać i pójść dalej. Jesteśmy istotami kruchymi, ale nie jesteśmy ze szkła. Jednak warunkiem leczenia ran jest możliwość mówienia o tym, kto je zadał, co się tak naprawdę stało. A to bywa trudne.

Katarzyna Tubylewicz „Bardzo zimna wiosna” (Fot. Materiały prasowe)

Jedna z twoich bohaterek, Greta, pochodzi z Niemiec. Jako dziewczynka, tuż po drugiej wojnie światowej była świadkiem gwałtu dokonanego na jej matce i siostrach przez żołnierzy amerykańskich.

Wciąż nie jest do końca przedyskutowany temat tego, kogo postrzegamy jako ofiarę katastrof historycznych. Czasem o oprawcach mówi się niechętnie, bo nie pasują do czarno-białego wzorca. Mam wrażenie, że do powszechnej świadomości nie przebił się do dziś fakt, że gwałtów na Niemkach dokonywali także Amerykanie. Historyczka Miriam Gebhardt w książce „Kiedy przybyli żołnierze” pisze o tym, że gwałty te są jedną z przemilczanych zbrodni wojennych. Ich ofiarą padło blisko 200 tys. kobiet, głównie na południu Niemiec. W wyciszanie tematu od początku zaangażowani byli księża katoliccy, którzy w swoich zapiskach sugerowali, że „kobiety same są sobie winne, bo się fraternizują z obcymi wojskami”.

Inną bohaterkę, Ewę, poznajemy w momencie, gdy uciekła od męża, który znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie.

Ewa jest silną, niezależną i ambitną kobietą, która tkwiła w przemocowym związku, bo wstydziła się bycia ofiarą, a także dlatego, że była na tyle silna, żeby jakoś „dać radę”. To paradoks – zdarza się, że silne kobiety długo wytrzymują sytuację upodlenia właśnie dlatego, że są silne.

Zajmuje cię także to, jak pewne grupy społeczne postrzegane są jako ofiary.

Tak, kolejnym aspektem mojej „medytacji” nad byciem ofiarą i wychodzeniem z roli ofiary jest złożoność sytuacji współczesnych uchodźców. Często myślimy o nich tylko jako o ofiarach, w sposób bardzo upraszczający ich los. W „Bardzo zimnej wiośnie” piszę o tym na przykładzie Afgańczyków mieszkających w domu dla niepełnoletnich uchodźców. Mamy tam całe spektrum losów i postaw. Ofiary talibów i ofiary rodzinnych ambicji polepszenia sobie życia, uchodźcy – dzieci i uchodźcy udający osoby niepełnoletnie, uchodźcy mobbowani przez innych uchodźców, uchodźcy padający ofiarą rasistowskich stereotypów oraz tacy, którzy wykorzystują rolę ofiary, żeby coś w życiu nie do końca uczciwie ugrać.

Relacja „silny – słaby”, dynamika pomocy ofiarom, transformacja Szwecji – państwa, które było modelowym państwem opiekuńczym, dostrzeganie rys na tym modelu – to są twoje tematy. Mówiłaś o tym nieraz, pisałaś w reportażach. 

Pomaganie i bycie dobrym to bardzo piękna rzecz, ale istnieje ryzyko, że można się we własnej dobroci zakochać i przykładać większą wagę do tego, by za dobrego i pomagającego uchodzić, niż do skuteczności pomocy. Coś takiego wydarzyło się na wielu poziomach w Szwecji, kraju o wizerunku „dobrego państwa”. Jest to temat literacko niewyczerpany, dotyka podstawowych zagadnień moralno-egzystencjalnych. Szwecja nadal jest państwem opiekuńczym, w którym przywiązuje się dużą wagę do pomagania najsłabszym, ale w ostatnich latach coraz trudniej jest zdefiniować, kto jest słaby, a kto z ofiary stał się kimś sabotującym system? Czy ofiara może być też czyimś prześladowcą?

Katarzyna Tubylewicz (Fot. Daniel Tubylewicz)

Najgłębsze rysy związane są ze szwedzką polityką migracyjną. Z jednej strony, Szwecja jest otwarta, odpowiedzialna za cały świat i troskliwa, z drugiej – rosną problemy z integrowaniem imigrantów, zwłaszcza z krajów odległych kulturowo. To spycha przybyszów na margines społeczeństwa. Na przykład: młody Afgańczyk, który przeprawił się w strasznych warunkach przez pół świata, żeby dotrzeć do Szwecji – ma nadzieję na to, że szybko znajdzie tu pracę i ściągnie rodzinę, która sfinansowała jego podróż, a nierzadko wręcz go do niej zmusiła. Tymczasem nie ma żadnych szans na pracę, z mieszkaniem jest krucho, a jedyną drogą do „kariery” finansowej okazuje się handel haszem. Czy on może czuć się usatysfakcjonowany? Czy dzieci imigrantów urodzone w Szwecji, które chodzą do szkoły, gdzie nikt nie mówi dobrze po szwedzku, i które nigdy nie widziały, by ich rodzice chodzili do pracy, mogą czuć się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa?

Inna rysa na obrazie Szwecji to szalejąca przestępczość, z którą nie radzi sobie źle zreformowana policja. Szwecja to nadal w miarę spokojny kraj, ale od paru lat trwają wojny gangów, w ramach których dochodzi do strzelanin w środku dnia, nie tylko na przedmieściach, lecz także w centrach miast. Nie boję się wychodzić wieczorem w Sztokholmie, ale Warszawa jest bezpieczniejsza.

Wnikliwie piszesz o szwedzkiej policji. Jak pracowałaś nad researchem?

Prowadziłam długie rozmowy z policjantami. Z jednym z nich, od ponad 40 lat w służbie, zaprzyjaźniłam się. Dane mi było usłyszeć o rzeczach, o których niechętnie mówi się głośno i zobaczyć miejsca, do których pisarki nie zaglądają. Uczyłam się nawet strzelania na policyjnej strzelnicy. W trakcie researchu zadziałał ten sam mechanizm, który pomógł mi w napisaniu „Moralistów” – książki non-fiction. Przysłużyła mi się moja podwójna tożsamość: to, że rozumiem Szwecję i dobrze mówię po szwedzku, a jednocześnie jestem kimś z zewnątrz, mam obcy akcent, zadaję inne pytania. Jestem zarazem z wewnątrz i z zewnątrz, a to sprawia, że rozmówcy bardziej się przede mną otwierają. W Szwecji jest sporo tematów tabu i problemów, które chętnie zamiata się pod dywan. Myślę, że szwedzcy policjanci nie opowiedzieliby szwedzkiej pisarce tego, co opowiedzieli mnie.

Katarzyna Tubylewicz (Fot. Daniel Tubylewicz)

W sztokholmskim Muzeum Narodowym wielki dział poświęcony jest designowi i sztuce użytkowej. Jak czytać język, którym jest szwedzka estetyka? W „Bardzo zimnej wiośnie” poświęcasz sporo miejsca temu tematowi. Piszesz między innymi o przedmiotach zaprojektowanych przez Josefa Franka.

Tak, kupionych w legendarnym sklepie Svenskt Tenn na Strandvägen: kolorowe poduszki, tapety, mahoniowe biurko Grety z palisandrowym blatem i trzema szufladkami… Josef Frank był austriackim Żydem, który uciekł do Szwecji przed nazizmem i zrewolucjonizował szwedzki sposób myślenia o projektowaniu wnętrz. Szwedzki styl jest mieszanką prostoty, bieli i funkcjonalności z elementami zaskakująco barokowymi, jak kryształowe żyrandole czy szaleńczo barwne, przepiękne tkaniny właśnie ze sklepu Svenskt Tenn. 

Projekty Josefa Franka ze sklepu Svenskt (Fot. Daniel Tubylewicz)

Myślę, że oddaje on złożoność prawdy o Szwecji. Z jednej strony jest to kraj o korzeniach chłopskich, kochający naturę, z bardzo silną tradycją socjaldemokratyczną, zamiłowaniem do egalitaryzmu, braku hierarchii i braku ostentacji. Z drugiej strony – to kraj, który wciąż szczyci się tym, że jest monarchią, w którym bardzo dobrze żyje się arystokracji i ludziom posiadającym tak zwane stare pieniądze, a wraz z nimi cenne obrazy i piękne przedmioty codziennego użytku, których od wieków nie zniszczyła żadna wojna. Szwedzki design jest jak piękna naga dziewczyna bez makijażu, która siedzi w drewnianej saunie, ale z bliska widać, że nosi wyrafinowaną, starą biżuterię i zasłania się ręcznikiem najlepszej i najdroższej marki.

Lapidarnie oddajesz smutek obecny w szwedzkiej mentalności. Czy „szwedzka samotność” to stereotyp czy konkret?

Konkret – i to zarówno pozytywny, jak i negatywny. W Szwecji ludzie otwarcie marzą o tym, żeby pobyć sami, najchętniej na łonie natury. Ta potrzeba nie jest niczym dziwnym. W Szwecji życie w pojedynkę nie stygmatyzuje, nie jest postrzegane jako porażka. Nawet nie wiem, jak powiedzieć po szwedzku „stara panna”! To pojęcie nie funkcjonuje w społecznej świadomości i wypadło z języka. Z drugiej strony – rośnie problem samotności niechcianej. Aż 40 proc. ludzi mieszka w pojedynkę, to najwięcej na świecie. Część z nich naprawdę nie ma żadnych bliskich. Niedawno Sztokholmem wstrząsnęła historia starszego mieszkańca modnej i gęsto zaludnionej dzielnicy Södermalm, który po śmierci leżał w mieszkaniu przez trzy lata. Nikomu go nie brakowało. Nikt się nie zastanawiał, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami jego mieszkania. Zresztą przez cały czas grało radio. 

O samotności – tej wspaniałej i tej strasznej – piszę kolejną książkę reporterską, do której zdjęcia robi mój syn.

Zauważasz w „Bardzo zimniej wiośnie”, że szwedzkie wyzwolone podejście do seksu jest uwarunkowane kulturowo i nie każdego na nie stać.

Wielokulturowa, wieloreligijna Szwecja jest dziś krajem ogromnych kontrastów. Przejawiają się one w każdej dziedzinie życia, także w życiu seksualnym. Młode Szwedki nie muszą się obawiać, że zostaną uznane za puszczalskie, jeśli zdarzy im się przygoda erotyczna, bo mężczyźni w Szwecji wyleczyli się z syndromu Madonny i dziwki. Świetnie funkcjonuje edukacja seksualna w szkołach, w aptekach można kupić nie tylko subwencjonowane przez państwo środki antykoncepcyjne, lecz także wibrator (zgodnie z założeniem, że nie ma nic zdrowszego od orgazmu). Z drugiej strony – jest wielu młodych ludzi, dla których seksualność pozostaje sferą tabu i wstydu. Na różnorodnych etnicznie przedmieściach miast żyją dziewczyny wychowane w kulturach honoru, które także mają szwedzkie obywatelstwo, ale jeśli one będą się niemoralnie prowadzić, ryzykują nawet życiem, a na pewno narażają się na ostracyzm. Mają być dziewicami aż do ślubu i raczej to nie one wybiorą sobie same męża. 

Kryminały sprawiają nam przyjemność, bo dają rozwiązanie, przywracają porządek. Twój niesie coś jeszcze – wiarę w to, że dobro, miłość możemy dawać sobie w różnych relacjach, niekoniecznie w związkach. Myślę o relacji Ewy i Jensa.

Tak, ona będzie się ciekawie rozwijała w dalszych częściach tej serii. Na razie wiemy, że Ewa jest trzydziestoparoletnią imigrantką z Polski, dobrze wykształconą, ale wykonuje podrzędną pracę. Jest atrakcyjna, silna, ale też straumatyzowana przemocowym związkiem, z którego zdołała uciec. Jens to doświadczony inspektor kryminalny na kilka lat przed emeryturą, który przeżywa głęboki kryzys w małżeństwie. On też jest pokaleczony przez życie. Jest osobą o „gołębim sercu”, nie zdepcze pająka, choć w pracy bywa ostry – na jego widok handlarze narkotyków dostają nerwowej czkawki… Między nim a Ewą rodzi się coś bardzo delikatnego, ni to flirt, ni przyjaźń – relacja budowana głównie w wiadomościach tekstowych. Niby dają sobie niedużo, a przecież bardzo wiele, coś w sobie wzajemnie otwierają. Jest w tym czułość i obietnica, że w życiu dużo może zmienić się na lepsze. Może też pociecha płynąca z tego, że bliskość i zrozumienie można znaleźć w osobie skrajnie od nas różnej? W kimś z zupełnie innego świata?

W młodości ludzie na ogół przeżywają sporo olśnień wynikających ze spotkań z kimś, od kogo uczą się czegoś nowego. Potem, kiedy wiele osób jest w stałych związkach – formalnych czy nie – wszelkie zachwyty płcią przeciwną łączą się z ryzykiem zdrady. Uważam, że jest to bardzo demonizowane i skazuje ludzi na dziwne zamknięcie. Stałe związki zbyt często bywają więzieniami, poza które nie wolno wystawiać nosa. Nie zgadzam się z takim myśleniem i mówię to jako żona z dwudziestoletnim stażem. Spotkanie Ewy i Jensa to przykład czegoś lekkiego, a zarazem ważnego, bliskości, dzięki której świat wydaje się lepszy.

 

* Książka Katarzyny Tubylewicz „Bardzo zimna wiosna” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa W.A.B. 

Agnieszka Drotkiewicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę