Znaleziono 0 artykułów
15.05.2021

Demontaż atrakcji: „Kolej podziemna”

15.05.2021
(Fot. Materiały prasowe)

Serial „Kolej podziemna” w reżyserii Barry’ego Jenkinsa jest już na platformie Amazon. To prawdziwie epicka opowieść o niewolnictwie.

Białe waciki zatknięte na ostrych krzaczkach aż proszą, żeby zdjąć je i użyć. Bawełnę, bo o niej mowa, trzeba odziarnić, zgrzeblić, uprząść, utkać, a może także odtłuścić, wybielić i zdekatyzować. Bez niej nie miałabym na sobie teraz T-shirtu, w którym piszę ten tekst. 

(Fot. Materiały prasowe)

Najpierw jednak ktoś musiał te kłaczki zebrać. Zapewne było wtedy podobnie gorąco jak dzisiaj. Żar lał się z nieba, pot płynął po plecach, a czyjaś dłoń o stwardniałej skórze chwytała rwące się kulki, oddzielając je od suchych gałęzi. Zawsze, gdy myślę, co mnie obchodzi niewolnictwo w Ameryce, szukam na sobie bawełny: to z niej jest dżins, atłas, aksamit jak i najzwyklejszy bandaż. I mimo że tkanina, która dotyka mnie teraz, wcale nie pochodzi z pól w Georgii, gdzie trzymano ludzi zakutych w kajdany, to w jej DNA krąży wysiłek tych, których zmuszano do pracy, rozmnażano na siłę i traktowano gorzej niż bydło. 

Jeśli wyobrazić sobie, że wszystkie przeżycia danego gatunku, kodują się w jego białkach, to ten sam śnieżny puch, który 100 lat temu przechodził przez spracowane palce niewolników, do dziś nosi w sobie zapis traumatycznych doświadczeń, potwornych, nie do wymazania. Okruchy jego genotypu są w pieluszce, którą owijam niemowlę, drobiny tkwią w jego kocyku, śpiworku, zabawce, którą obślinia teraz bezzębna buźka. Ociera się o nią ta sama podwójna helisa, jaką zbierały i wrzucały do koszy ręce Afrykanów, porwanych i siłą zawleczonych do Ameryki Północnej, gdzie w obozach pracy przymusowej służyli białym panom.

Reżyser Barry Jenkins wcześniej nakręcił oscarowy „Moonlight”

Tyle filmów przedstawia krew tryskającą na śnieżnobiały puszek, mętną skazę niebiańskich roślin na plantacji. Wojna secesyjna w „Przeminęło z wiatrem” to była właśnie „bawełna, niewolnicy i arogancja”, jak krzyczał grany przez Clarka Gable’a Richard Butler. To była wojna o kapitał, a nie bunt przeciw ludobójstwu. Zdobycie cennej przędzy było ważniejsze niż życie pracujących przy niej ludzi. Bo rolnictwo, przemysł, państwo, bo liczy się rozwój oraz gospodarka. I nie ludzie, tylko siła robocza – bezimienna, bezdomna, bez praw i godności. Ludzie byli tu kapitałem, pod zastaw niewolników brano kredyty w europejskich bankach. Dzięki uznaniu za hipotekę zagrabionych mieszkańców innego kontynentu zbudowano amerykańską potęgę.

(Fot. Materiały prasowe)

Temat znamy z kina na wylot, bo mówił o nim „Django”, „Zniewolony”, seriale typu „Korzenie”, ale najnowsza „Kolej podziemna” wynosi rozmowę o niewolnictwie na zupełnie nowy poziom. Reżysera Barry’ego Jenkinsa pamiętamy z ceremonii rozdania Oscarów, gdy pomylono werdykty i zamiast „Moonlight”, omyłkowo wywołano po statuetkę twórców „La La Land”. Po chwili fałszywi biali zwycięzcy musieli zejść ze sceny i zastąpiła ich liczna czarna ekipa, która wciąż nie dowierzała własnemu sukcesowi. Ten dzień to symboliczny początek zmian w Hollywood.

Jenkins rozpoczął pracę nad „Koleją podziemną”, zanim jeszcze „Moonlight” zrobił karierę. Kupił prawa do ekranizacji książki o tym tytule, pod warunkiem że zrealizuje ją jako serial, bo jego zdaniem opowieść wymagała wielu godzin projekcji – skrócenie jej do rozmiaru półtoragodzinnego filmu dałoby mylny efekt. A ten miał być dojmujący jako fresk udręki, który opasałby niczym kontusz Zagłoby spasiony brzuch całej Ziemi. Miał być dowodem ostatecznym, wyrzutem sumienia tak potężnym, że nie da się go zamieść pod żaden dywan. 
Udało się. Serial Amazona to istotnie fresk o sile kolubryny. Jenkins wyważa mit swego kraju, oparty niby na pionierach, westernach, odwadze, swobodzie i podboju, a naprawdę na niegodziwości, okrucieństwie, wyzysku, rzezi i gwałcie.

Serial „Kolej podziemna” powstał na podstawie powieści Colsona Whiteheada

Czterystustronicowa powieść Colsona Whiteheada, nagrodzona Pulitzerem i National Book Award znalazła się na liście ulubionych tytułów Oprah Winfrey, Baracka Obamy i innych wpływowych czarnych Amerykanów. W jej wizji, podobnie jak wielu współczesnych historyków z Howardem Zinnem na czele, Ameryka to kraj, który zbudowano na grabieży oraz na prześladowaniach, a dziś chciałby „Make America Great Again”, choć żadnej humanitarnej potęgi nie było. Kłamie więc i fałszuje przeszłość, obiecując swoim obywatelom wolność i samostanowienie, choć u podstaw w dalszym ciągu stoją rasizm, przemoc, obojętność na cierpienie. Jak pisze autor „Kolei podziemnej”: „Skradzione ciała pracowały na skradzionej ziemi. To silnik, który nigdy się nie zatrzyma, z głodnym kotłem dokarmianym krwią”. Niewolnictwo nie ma końca, ukrywa się tylko w innych, bardziej subtelnych formach i przebiera w cywilizowane fatałaszki fałszywej tolerancji, równości obywateli tylko w teorii i w braku odpowiedzialności za niesprawiedliwą machinę systemu.

(Fot. Materiały prasowe)

Serial Jenkinsa to potężna panorama losów zbiegłej niewolnicy, rozpisana na 10 odcinków mówiących o tym, jak Cora (Thuso Mbedu) za namową ukochanego Ceasara (Aaron Pierre) ucieka z plantacji drogą podziemnej kolei, którą pod całym krajem czarni zbudowali dla siebie, bo przecież wszystko, co na ziemi też zbudowali dla białych. 

Ceasar jako jeden z niewielu niewolników nauczył się czytać, przyświeca mu lektura „Podróży Guliwera” Jonathana Swifta. Jednak przygody giganta w krainie liliputów czy innych krain nie będą mu dane. Odwiedzi je natomiast dziewczyna. Cora rusza w dalszą ucieczkę, bo przypadkiem, broniąc się przed napaścią, w szarpaninie zabija białego. Odtąd ściga ją łowca niewolników Ridgeway (Joel Edgerton). Paradoksalnie nie on ją znajduje, ale to ona jego. Są jednym, obraz ich twarzy łączy się na przenikaniu. Pojawiają się też inne postaci jako jej towarzysze: dziewczynka imieniem Grace czy zagłodzony na śmierć wojownik Samson. Rozmowy z duchami, przejścia w inne czasy, do odległych krain, rojenia na jawie. To wszystko ujęte jest w ramy obrzędów, takich jak pochówek niemowlęcia, którego grób udekorowany jest wzorem z małży, czy zabawa podczas żniw w to, kto odnajdzie czerwoną kolbę kukurydzy i wygra wielką nagrodę.

Kolej podziemna to jeden z najpiękniejszych mitów w kulturze amerykańskiej

Styl tej historii można uznać za realizm magiczny, bo wszystko jest tu możliwe, duchy zmarłych wstępują w żywych, a ludzie stapiają/zamieniają się duszami. Kolej podziemna to metafora, a zarazem mit, jeden z najpiękniejszych w kulturze amerykańskiej. Oznacza tajną siatkę powiązań, ludzi, środków transportu i miejsc, która pomagała niewolnikom stać się wolnymi ludźmi. Obalała przekonanie, że na swoje trzeba sobie zapracować jak w Europie, gdzie chłop, który urodził się jako czyjaś własność, mógł co najwyżej się wykupić i zacząć pracować na swoje, w dalszym ciągu odrabiając pańszczyznę. Jednak wtedy też istnieli ludzie, którzy wzajemnie wspierali się w odzyskaniu prawa do życia, byli również tacy, którzy ukrywali zbiegów, chronili ich, nierzadko ryzykując własnym życiem. Jak mozolnym, niemożliwym i długotrwałym procesem było wyrwanie się z okowów niewolnictwa, pokazuje ponad dziewięć godzin filmu, dekalog, którego tylko dwie części są nieco krótsze niż godzina. Co ciekawe, happy end następuje już w drugim odcinku i – jak łatwo można odgadnąć – okazuje się fatamorganą, z której również trzeba uciec, jeśli nie chce się umrzeć z pragnienia.

(Fot. Materiały prasowe)

Pociąg parowy, który jeździ po torach w głęboko wydrążonym tunelu, przypomina tu fantastyczne urządzenia Julesa Verna z „200 mil podwodnej żeglugi” albo z „Podróży do wnętrza Ziemi”. Trzeba tylko umieć dostrzec sekretny wlot do rozległych, ukrytych przestrzeni i zdobyć się na odwagę wkroczenia w głąb mroku. Podziemia, które zwykle kojarzą się ze śmiercią, grozą, złą mocą, tutaj kryją bezpieczne schronienie. Wystarczy wsiąść na drezynę albo nacisnąć klamkę eleganckiej, przytulnej salonki z zasłonkami w oknach i wzorzystą tapetą, a konduktorka usadzi nas wygodnie i poczęstuje herbatą. Brzmi to jak bajka, zwłaszcza gdy punktem wyjścia jest obóz pracy, gospodarstwo-więzienie, utrzymujące majętnych posiadaczy ziemskich wysiłkiem tych, którzy na nich pracują, bo są ich własnością. Ogrom przemocy, jaka zostaje odmalowana w tym serialu, epatuje cierpieniem nie do pomyślenia. W jednej scenie na stosie pali się zbiegły niewolnik, zawieszony za ręce na łańcuchach, i podczas gdy w płomieniach zwęgla się jego ciało (na co zmuszeni są patrzeć inni niewolnicy), biali państwo tańczą walczyka. Obrazowanie jak z horroru służy temu, by stworzyć epickie dzieło.

Serial Barry’ego Jenkinsa jest prawdziwie epicki

Jeszcze niedawno epicki mógł być tylko melanż, ewentualnie epickie ceny za epickie wakacje. Anglicyzm ten był w polszczyźnie tak nadużywany, aż chciało się puścić epickiego pawia. Na szczęście moda minęła i można przypomnieć sobie, co naprawdę znaczy to słowo. 

Epicki to widowiskowy, pełen rozmachu, złożony ze struktur narracyjnych jak „Spartakus”, „Faraon” albo „Władca pierścieni”. Serial Barry’ego Jenkinsa ma te same ambicje: stworzyć sążnistą księgę historii oddającej istotę niewolnictwa. Odwykliśmy od tak potężnych produkcji historycznych, jak i od czytania tysiącstronicowych powieści, więc miejscami trudno jest wytrzymać ten seans. O ile jednak nie zmogłam książki, stanowiącej kanwę dla serialu, to ekranizację obejrzałam do końca. Momentami, przyznam, nieco przysypiając i gubiąc wątek, ale za każdym razem znajdując się na nowo.  

Główna bohaterka bowiem podróżuje nie tylko z Georgii do Karoliny Północnej, Południowej, do Tennessee i do Indiany, nie tylko zmieniają się wtedy pory roku, czasy czy wersje historii, ale i zmienia się status opowiadania. Od pewnego momentu biletem, który pozwala Corze jechać dalej, jest dowód na to, że dała świadectwo swoich przeżyć. Składanie zeznań jest walutą, zapisywaną skrupulatnie przez strażniczki sieci kolejowej. Trzeba ją wnieść w każdym kolejnym stanie jak przepustkę otwierającą kolejny odcinek trasy. Subiektywne przeżycie wcale nie znaczy prywatne ani indywidualne, tylko odnosi się do konkretnych uczuć, do prawdy doświadczenia i w ten sposób buduje wspólnotę. Można ją stworzyć tylko dzięki kolejnym głosom. 

Jest taka scena pod koniec serialu, w której słychać całe pięć minut miniatury fortepianowej „Clair de la Lune” Claude’a Debussy’ego, a na ekranie widać twarze niewolników wodzących wzrokiem za kamerą. Powolna jazda kamery i to szczególne spojrzenie, przypominające klasyczne malarstwo albo święte obrazki oparte na tym samym optycznym triku, dają wrażenie, że oto jesteśmy w muzeum albo w kościele, w milczeniu doświadczając szczególnej obecności historii. Jest to zarazem scena miłosna, bo Cora znajduje poczucie bezpieczeństwa i dojrzewa wreszcie do zbliżenia. Pozwala Royalowi (William Jackson Harper) dotknąć swoich blizn po chłoście, sama kładąc mężczyźnie rękę na sercu. W tej chwili bohaterka wreszcie ożywa, bo dotychczas oglądaliśmy tylko jej wydrążone ciało, niesione nurtem przygód, ale pozbawione własnych potrzeb.

(Fot. Materiały prasowe)

„Kolej podziemna” mówi o tym, jak działa porządek oparty na dominacji

Nie wszystkie odcinki opowiadają o Corze. Jest też miniatura o jej towarzyszce oraz retrospekcja o matce, która porzuciła ją, uciekając z plantacji. Działanie Mabel (Sheila Atim) różni się od ucieczki córki tym, że ona próbowała dogadywać się z panem, u którego służyła. Przekonywała go do zmiany zdania, wstawiała się za niewolnicą z innego majątku, a tymczasem musiała zginąć podczas ucieczki, bo nie była wystarczająco przygotowana do przetrwania. 

Jeden z odcinków mówi o tym, jak chłopak, wychowany w szacunku do czarnych, nagle zaczyna na nich polować. Teoria „wielkiego ducha”, w którego dotknięcie nie wierzy młodzieniec, przechodzi w ideę przypominającą nietzscheańskiego nadczłowieka, wolę mocy i moralność pana kontra moralność niewolnika. A pomyśleć, że impulsem, dla którego Ridgeway obiera drogę polowania na ludzi, jest poczucie bycia gorszym i chęć udowodnienia sobie, że można podporządkować sobie innych, marząc o wyższym statusie. Ma też „swojego czarnego” na usługach, Homera, posłusznego bez zastrzeżeń chłopca w liberii, którego chwilami wychowuje i traktuje jak syna. 

Serial jednak traktuje o tym, jak czarni dogadani z białymi uwikłani są w zagładę swojej rasy, niczym ci z nas, którzy w Auschwitz odgrywali role kapo. Podobieństwo do Holocaustu jest nieprzypadkowe, bo wiele wątków – publiczne egzekucje, ludobójstwo, eugenika czy ukrywanie zbiegów na strychu – wyjęto z filmów o nazizmie, więc można powiedzieć, że „Kolej podziemna” to rodzaj listy Schindlera. Tu też likwidacja staje się celem samym w sobie, zbiegła ścigana stanowi niebezpieczeństwo dla wioski, pojawia się też utopijna wizja pozornie szczęśliwej farmy Valentine, enklawy, w której czarni niczym na wyspie mogą żyć w spokoju do czasu, aż biali nie złamią tej umowy. Każdy porządek oparty na dominacji wreszcie upada i doprowadza do rzezi niewinnych ludzi.

Zamiast bawełny nadzieja tkwi w innej roślinie. Symbolem trwania, siły i spuścizny przodków stają się nasiona okry – suche kuleczki podobne do ziaren pieprzu, które niewolnicy przywieźli ze sobą z Afryki. Okra, zwana także ketmią i piżmianem, to zielony, podłużny owoc, trochę jak cukinia, ogórek albo papryczka, bardzo zdrowy, który da się smażyć, jeść na surowo i prażyć na kawę. Bohaterom serialu kojarzy się z kuchnią, która zawsze gdzieś się warzyła, dobrze znana, własna, domowa. To w okrze Barry Jenkins upatruje smaku codzienności, nadziei na normalne funkcjonowanie. Akurat ten szczegół nie był wydobyty w książce, ale reżyser dodał go jako przeciwwagę dla uprawy bawełny, która choćby nie wiadomo jak organiczna, fair-trade, wybielona, po dwóch wiekach niewolnictwa już zawsze będzie nosić w sobie ślad kalwarii.

Adriana Prodeus
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Demontaż atrakcji: „Kolej podziemna”
Proszę czekać..
Zamknij