Znaleziono 0 artykułów
18.07.2020

Demontaż atrakcji. Mogę cię zniszczyć

Kadr z serialu Mogę cię zniszczyć (Fot. materiały prasowe HBO)

Gdzieś tam, za górami, za lasami żyje sobie idealna ja, która jest doprawdy wspaniała. O wszystkich kolorach zakłamywania siebie opowiada świetny serial HBO. Michaela Coel obdarza intensywnością każdy piksel ekranu w taki sposób, że mógłby on eksplodować.

W walce z ego wszystkie chwyty są dozwolone. Opowiadał mi kolega, który ćwiczy zen w Japonii, że w klasztorze mistrz krzyczy na uczniów, bije ich kijem po plecach, żeby nie zasypiali podczas medytacji ani nawet nie przymknęli powiek. Ma to pomóc w skupieniu i wskazywać drogę do oświecenia. Chodzi jednak o cios zadany z miłością – jakkolwiek brzmiałoby to absurdalnie. Ale jak zachować zen, gdy ktoś czyni nam krzywdę umyślnie, okrutnie, z satysfakcją? O współczuciu ofiary gwałtu wobec jego sprawcy pisał David Foster Wallace w „Krótkich wywiadach z paskudnymi ludźmi”, tłumacząc, jak to jest dowiedzieć się nagle, że „świat potrafi cię zniszczyć po prostu ot tak”, i przyjąć to za wiedzę, która zmienia życie. Choć wydaje się to mniej więcej tak łatwe do realizacji jak nirwana, otwiera jakąś klapkę w głowie, o której istnieniu nie miałam pojęcia.

„Mogę cię zniszczyć” – mówi bohaterka serialu do swojego ego, co brzmi cokolwiek buńczucznie. Bo na razie ego niszczy ją, czego świadkami jesteśmy w pierwszych odcinkach nowej produkcji HBO. Arabella to nie księżniczka z czeskiego serialu z lat 70. i 80., która obracała na palcu czarodziejski pierścień, tylko współczesna księżniczka Instagrama, czarna milenialska z Londynu, która zrobiła furorę książką na Twitterze, a teraz próbuje napisać drugą i stać się pisarką. Trudne, zwłaszcza gdy oczekiwania są napompowane, a Arabelli sodówka zdążyła uderzyć do głowy. Jeszcze trudniejsze dlatego, że jej codzienność jest karuzelą używek – koksu, dropsów, blantów, kwasu, alkoholu, papierosów i czego tylko zapragnie. Przekonanie, że stany odurzenia napędzają wenę, powinniśmy wreszcie włożyć między bajki, skoro zmarł już największy apologeta chlania w literaturze polskiej – Jerzy Pilch. O ile lepszym pisarzem byłby, gdyby nie pił, możemy sobie tylko wyobrazić. Substancje zmieniające świadomość służą do ochrony ego, bo skoro po pijaku, w odlocie, na kacu i zjeździe narkotykowym tworzy się tak dobre rzeczy, to jak wspaniałe byłyby, gdyby powstały na trzeźwo? Nie mamy szansy się dowiedzieć, na wszelki wypadek będąc cały czas na bani.

Kadr z serialu Mogę cię zniszczyć (Fot. materiały prasowe HBO)

Właśnie w takim stanie jest Arabella, która nosi różowe włosy i widzi świat w tym kolorze. Nic dziwnego, wszak jest kobietą sukcesu: młodą, odważną, rozrywaną. Ma fanów na poczekaniu rzucających cytatami z jej książki. Nie zadaje sobie jeszcze pytania, czy literatura to coś więcej niż zbiór cytatów. Nie umie mozolnie uprawiać tekstu wzorem swego współlokatora, który uprawia rośliny. Chce tylko, żeby coś fajnie brzmiało. Zależy jej, by powtórzyć sukces debiutu, i to tyle, co ją interesuje. Chyba nawet nie wierzy, że mogłaby stać się prawdziwą pisarką, a nie tylko autorką aspirujących do literatury tweetów.

Na zewnątrz fantastyczna, wyluzowana, zabawna, w środku jest martwa, co okazuje się dopiero po nocy spędzonej w nocnym klubie o szumnej nazwie Ego Death Bar. Idzie tam, choć ma dokończyć tekst. Tylko na godzinkę, żeby odpocząć od pracy. Ustawia sobie nawet budzik. Bo przecież ma kontrolę nad imprezowaniem i świadomie oddaje się prokrastynacji. Któż nie zna tego mechanizmu? Po co tak sobie utrudniamy życie? Odkładanie czegoś na ostatnią chwilę zabezpiecza ego, żebyśmy mieli o sobie lepsze zdanie. Zmniejszając czas potrzebny na wykonanie zadania, zwiększamy ryzyko porażki i jeśli jakimś cudem się uda, możemy być dumni, że zrobiliśmy to mimo przeszkód. O ile lepszy byłby efekt, gdybyśmy mieli więcej czasu? Ho, ho, na pewno byłby genialny, gdybyśmy pracowali w swoim najlepszym trybie. Niestety, nigdy się tego nie dowiemy, bo najlepszy tryb nigdy się nie zdarza. Będziemy więc ciągle rzucać sobie kłody pod nogi, piętrzyć trudności, byle mieć przekonanie, że gdzieś tam, za górami, za lasami żyje sobie idealna ja, która jest doprawdy wspaniała.

Choć podczas balowania w Ego Death Arabelli urywa się film, to jakimś cudem kończy książkę. Tyle że nie poznaje tego, co napisała. Rozczarowanie, jakiego wtedy doznaje, uruchamia łańcuch zdarzeń, które radykalnie ją zmienią. Uświadomi sobie, że jest ofiarą seksualnej napaści i wcale nie jest tak sprawcza, jak sobie myślała. Choć nie dąży żadną ścieżką duchową, zastanawia się, co naprawdę się zdarzyło. Szuka też spokoju, więc uczy się „zen nap...ć” – jak rapował Jan Peszek w #hot16challenge. Na początek próbuje zrozumieć siebie, a w sumie i nawet nie to – po prostu zza fantazji na własny temat zaczyna wysyłać sobie sygnały dymne.

Serialem żądzą trójkąty, a raczej ich niemożliwość. Przyjaciele Arabelli przechodzą podobny proces co ona. Terry myśli, że jej największym wyzwoleniem było menage a trois, a tymczasem okazuje się, że padła ofiarą mężczyzn, którzy zwabili ją w grę między sobą. Małżeństwo Kat i Simon zaprasza Alissę do łóżka, tyle że Kat nie wie, że jej mąż i dziewczyna od dawna są kochankami. Propozycja, by poszerzyć związek o nowe osoby, jest pozorna, bo w rzeczywistości oboje na boku kogoś mają. Odgrywają poliamorię przed sobą nawzajem, żeby skuteczniej kontrolować partnera. Kwami zaprasza chłopaka, który się w nim podkochuje, do trójkąta z chłopakiem poznanym na Grindrze. Traci nie tylko szansę na miłość, ale i poczucie bezpieczeństwa.

Główne pytanie, jakie stawia serial, to: czy wyzwolona seksualnie osoba może być wykorzystana? Czy pozorna emancypacja naprawdę jest zgodą na uprzedmiotowienie? Okazuje się, że – jak pisał David Foster Wallace – „nikt nie jest w y ł ą c z n i e ofiarą i nic nie jest w y ł ą c z n i e negatywne ani w y ł ą c z n i e niesprawiedliwe” (przekład: Jolanta Kozak). Arabella oraz jej przyjaciele zaczynają dostrzegać własne uwikłanie w to, co im się przydarza. W to, że zamkną za kimś drzwi albo kogoś wpuszczą. Jeszcze nie biorą odpowiedzialności za swoje czyny, ale przynajmniej starają się przewidzieć konsekwencje.

Kadr z serialu Mogę cię zniszczyć (Fot. materiały prasowe HBO)

Serial jest zbiorowym portretem pokolenia milenialsów: świadectwem tego, jak pryskają ich czy raczej nasze złudzenia, bo nie będę udawać, że do tej grupy się nie zaliczam. Rzuceni na podbój świata zajmujemy się tylko przedmiotami i siebie też w końcu traktujemy jak przedmiot. Przestajemy być wolni, stajemy bezosobowi. Nie wiemy nic o sobie nawzajem ani o sobie samych, prócz tego, co powiedzieli nam inni o tym, kim jesteśmy. Żyjemy w czymś w rodzaju zbiorowej hipnozy, w której mamy być dynamiczni, kreatywni, dyspozycyjni, elastyczni, wydajni jak trybiki machiny, a nie czujący ludzie. Uświadomić to sobie znaczy odzyskać własne granice. Tak samo w pracy, w rodzinie, przyjaźni, w seksie. Impulsem do przebudzenia jest drastyczne doświadczenie, dla każdego w innej odmianie.

Tłumaczy Wallace: „Dowiadywać się, że inna istota ludzka może (…) widzieć w tobie rzecz, nie osobę, tylko rzecz, lalkę do dymania, worek treningowy czy po prostu dziurę, zwyczajną dziurę, [jest] kosztowną ekspresową wycieczką w ten rejon ludzkiej kondycji, o którym wszyscy mówią, tak jakby go znali, ale w istocie nawet go sobie nie wyobrażają, nie są w stanie, chyba że tam byli”.

Na czym więc polega wiedza płynąca z utraty wszystkich przywilejów, praw i granic? Z bycia przez moment czymś zupełnie przenikalnym, a wręcz przenikniętym na wylot. „Nadal jesteś żywa, więc czy to, co zostało, to jesteś ty? A co to jest? Co teraz znaczy t y? I teraz właśnie przychodzi moment odsłonięcia kurtyny, teraz gdy dowiadujesz się, czym j e s t e ś dla siebie samej. (…) Od tej chwili można w y b r a ć bycie czymś więcej, jeśli się chce, można z własnej woli w y b r a ć bycie istotą ludzką i nadać temu jakiś s e n s”. Arabella, Terry i Kwami wybierają świadomą zgodę (consent) na to, co chcą, by robili im inni, i na to, co sami chcą robić.

Świat „Mogę cię zniszczyć” wygląda początkowo jak z filtrów Instagrama i TikToka, zanim nie stanie się realistyczny i oparty na szczególe jak dobry dokument. Stylistyka skacze od Sasa do Lasa z dużym wdziękiem. Narkotykowa jazda pokazana jest jak reklama ćpania, może nie tak kusząco jak w „Euforii”, ale też sexy. Pokazuje fizjologię, może nie tak wstrząsająco jak „Trainspotting”, ale też ostro. Nie grzęźnie jednak ani w brokacie, ani w wymiotach, tylko idzie dalej, dążąc do uchwycenia emocji. Najlepiej wychodzi to w retrospekcji, gdy nastolatki zaczynają wchodzić w dorosłość w sposób, który długo będzie na nich ciążył. Atmosfera tamtych czasów: granie w węża na starej nokii, słodki hit „Babycakes” 3 Of A Kind i barwne pasemko na balejażu uświadamia, jak niewinne były dziewczyny, które kiedyś chciały same stanowić o sobie. Źle pojęta emancypacja, seksizm, rasizm i powierzchowne wyzwolenie okazały się niczym więcej jak odtwarzaniem kolejnych kategorii Pornhuba: threesome, bisexual, interracial. W seksie to ważne pytanie: kto wymyśla nasze fantazje? Do jakiego stopnia wolno używać innych osób? To nie moralizatorstwo, tylko obserwacja niedawnej historii. Cofnięcie się do epoki, gdy słodka Britney Spears ogoliła się na łyso i było to spektakularnym wydarzeniem, pokazuje, jak zmieniły się konwencje feminizmu w samym tylko XXI wieku. Jaka będzie przyszłość? Tego serial nie potrafi przewidzieć. Wyobraża sobie scenariusz ni to z „Kill Billa”, ni z „Adaptacji” Charliego Kaufmana, naprawdę nie potrafiąc wystawić głowy poza kurtynę czasu. Może to i dobrze, bo za dużo dziś wszędzie wizji przyszłości: apokaliptycznej, dystopijnej, sztucznointeligenckiej. Najlepiej wytropić ją w teraźniejszości: chaotycznej, z rozbieganym wzrokiem i ciągłą zadyszką – sprzed wyhamowania, jakie dała pandemia. Michaela Coel obdarza swą intensywnością każdy piksel ekranu do poziomu, w którym mógłby on eksplodować. Napisała, wyreżyserowała i zagrała główną rolę. Jest kolejną po Natashy Lyonne („Russian Doll”) i Phoebe Waller-Bridge („Fleabag”) autorką serialową, która opowiada o pogubieniu młodej kobiety we własny sposób. Pokazała wprawdzie, co potrafi, w „Chewing Gum” i „Black Earth Rising”, ale dopiero w „Mogę cię zniszczyć” poszła na całość. Przypomina Lenę Dunham z „Dziewczyn”, której byłaby czarną, drapieżną i straceńczą siostrą. Również początkująca pisarka szuka zarówno miłości, jak i seksualnych doznań, ale w przeciwieństwie do Dunham motorem działań nie jest dla niej ekonomia, tylko polityka – przez nią uświadamia sobie, kim chciałaby być. „Do gwałtu nie myślałam, co znaczy być kobietą. Byłam skupiona na byciu czarną i biedną. Teraz dołączam do plemienia kobiet. Czy można należeć do wielu plemion naraz?” – pyta.

Kadr z serialu Mogę cię zniszczyć (Fot. materiały prasowe HBO)

 

Kadr z serialu Mogę cię zniszczyć (Fot. materiały prasowe HBO)

„Mogę cię zniszczyć” – te słowa sygnalizują wiele wątków, jakie porusza ten serial. Może je mówić Bella do swego ego, gwałciciel do ofiary albo fan do swego idola. Fraza ta może wyrażać też wolę zemsty. Albo nieustannego, codziennego zwycięstwa. Sława, za którą bohaterka ślepo podąża, odrywa ją od prawdziwych więzi, które zastępuje lajkami i uznaniem obcych osób. Przyjaciele są po to, by ją wspierać, ona zaś prześlizguje się po nich. Przybieranie ról dla Arabelli bywa zabawą, ale czy któraś z nich jest autentyczna? Zwiastun serialu sygnalizuje, że jest to komedia. Owszem, zachowania bohaterki z początku wydają się dowcipne, ale potem uśmiech tężeje na twarzy. Przemiany następują tu brutalnie, poprzez ciało, skąd bohaterowie dopiero kierują się do duszy. Tekst powieści Belli powstaje samoczynnie, trochę jakby pączkował. To fragmenty wydarte życiu, a nie zgrabne tweety. Dopiero na końcu autorka zdaje sobie sprawę, co napisała. Niestety, muszę przyznać, że serial też staje się nieco nadęty, zwłaszcza w odcinku o przekraczaniu granic i wchodzeniu w czyjąś przestrzeń, gdy Arabella wchodzi do mieszkania swojego włoskiego chłopaka, a potem do morza. Symbolika wody sugeruje głębsze znaczenia, których tutaj nie ma. Nie wszystkie wątki są też wystarczająco rozwinięte. Związki Kwamiego i Terry, problem z ojcem Belli zarysowano ledwo, ledwo i już serial biegnie dalej. Ale ten bałagan oddaje stan portretowanego świata.

 

To obraz współczesnej płynnej tożsamości. Arabella zapomina języka, w którym się wychowała, i nie pamięta, kogo schowała pod łóżkiem. Została nadużyta przez mężczyzn, ale sama też nadużyła zaufania. Nic się tu nie kończy, żadna relacja ani zdarzenie. Powracają pod inną postacią, zmieniając formę lub sens. Jakby bohaterka była toczącą się kulką, obrastającą w coraz to nowe kłopoty, a zarazem pękniętą w pół i rozpadającą się coraz bardziej. Mimo to chce się zlepić na nowo, odgrzebać kawałki, które były w niej autentyczne. Ostatecznie ego nie umiera i nie następuje żadne oświecenie. Ale już zdanie sobie sprawy z jego mechanizmów pomaga mocniej stanąć na ziemi. Nic nie jest ostatecznie wyjaśnione, jak śledztwo, które kończy się w martwym punkcie. Coel oddaje rację życiu i robi serial taki jak ono – szalone, pełne nadmiaru i bez żadnej konkluzji.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę