Znaleziono 0 artykułów
27.07.2019

Demontaż atrakcji: Jak zostać celebrytą według Asifa Kapadii

Kadr z filmu "Diego" (Fot. Materiały prasowe)

Każdy z bohaterów dokumentów brytyjskiego filmowca – Ayrton Senna, Amy Winehouse i Diego Maradona – chciał po prostu wykonywać swój ukochany zawód. Każdemu było to jednak skutecznie uniemożliwione. Winehouse została zjedzona przez kanibalistyczne media, Senna zmiażdżony przez zmianę technologiczną, a Maradona wessany przez nienawistne tłumy. Bycie celebrytą jest przekleństwem, zdaje się mówić zmontowany z archiwów tryptyk Asifa Kapadii.

Pięć minut sławy Andy’ego Warhola zmieniło się w całe dekady. Współcześni celebryci zrobią wszystko, by pozostać na szczycie, bo ta pozycja uzależnia silniej niż twarde narkotyki. Rzadko mówi się o tym, jak trudno jest balansować na świeczniku. Strasznie czy pięknie, wszystko jedno, byle tylko przetrwać na wierzchu. Dlatego ludzie, którzy z jakiegoś powodu stali się sławni, a ostatecznie to przecież nic więcej jak łut szczęścia, trzymają się popularności rękami i nogami. Zmieniają taktyki i pozy, rzucając publice na żer nowe kawałki siebie. W głębi duszy nie wierzą bowiem, że dobra passa może trwać wiecznie. I mają rację. Tak jak moda na jakiegoś aktora czy aktorkę nie trwa nigdy dłużej niż dekadę, tak każdy celebryta musi w końcu ustąpić z pierwszych stron gazet i przejść do dalszych, mniej oglądanych działów. Gdy czyjaś gwiazda staje się zbyt opatrzona, aż wreszcie gaśnie, jej posiadacz musi zdjąć rękę ze swego odcisku w alei, by wolnym krokiem oddalić się na horyzont. Albo to będzie już jego koniec, albo kiedyś powróci znów pod reflektory, jeśli grzecznie przeczeka w cieniu. Jak Sylvester Stallone w podobno już naprawdę ostatnim z ostatnich, lecz wciąż nowym „Rambo”.

Asif Kapadia (Fot. Dave J Hogan/Dave J Hogan/Getty Images)

Kondycji ludzkiej tej szczególnej istoty, jaką jest celebryta, przygląda się właśnie Asif Kapadia, reżyser dokumentów o Maradonie „Diego”, o Winehouse „Amy” i Ayrtonie „Sennie”. Wszystkie trzy pokazują swoich bohaterów w momencie, gdy są właśnie na wierzchołku, ale powoli zaczynają się z niego zsuwać. Każde z nich zjeżdża w dół na swój sposób, powiedziałabym, śpiewając inną melodię. Odgadnę więc, jaki komu pasuje repertuar. Maradona skanduje „Don’t Go Breaking My Heart”, wesoło kiwając środkowym placem na stadionie, Winehouse rozdziera serca „Back To black”, będąc wynoszona z domu w czarnym worku, zaś Senna kończy wyścig na betonowej ścianie toru z nadzieją tętniącą w „My Heart Will Go On”. Wybrałam te trzy piosenki, bo wyrażają trzy różne osobowości: przewrotnego klauna, który (już) nic sobie nie robi z tego, co świat o nim sądzi; bezbrzeżnej rozpaczy, która gdyby nie przedawkowała, to zrobiłaby to inaczej, choćby wkładając głowę do piekarnika; oraz romantycznego straceńca, który niczym zabawka w rękach Boga zrezygnowany oddaje się woli niebios.

Amy Winehouse (Fot. East News)

Każdy ołtarz-tryptyk posiada jedną część nieruchomą i dwie otwierane. Który z filmów Kapadii byłby tu częścią centralną? Najpewniej ten o Amy Winehouse, nie tylko dlatego, że powstał jako drugi z kolei i oddaje cześć piosenkarce, której śmierć wszystkich zaskoczyła. Także z tego powodu, że najcelniej dokumentuje nasze czasy, gdy to nie talent, a ilość publicznej uwagi jest miernikiem czyjegoś sukcesu. Bynajmniej nie chcę przez to powiedzieć, że jest nim z tej trójki najmniej obdarzona właścicielka najlepszego głosu i autorka jednych z najpiękniejszych piosenek tego okresu. Wręcz przeciwnie, jej wyjątkowość uderza tu bodaj najsilniej już w pierwszych scenach filmu, gdy jako dziecko śpiewa „Sto lat” na rodzinnym nagraniu. W przeciwieństwie bowiem do dwóch panów odmalowanych na skrzydłach ołtarza, na środkowej tablicy nastawy śledzimy jej życie w całej rozciągłości, zanim jeszcze zaczęła wykonywać swój zawód. Czemu? Wiadomo: bo „artysta nie ma biografii”, jak pisała kiedyś (na podłodze) polska artystka performerka Ewa Partum. A artystka ją ma, więc śledzimy, jak udało się kobiecie zrobić karierę w swojej profesji, bo nie jest to tak oczywiste jak w przypadku uzdolnionych mężczyzn.

Amy Winehouse (Fot. Chris Polk/FilmMagic)

Ale tym, co zabija Amy, nie jest ona sama, jak zwykło się uważać w plotkarskim przekazie. Według Kapadii przyczyną tragedii jest właśnie chorobliwa uwaga, patologiczne wścibstwo, które każe czytelnikom pudelków wkładać swój nos w nie swoje sprawy, a paparazzim szantażować celebrytów najbardziej intymnymi nagraniami. I jest to znak czasów, bo pornografia ciekawości zamieniająca zainteresowanie w manię była domeną mediów poprzedniej dekady, gdy brukowce notowały największe wyniki sprzedaży. Gdyby Winehouse dożyła dnia dzisiejszego, na pewno udałoby jej się wywalczyć sobie spokój, jakim cieszą się inne szkalowane niegdyś gwiazdy. Zbudowałaby też, jak i one, potężne fortyfikacje pozwalające sprzedać wyłącznie precyzyjnie zaplanowaną prywatność. Ale niestety, na to, by przeżyć, była zbyt wrażliwa, zbyt krucha, a trzej mężczyźni w jej najbliższym otoczeniu: narzeczony, agent i ojciec, ukrzyżowali Amy w imię własnych interesów. Jedynymi pozytywnymi mężczyznami wokół niej byli pierwszy menedżer, który ją wylansował, a później poszedł w odstawkę, oraz autorytet i wzór do naśladowania Tony Bennett, z którym Winehouse wraca do jazzowych korzeni, śpiewając jedną ze swoich ostatnich piosenek.

Przy niej Ayrton Senna, brazylijski kierowca Formuły 1, wygląda jak noworodek. Nie dlatego, że rzeczywiście był aż tak niewinny, i nie dlatego, że Winehouse była aż tak upadła. Pamiętany z tej trójki najmniej, bo zmarł w 1994 roku w wypadku na torze Imola, zapisał się w historii jako młody rywal francuskiego rajdowca Alaina Prosta. Wcale nie z tej przyczyny, że był chory na ambicję, lecz ponieważ słusznie wychodził z założenia, że jeśli ktoś wybiera ten zawód, to nie po to, aby być na mecie drugi czy trzeci, ale zawsze pierwszy. Dlatego walczyli z Prostem o przywództwo: jeden z pomocą Boga, a inny sędziego. Migają gdzieś w tle dziewczyny i imprezy Senny, ale w modelu wychowania, jaki odebrał, najważniejsi są rodzice, więc to oni płaczą nad trumną syna. Kogoś wybranego, w całości oddanego pracy traktowanej przezeń jako misję. Jedyne momenty, gdy nie oglądamy go na torze, to chwile odpoczynku z familią na jachcie albo motorówce. Jednak to tylko przerwy dla higieny, bo sens życia zawodnik widzi tylko w pole position. Świętość Ayrtona przypieczętowana jest jego bezradnością wobec maszyn sterujących kierowcą zamiast Boga. Z dokumentu Kapadii wynika, że gdyby nie zmiana technologiczna, która wprowadziła komputerową nawigację bolidów, Senna nie tylko wciąż by żył, ale i wciąż by wygrywał. Lecz musiał zginąć, bo właśnie Bóg tak chciał. W tym sensie dokument o kierowcy byłby najbardziej konserwatywnym, prawym skrzydłem tryptyku.

Ayrton Senna (Fot. Mike Hewitt/Getty Images)
Ayrton Senna (Fot. Pascal Rondeau/Getty Images)

Zatem lewym skrzydłem byłby tu Maradona. Nie dość, że wciąż żyje i robi sobie jaja, chodząc na mecze i dosadnie je komentując, to jeszcze kapitalizuje swój sukces, bez cienia obciachu i bez sentymentów powrotu do przeszłości. Nie bojąc się być człowiekiem złamanym, skompromitowanym, a nawet żałosnym. Tego jednak film nie pokazuje, skupiając się na masowych i mafijnych środkach zagłady jego talentu. Bo o ile Senna był na torze sam ze swoim Bogiem, a Winehouse była zaszczuta przez złych doradców, o tyle Maradona padł ofiarą zbiorowej przemocy, która przed wiekami kazała palić ludzi na stosach. To właśnie robią z piłkarzem kibice Napoli, gdy ich ukochany wyzwoliciel, półbóg, mający uratować Neapol przed resztą Włoch i resztą świata, jest podejrzany o to, że ten plan się nie uda. Film pokazuje, jak biedny chłopak z faweli Buenos Aires zachłystuje się religijnym kultem, jakim nagle zostaje otoczony. A także pieniędzmi, seksem, koksem i rolexami od kamorry. Oraz nową tożsamością, która pozwala mu rzucać w twarz nie swoim wrogom, że Neapol nigdy nie był i nie jest częścią Italii. Wydaje się, że bez Maradony w prowincji Kampania wybuchłaby wojna domowa. Ale przygarnęli geniusza boiska, więc przez moment wierzą, że panują nad kulą ziemską. Dopóki Maradona nie gra w reprezentacji Argentyny, a wtedy masy składają ofiarę z najlepszego człowieka w swoim plemieniu. Choć wcześniej Diego, podobnie jak Amy, czuje, że jego koniec jest bliski, więc błaga trenera, właściciela klubu, żeby go sprzedali. Niestety, musi czekać na Święto Wiosny, czyli mistrzostwa świata w 1990, żeby dokonała się jego egzekucja. Którą przetrwał, więc jako zombie może mieć dziś wszystkich w nosie.

Kadr z filmu "Diego" (Fot. Materiały prasowe)

Jakim przekleństwem jest być celebrytą, mówi tryptyk Asifa Kapadii, w całości zmontowany z archiwów, którym nadano dramaturgię trzymającej w napięciu fabuły. Czemu ktokolwiek w ogóle marzy o takim losie, można zastanawiać się, oglądając te upadki w przepaść ze zbyt wysokich koni. 

Przecież każdy z bohaterów Kapadii chciał po prostu wykonywać swój ukochany zawód, w którym był dobry. Każdemu zostało to jednak skutecznie uniemożliwione. Winehouse została zjedzona przez kanibalistyczne media i stojące za nimi rzesze podglądaczy, Senna zmiażdżony przez zmianę technologiczną, udaremniającą mu wykorzystanie swoich możliwości, a Maradona wessany przez pełne nienawiści tłumy i stojącą za nimi strukturę mafijną. Czy więc bycie celebrytą w czymkolwiek pomaga? Reżyserowi tych trzech dokumentów pomogło z pewnością. Zamknij skrzydła ołtarza, a ułożą się w kształt Oscara, nagrody dla tych, którzy nie wierzą w fatalizm sławy.

 

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę