Znaleziono 0 artykułów
30.11.2019

Demontaż atrakcji. Rap i gender

FKA Twigs (Fot. Getty Images)

Być bardziej męską niż faceci? A może świadomie stać się obiektem seksualnym? W jaki sposób kobiety określają dziś swoje miejsce w hip-hopie, pokazują FKA Twigs i Young M.A na koncertach w Nowym Jorku. 

Odkąd gender objął władzę nad światem, nie wiadomo, kto chłop, kto baba. Odkąd rap zastąpił ładne melodie, nie ma już hitów bez brudnego języka. Świat się kończy – widać na każdym kroku. Nie pomagają tu wcale kobiety raperki, na scenie używające jeszcze wulgarniejszych słów niż faceci. Ubrane w coś, co nie wiadomo, gdzie ma przód, gdzie tył. Mówiące w imieniu nie wiadomo kogo. A chciałoby się, żeby wszystko było po staremu. Żeby kobieta miała długie włosy, torebkę i nogę na nogę, facet zaś zarost, krawat i żeby całował rączki. Dlatego wśród koncertów zagranicznych gwiazd w naszym kraju coraz częściej można wybierać między duetem Al Bano i Romina Power, Chrisem de Burgh albo Sandrą. W Polsce najlepiej sprzedaje się nostalgia. Na szczęście czasem nie ma wyjścia i trzeba zaryzykować oglądanie czegoś całkiem niespodziewanego. Na przykład w Nowym Jorku, gdzie w salach koncertowych królują queer i hip-hop.

Young M.A  (Fot. Getty Images)

W ciągu paru dni odwiedziłam dwa koncerty wokalistek, które gender i rap mają w DNA, za każdym razem tworzą one jednak zupełnie inną układankę. Prawie jak człowiek i banan, których łańcuch zgadza się podobno aż w 50 proc. Choć obie rapują i formułują tożsamość kobiecą, queer na swój sposób, to efekty ich działań radykalnie się od siebie różnią.
Pierwsza to FKA Twigs – performerka zmieniająca kostiumy do każdej piosenki, wcielająca się w „Magdalene” – uosobienie świętej nierządnicy. Druga to Young M.A – nonszalancka bad girl w luźnym dresie, będąca tomboyem władczo uwodzącym kobiety. Obie wystąpiły właśnie na głównych nowojorskich scenach. Pierwsza w obleczonym złotem i purpurą dawnym kinie i kabarecie King's Theatre, gdzie w holu stoją ponadstuletnie organy, wokół których szemrze ploteczkami eleganckie towarzystwo. Druga zaś w Bowery Ballroom – piwnicznym imprezowym klubie, gdzie wokół baru ścielą się nieprzytomni od używek fani. 
Każda z artystek ewidentnie kocha swoją publiczność i w jakimś momencie występu wyznaje ze sceny, jak bardzo potrzebuje tego uznania. Każda też po pierwsze jest świetną MC, a wszystko, co dokłada do rapu, stanowi rozwinięcie hip-hopowej licentia poetica. Obie pokazują, jak odgrywać swoją płeć w zdominowanym przez mężczyzn świecie silnych stereotypów hip-hopu.

Mało kto pamięta, że pierwszą raperką, która zrobiła solową karierę, jest MC Lyte, która w 1988 roku nagrała debiutancki album „Lyte as Rock”, wystąpiła też w remiksie „I Want Your” Sinead O'Connor oraz w klipie, który był wtedy hitem MTV. Najważniejsze jednak, że w 1993 roku była nominowana do nagrody Grammy jako pierwsza artystka hip-hopowa w historii. Później występowała razem z Janet Jackson oraz robiła karierę w aktorstwie. Jednak dzisiejsze MC nie nawiązują do twórczości tej pionierki damskiego rapu. 
Raczej odwołują się do kobiet, które nadeszły później, szczególnie do Missy Elliott. Żywioł energii i lawina rytmów połamanych na wszystkie sposoby, ale przede wszystkim włączenie ciała raperki do świata hip-hopu na jej własnych zasadach – to osiągnięcia Elliott, która w tym roku jako pierwsza kobieta weszła do Songwriters Hall of Fame zajmując trzecią pozycję wśród raperów piszących piosenki (po Jayu-Z i Jermaine Dupri). Wizjonerskie brzmienie i styl jej teledysków z końca lat 90. wciąż inspirują młode kobiety do wzięcia spraw w swoje ręce, jeśli nie chcą wyłącznie występować gościnnie na płytach kolegów. I jeśli chcą opowiadać muzyką o własnych emocjach, a nie tylko o tym, co sądzą o nich inni.

FKA Twigs (Fot. Getty Images)
Young M.A  (Fot. Getty Images)

Puls FKA Twigs czuje każdy, kto siedzi w pluszowym fotelu King's Theatre. Spektakl opóźnia się o ponad godzinę i zaczyna występem samej wokalistki, która stepuje przy zasuniętej kurtynie do szalonych, elektronicznych bitów. Wykonuje to mistrzowsko niczym zepsuta, nawiedzona zabawka. Wygląda trochę jak istota z innej planety, jakiegoś science-fiction, a trochę jak trefniś w dresowym fraku, zarazem stwór o świecących, błędnych czerwonych oczach. Tętniąca seksualną energią mechaniczna tancerka odgrywa uwerturę solo do swej przedziwnej opery. Gdy po 20 minutach odsłania się kurtyna i widać już całą wysoką scenę, gdzie tło stanowi błękitna, fałdowana tkanina z namalowanymi chmurkami, gwiazda tańczy nisko na nogach, zamiera w sztywnych pozach i śpiewa czystym sopranem jakby z chłopięcego chóru. Co chwila znika za kulisami, żeby zdjąć turban z białych piór albo założyć eklektyczną suknię na stelażu, łączącą stroje ludowe z różnych kultur, a jej kilkuosobowy zespół wykonuje teatralne układy z elementami breakdance'u. Nawiązują trochę do hip-hopu, ale więcej widać ruchów baletowych, z tańca nowoczesnego, z jazzu. Często wykonują dramatyczne, teatralne gesty, noszą nawet maski, pomarszczone i popękane jak skorupy czegoś, co było kiedyś twarzą. Commedia dell'arte miesza się tu z epoką elżbietańską, Alladyn z gejszą, Mongolią i wodewilem. 

Tak eklektycznie bawiła się wizerunkiem wczesna Björk. Albo Erykah Badu, która zresztą kibicuje młodszej koleżance. Podobne jak u tamtych artystek niepohamowane cytowanie i przerabianie jednego w drugie, zamiast odsłaniać, ukrywa ciało FKA pod kostiumem. Spod jego wielu warstw wyłania się drobna, umięśniona kobieta, która zarazem ucieka od samej siebie i manifestuje swoją obecność. Jej Maria Magdalena to wcale nie święta prostytutka, która nawróciła się po tym, jak była grzesznicą, obmyła stopy Jezusa i poddańczo wytarła je własnymi włosami. Raczej kobieta, która uparcie próbuje być sobą i wybiera do tego celu najbardziej zawoalowane wcielenia. Jak niegdyś Prince, jej sceniczny idol. Równolegle do tekstów piosenek snuje drugą opowieść za pomocą strojów zapożyczonych z wielowiekowych mód mówiących o historii wyzysku, niewolnictwa i europejskich kolonii. Przypomina mi rzeźby Yinki Shonibare, nigeryjskiego artysty z Londynu: jego posągi we wzorzystych, papuzich ubraniach, zastygłe w absurdalnych, ironicznych pozach. A także senne akty Leonor Fini, argentyńskiej surrealistki, u której zmysłowość miesza się z melancholią, a płeć z zasady bywa wieloznaczna. FKA wydaje się do tego stworzona, raz prawie mdleje w olbrzymich fałdach duszącej tkaniny, a innym razem pokazuje sztukę szermierki przyczajona, rzutka, błyskawicznie zmieniająca pozycję.

Kenneth “Zoo” Petty, Young M.A, Nicki Minaj i DJ Clue (Fot. Getty Images)

Kobieta zmienną jest? Czy taka jest współczesna rola raperki? Ewidentnie ten spektakl kuszenia i ciągłej ucieczki działa na odbiorców. Niemal słyszę, jak wzdychają, widzę po twarzach, jak się rozmarzają. W tłumie tańczą wraz z nią, wykonując uniesionymi dłońmi miękkie, okrągłe ruchy. FKA buduje przed sobą niewidzialną ścianę, nie nawiązuje kontaktu z publiką, nic nie mówi ani nie reaguje. Czasem tylko długą pauzą wymusza całkowitą ciszę. Zawsze jednak ktoś ją przerywa, wrzeszcząc, że ją kocha albo też poślubi. Innym razem fani wręcz na siebie krzyczą, że przeszkadzają sobie nawzajem w kontemplacji tego performansu. Na to jest obliczony, aby postrzegać go jako dzieło sztuki. Sama FKA chętnie wchodzi w rolę materii, z której ten spektakl jest ulepiony. Ustawia się w roli obiektu, jaki mamy podziwiać. Paradoksalnie odwraca całą sytuację pod koniec koncertu, występując w obłędnym tańcu na rurze. Zawisa poziomo na jednej nodze, płynnie zmieniając figury w najbardziej niemożliwe kombinacje. Imponująca technicznie, perfekcyjna w każdym calu robi z pole dancing dziedzinę, w której ciało kobiety należy wyłącznie do niej samej. W wykonaniu FKA Twigs ten sposób tańca stanowi źródło kobiecej energii, które wciąż trzeba w sobie odnawiać. 

W finale koncertu wykonuje rozdzierający utwór „Cellophane” a capella, znów przy zasłoniętej kurtynie. Zwierza się z niedawnego rozstania (z Robertem Pattisonem, o czym pisały brukowce), z choroby, słabości i tego, że potrzebuje być kochana. Puentą ma być jej poświęcenie: „czyż nie zrobiłam tego dla ciebie?”, stereotypowo kobieca rola, jakby wyrzut Marii Magdaleny, która wcale nie była zbawiona, a przecież dla niego przestała być nierządnicą. Trudno nie widzieć w tym wielkiej ironii, skoro parę lat temu sama FKA zapewniała w wywiadach, że jako prosta dziewczyna z brytyjskiej prowincji nie marzy o niczym innym niż spokojne życie w domu na wsi, z mężem oraz gromadką dzieci. Ciekawe więc, dlaczego proste wiejskie dziewczęta z Gloucestershire nie tworzą w tym celu teatralnych, wyrafinowanych performansów, a jednak udaje im się to zrealizować.

Zupełnie inaczej wypada koncert Young M.A. na trasie „Herstory”, pomyślanej na antypodach tego, co jest sednem „Magdalene”. Wyznania wprost o tym, co przeżywa, o tym, co kręci i złości czarną lesbijkę z Brooklynu. Klub Bowery Ballroom, w którym odbywa się występ, to kultowa scena niezależna w Nowym Jorku, gdzie grali m.in. Kanye West, Lou Reed, Metallica, R.E.M., Joan Baez czy Lady Gaga. 
Zanim Young M.A wejdzie na scenę, trwa regularna impreza, która nie zamiera, gdy raperka zakończy swój występ. Pierwsze wrażenie z niego to poczucie, że jest to spotkanie, które brzmi prawie niemożliwie. Spotkanie ponad 500 bliskich sobie osób, które łączy znajomość każdej linijki tekstu utworów artystki. Spotkanie ziomków z dzielnicy – tej i kilku sąsiednich, którzy falują w tłoku we wspólnym tańcu. Spotkanie artystki z fanami nie na zasadach gwiazdy, lecz bycia jedną z nich, w tej chwili odrobinę wyżej. Obok Young M.A na scenie stoi kilkanaście innych osób, kobiet i mężczyzn. Wraz z nią rapują słowa piosenek, mocno gestykulując. Przez większość koncertu wcale nie gra się bitów, choć w pogotowiu są dwaj DJ-e. Po prostu nie ma takiej potrzeby: podkład zagłuszałby ludzkie głosy. Raperka nawija na sucho, a publiczność skanduje z nią w idealnym rytmie. Ludzie są tu dlatego, że wszystko znają na pamięć: jej żarty, jej powiedzonka, refreny. Tę liczną fanbazę budowała latami, zanim wydała pierwszy album, szlifując swój freestyle w warsztatową doskonałość. Wykonuje improwizację tak biegle, jakby mogła rapować bez końca na każdy temat, cytować wielu innych MC, żartować z nich po swojemu i bez wysiłku mnożyć świeże rymy. Lekkość i niefrasobliwość, z jaką podaje tekst, niedbale poruszając się z mikrofonem w dłoni, sprawiają wrażenie, jakby następczyni 50 Centa spędziła całe życie na scenie. Wydaje się głosem starszym, niż jest w rzeczywistości. Jej niski głos przypomina mi nieco Tracy Chapman z „Crossroads” czy Tanitę Tikaram z „Ancient Heart”, a nade wszystko Ninę Simon z „Wild is the Wind”.

FKA Twigs (Fot. Getty Images)

Slang, którym się posługuje, sprawia, że nie wszystko rozumiem, wiele sensów mi umyka. Nie przeszkadza mi to jednak odbierać tej spontanicznej energii oraz radości z bycia razem, jakiej stojący obok mnie ludzie ciągle dają wyrazy. Na przykład piszcząc, wołając uliczne odzywki, przyjmowane przez innych z entuzjazmem. Dopowiadają teksty, zanim raperka je skończy. Piją, palą blanty i balują, ciągle się przemieszczając. Dwie kobiety tuż obok mnie przez cały czas wykonują mocno erotyczny taniec, całkowicie niezależny od rytmu tego, co płynie ze sceny. W tłumie dominują fryzury afro, dredy, warkoczyki i doczepiane fluorescencyjne treski. 
Young M.A przez większość koncertu śmieje się szerokim błyskiem brylantowych grillsów, na jej szyi lśni ogromny medalion i drugi, znany z teledysków z wysadzaną kryształkami kartą do gry, z królem kier i damą karo jednocześnie. To znak jej fundacji KWEENZ pomagającej ludziom, którzy tragicznie stracili bliskich, tak jak jej matka, załamana po śmierci syna, którego zabito nożem na ulicy. Śpiewa o bólu, przemocy, rozczarowaniach. Wydaje się przy tym otwarta i wyluzowana. Co chwila zaczepia kobiety na widowni, każe nam olać chłopaków, z którymi tu jesteśmy, pozwolić się poderwać, bo będzie nam z nią lepiej niż z którymkolwiek z mężczyzn. Co ciekawe, ten prowokacyjny styl bycia, kpiący z facetów jak to robią samcy alfa, wcale nie irytuje kolesi na widowni, tylko bawi ich i rozbraja. Z Young M.A po prostu nie da się wejść w konfrontację. Gdy wykonuje swój słynny numer „OooUuu” o kobiecym orgazmie, który parę lat temu stał się viralem i zdobył potrójną platynę, każdy gość deklamuje refren tak samo jak każda ziomkini.
Cały czas na scenie leci zapętlone wideo z artystką klepiącą wielkie, gołe kobiece tyłki z ledwie niteczką bikini. Young M.A zaprasza więc na scenę widzki o najbardziej wydatnych kształtach i zaraz siedem z nich twerkuje jak szalone, jedne w opiętych, inne w luźnych dresach. To piękne patrzeć, jak śmieją się z siebie, a zarazem są tak dumne ze swych umiejętności. 

Zabawa jest rozkręcona na maksa. Mimo to Young M.A pozwala sobie szybko urywać utwory. Czasem nawet po jednej linijce, ku rozczarowaniu niektórych widzów. Rapuje, co chce i jak długo chce, jakby ten koncert nie miał żadnego planu, tylko zależał od energii, do której na poczekaniu dopasowuje potrzebne frazy i anegdoty. Ludzie wybaczą jej wszystko, bo czuć, że są jej wierni i znakomicie się bawią. Ani przez chwilę nie ma tu ciszy. Nie ma też ciemności, bo wszyscy non stop siebie oraz ją filmują. Pod koniec koncertu Young M.A każe wyciągnąć telefony wszystkim, nawet tym dotąd opieszałym, po czym włączyć latarki. Sprawdza skrupulatnie, w którym miejscu sali została jeszcze dziura bez światła. Chce widzieć jasną ścianę wokół siebie – jak niegdyś, gdy na koncertach rozlewało się morze płomieni zapalniczek. Przez chwilę jest tu tak samo jak dawno temu, tyle że zamiast żywych, ciepłych, drgających ogni są te jednostajne, chłodne i cyfrowe. Young M.A wskrzesza styl wokalizy i rapu sprzed dwóch dekad. Brzmi momentami jak 50 Cent, Jay-Z, Eve, The Roots.
Nowojorska tożsamość dominuje nad innymi wpływami, określa ją tak samo jak orientacja seksualna, której artystka poświęca większość swoich utworów. Nie tylko o seksie z kobietami, fascynacji nimi, ale też o problemach w związku i terapii, jaką przechodziła z poprzednią partnerką. Mimo tej otwartej seksualności od niedawna oznajmia, że nie chce być opatrzona metką raperki lesbijki, tylko chce być sobą, a że za żadne skarby nie umówiłaby się z facetem, to już jej sprawa.

Kobiecość u obu raperek to nic więcej jak ciągła niepewność. Pytanie samą siebie na okrągło: „czy czuję się kobietą, gdy coś robię w określony sposób?”, „czy coś sobie i innym udowadniam?”, „dlaczego w tej sytuacji jestem bardziej płcią, a w innej bardziej sobą?”.
Ten proces stawania się kobietą na chwilę i przestawania nią być, kiedy tylko to się znudzi, widać u FKA Twigs i Young M.A niemal gołym okiem. Drążą podziały na role płciowe, jednoznacznie utrwalone w hip-hopie. Nie tylko zmaskulinizowanym, ale w większości mizoginicznym, nawet jeśli to nieraz ironia. 
Rap od kilku lat przestaje być ostentacyjnie przywiązany do jednej płci, nie tylko za sprawą tych dwóch artystek. Również dzięki Princess Nokii, Nicki Minaj, Cardi B w głównych rolach pojawiają się wreszcie kobiety. Im nie wystarczą nabita broń, złoty ząb i tatuaże, żeby poczuć się pewnie w swojej płci. Sprawdzają, co ze zbioru „kobiecość” chcą sobie wziąć w danej chwili. Czy chłopy kiedyś pójdą za nimi? Ciekawie by było zobaczyć w raperach facetach nieco więcej miękkości, genderu i queeru. Mogą nawet przeklinać tak jak my i wcale nie całować rączek.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę