Znaleziono 0 artykułów
13.06.2019

Carly Ayres: Sztuka zrywania

Carly Ayres (Fot. archiwum prywatne)

Bohaterka naszego cyklu o kobietach sukcesu przed 28. urodzinami, które świętowała kilka lat temu, zdążyła skończyć prestiżową uczelnię, dostać i rzucić pracę w Google’u, a potem założyć i zamknąć kultowe studio graficzne Hawraf w Nowym Jorku. Podczas warszawskiego Element Talks amerykańska designerka opowiedziała o tym, że w biznesie tak jak w życiu osobistym trzeba się  nauczyć pożegnań.

Przyleciałaś do Warszawy na Element Talks, żeby opowiedzieć o zamknięciu swojego studia graficznego. Zazwyczaj na tego typu wydarzeniach opowiada się o początkach, rozwoju i sukcesach…

Tak, bo dominująca w społeczeństwie definicja sukcesu jest jednoznaczna. Wciąż rozmawiamy o nowych początkach. Z ostatnich etapów nikt zwierzać się nie chce. W Google’u nie znajdziesz przepisu na to, jak zakończyć działalność gospodarczą, choć pojawiają się tysiące stron o zakładaniu start-upów. To budzi lęk jak rozmowa o zerwaniu z chłopakiem. Przy rozstaniach towarzyszy nam podszyta nostalgią niepewność. Gdy zdecydowaliśmy się zamknąć Hawraf, najciężej było mi się rozstać z rolami społecznymi z tym związanymi. Do niedawna przedstawiałam się jako prezeska, współzałożycielka, pomysłodawczyni. A teraz jestem znów tylko Carly. Z początku czułam się trochę, jakbym była naga.

Teraz już jest lepiej?

Tak, odzyskuję pewność siebie. Rozumiem już, że moja praca, moje stanowisko, moje zarobki mnie nie definiują. Otworzyły się przede mną nowe możliwości. Jeszcze nie wiem jakie. Ale przecież nie muszę tego wiedzieć. Na pustkę można spojrzeć jak na przestrzeń czekającą na wypełnienie pomysłami. I ludźmi. Chociaż muszę przyznać, że nie jestem cierpliwa. Nie lubię czekania. Jestem kiepska w nicnierobieniu. To także kwestia presji społecznej. Gdy mam wolną godzinę, zamiast usiąść w spokoju, sięgam po książkę, oglądam serial albo idę pobiegać. Ten przymus optymalizacji czasu nas powoli zabija. Z trudem się tego oduczam. Wczoraj poszłam na kolację w pojedynkę. I obiecałam sobie, że nie spojrzę ani razu w telefon. Udało się. Taki mały sukces. Ostatnio staram się też włóczyć po Nowym Jorku. Tak zwyczajnie, bez celu. I uświadomiłam sobie, że nigdy wcześniej tego nie robiłam. Okazuje się, że mnóstwo dobrych pomysłów rodzi się właśnie wtedy, w międzyczasie, w przelocie.

Carly Ayres (Fot. archiwum prywatne)
Carly Ayres z dawnymi wspólnikami (Fot. Julia Robbs)

Chwilę spokoju traktujemy jednak zazwyczaj jako oznakę lenistwa.

Przed chwilą rozmawiałam o tym z moim chłopakiem. Narzekał, że nic dzisiaj nie zrobił. A przecież jest niedziela! Lenistwo jest luksusem.

Twoje podejście do sukcesu w ogóle się zmieniło, prawda?

Zdecydowanie tak. Pracuję z coachką nad wyznaczaniem nowych celów. Zapytana o wymarzoną pracę, nie wiedziałam, co odpowiedzieć. A gdy Tina poprosiła mnie o opisanie idealnego dnia, nie miałam z tym problemów. Wstaję rano, idę na kawę z koleżanką, potem praca, a po południu kino, galeria, kolacja. Nie wiem tylko, co pomiędzy.

A o czym marzyłaś kiedyś?

Gdy zakładaliśmy studio, zrobiliśmy sobie listę celów. Wypisaliśmy też błędy, których nie chcieliśmy powtórzyć. Łatwiej nam było określić, czego nie chcemy, niż przyznać się do tego, o czym marzymy. Tak jest też w życiu prywatnym. Mówiąc: „Chcę związku, rodziny, dzieci”, odsłaniamy się. Gdy nam się nie udaje osiągnąć zamierzonego celu, czujemy, że coś jest z nami nie w porządku. Teraz za sukces uważam to, że mogę robić projekty, na które mam ochotę.

A jakie miało być wasze studio?

Samodzielne, interesujące, wydolne finansowo. Pracowaliśmy dla Google’a i dla Facebooka, łącząc te komercyjne projekty z bardziej niszowymi. Gdy udało się to, co zamierzyliśmy, zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej – czy chcemy to dalej robić i czy chcemy to robić razem.

Okazało się, że nie macie już na to ochoty?

Uważam się za osobę bardzo niezależną. Jednym z czynników, które doprowadziły do rozpadu firmy, było to, że każdą decyzję podejmowaliśmy we czwórkę. Czterech równorzędnych wspólników to trochę za dużo. Podjęliśmy decyzję o rozstaniu już w listopadzie, teraz kończymy realizację ostatnich zleceń. Pozostaliśmy przyjaciółmi, a to chyba po zakończeniu związku najtrudniejsze.

Carly na Element Talks (Fot. Pat Mic)

Doświadczenie zdobywałaś w Google’u. Tam się dowiedziałaś, czego nie chcesz?

Trochę tak. W korporacji wszystko dzieje się wolno, bo ludzie na bardzo wielu szczeblach muszą dać projektowi zielone światło. Będąc trybikiem w takiej maszynie, nie czujesz wpływu na efekt końcowy. Z drugiej strony, nigdzie nie nauczysz się lepiej negocjować. Przekonanie do swoich racji wymaga rozwiniętych zdolności interpersonalnych. Podejmując każde działanie, zastanawiamy się nie tylko nad tym, co nam z tego przyjdzie, ale też czy to sprawi, że nasz szef i szef naszego szefa na tym zyskają. Rzadko się na to zwraca uwagę, ale design to przecież tak naprawdę sztuka komunikacji. Naszym projektem chcemy przecież coś ludziom przekazać. Projekt niekomunikatywny właściwie można zdyskwalifikować.

Przedstawiciele klasy kreatywnej często nie potrafią negocjować. Czują się niezrozumiani.

Tak, często o tym z moimi byłymi wspólnikami rozmawialiśmy. O tym, czy klient ma rację, jak go przekonać do naszej estetyki, kiedy warto iść na kompromis. Wniosek zazwyczaj był taki, że ktoś inny płaci rachunki, więc musi być zadowolony.

A można się tej sztuki negocjacji nauczyć?

Kobietom to przychodzi z większą łatwością. To, paradoksalnie, pozytywna konsekwencja błędnego wychowania. Uczy się nas od najmłodszych lat, żebyśmy zgadywały potrzeby innych. A mężczyźni w naszej branży muszą nabyć umiejętność chowania ego do kieszeni. Myślenie o sobie jako o artyście nie pomaga. Rzemieślnik lepiej się odnajdzie w tym świecie.

Design to więc dobra branża dla kobiet?

I tak, i nie. W Stanach jest mnóstwo świetnych designerek. Ale profesorek i prezesek agencji już mniej.

Ty studiowałaś w Rhode Island School of Design w Providence, jednej z najlepszych uczelni artystycznych na świecie. Wszyscy jej absolwenci są skazani na sukces?

Niby tak, ale ja wcale nie wiedziałam, czego się po tej uczelni spodziewać. W liceum niewiele wiedziałam o designie. Po moim wykładzie w ramach Element Talks podszedł do mnie 16-letni chłopak, który wypytywał mnie o szczegóły mojej pracy. W jego wieku nie miałam o tym pojęcia. Na RISD poszłam, bo studiował tam mój dziadek, który zmarł, gdy moja mama była studentką. Decyzja o studiach była więc swoistym gestem w stronę rodziny.

Carly Ayres (Fot. archiwum prywatne)

Twoi rodzice są artystami?

Nie, lekarzami! Zawsze więc wiedziałam, że nie pójdę na medycynę. Ja pewnie powiem moim dzieciom, żeby nie zostawały designerami. I wybiorą medycynę. Mnie interesowały matematyka i sztuka, wydawało mi się, że design te dziedziny połączy. Częściowo się  to sprawdziło. Cieszę się z miejsca, w którym jestem, ale to dziwne, że 16-letnia Carly podjęła decyzję na całe życie dorosłej Carly. Zwłaszcza że na Florydzie, skąd pochodzę, o designie mówi się niewiele. Nie znałam nikogo z RISD.

Ale miałaś zaplecze – kapitał kulturowy i finansowy?

Tak, jestem uprzywilejowana. Moi rodzice są nieźle sytuowani, podróżowaliśmy po świecie, opłacili mi szkołę. W Stanach awans społeczny jest trudny. Co nie zmienia faktu, że nawet w klasie średniej myślenie o karierze jest schematyczne. Moi rodzice wciąż mają problem, gdy muszą tłumaczyć znajomym, co robię. Nie jestem przecież ani lekarzem, ani prawnikiem. Łatwiej było im, gdy pracowałam w Google’u, bo tę firmę przecież każdy zna. Gdy podjęłam decyzję o zdawaniu na RISD, pytali, jak zarobię pieniądze na sztuce.

A jak się czułaś na uczelni?

Podobało mi się, że wszyscy traktowali design bardzo poważnie. Konkurencja była ogromna. A ja jestem osobą, którą napędza rywalizacja. Wszyscy pracowali tam jednak zdecydowanie zbyt ciężko. Zdarzało mi się projektować bez snu przez całą dobę.

Co dała ci szkoła?

Nauczyła mnie myśleć. A to zdecydowanie ważniejsze niż design, bo on zmienia się tak szybko, że to, czego się  dowiedziałam w szkole, jest już częściowo nieaktualne.

Często wracasz do domu na Florydę?

Na święta. Grzeję się wtedy w słońcu. I cieszę się palmami. Ale Floryda to dziwne miejsce. Pochodzę z przedmieść, więc Providence, w którym mieści się uczelnia, było dobrym punktem przejścia. Wielkiego miasta się na początku bałam. Podczas pierwszego stażu w Nowym Jorku moją jedyną ambicją było nauczenie się linii metra.

W Nowym Jorku trudno utrzymać związek?

Łatwo kogoś poznać, trudno pozostać razem. Za dużo ludzi, za dużo możliwości, za dużo pokus. Motywacja, żeby walczyć o związek, jest niewielka, bo przecież wystarczy włączyć Tindera, żeby poznać kogoś nowego. Ja po licznych randkach poznałam mojego aktualnego chłopaka.

Carly Ayres (Fot. archiwum prywatne)

Jest coś, co cię w tym mieście wkurza?

To drogie miasto. Tego w serialach nie zobaczysz. Ludzie wydają na mieszkanie co najmniej połowę swojej pensji. Czasami denerwują mnie nieograniczone możliwości Nowego Jorku. Aktem buntu jest zostanie w sobotę wieczorem w domu.

Rodzina i znajomi pytają cię o to, kiedy zostaniesz żoną i matką?

W Nowym Jorku nie, na Florydzie – jak najbardziej. W Nowym Jorku każdy cię pyta o to, gdzie pracujesz, tam – o to, czy się z kimś spotykasz. Ale wiesz, mam przyjaciółki, które rodzą dzieci po 35. roku życia, więc jeszcze mam czas. W tym roku czeka mnie dziesięciolecie matury. Tam pewnie się dowiem, że większość znajomych z klasy już dawno się ustatkowała.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę