Znaleziono 0 artykułów
29.08.2020

Demontaż atrakcji: „Złotokap”

Kadr z filmu (fot. materiały prasowe)

„Złotokap” to film kuszący i drastyczny. Po reżyserze nie można się było zresztą spodziewać niczego innego – Ragnar Bragason to autor hardcorowego kina. Z tego na pozór sentymentalnego, pluszowego obrazu emanują groteska, rozpacz, zabójczy dowcip. I jasne przesłanie: albo pogodzimy się z tym, co obce, albo wyginiemy. 

Zaczęło się od tego, że ćma azjatycka zjadła bukszpan w ogrodzie mojego ojca. Nie pomogły chemiczne opryski ani czułe przemawianie do rośliny. Krzaki zdechły i nie było co włożyć do koszyka na święconkę, choć wcześniej ojciec obdzielał wszystkich gałązkami. Inwazja owada przypomniała tę, która wcześniej unicestwiła jesienne zabawy. Nie sposób przecież zbudować ludzika z kasztanów, odkąd grasuje robal zwany kasztaniaczkiem (a fachowo szrotówką). Także wiosenne igraszki zostały zniweczone. Bo jak liczyć kropki na czerwonych skrzydłach biedronek, skoro tamtych nie widać – strącamy tylko ich żółte podróbki, które podle gryzą.

Obce owady psują nasze życie. Przeczuwaliśmy to wcześniej, ale szalę przeważyła ćma. Zamiast krągłych zielonych listków mieliśmy teraz suchy krzak oblepiony pajęczyną. Szukaliśmy informacji o tym, skąd w pięknej, spokojnej, ojczystej przyrodzie zjawiła się taka podłość. Okazało się, że z transportu owoców, sadzonek kwiatów albo drzew ozdobnych oraz że przemycamy jaja sami nieświadomie, wracając z podróży. Jeden taki przybył nawet z Indii pod skórą mojego brata – zauważył go, gdy grudka na jego brzuchu zaczęła się ruszać. Ble! Na szczęście wyciągnięto ją, zanim robak zdążył się namnożyć. Niemniej, gatunki migrują tymi samymi drogami, co ludzie.

Margrét Helga jako Gerður ( fot. materiały prasowe)

Tradycyjnie inwazjom pasożytów przypisuje się polityczne znaczenia, jak to, które według propagandy kazało Amerykanom zrzucać stonkę ziemniaczaną, żeby pogrążyć w głodzie kraje bloku wschodniego. Dlatego też należało zbierać stonkę w czynie społecznym, aby w ten sposób zwalczyć wrogie imperium. Obecnie liczymy na zimowe wymrożenie gatunków, które przybyły do nas z niebezpiecznej Azji. Co jest o tyle wątpliwe, że stoi w kolizji z globalnym ociepleniem. Sytuacja na grządce oddaje więc napięcie na arenie międzynarodowej. Napływ ćmy czy fachowo mówiąc przezierka bukszpanowego – który zeżarł mirt, nie tylko w ogrodzie mojego ojca, ale niemal w całej Europie, w tym w historycznych ogrodach zamków nad Loarą – zwykło się wiązać z olimpiadą w Soczi. To tam zawitał Cydalima perspectalis, by spustoszyć kaukaskie wybrzeże oraz przedostać się dalej na Zachód. Biedronkę azjatycką sprowadziliśmy sami, żeby zjadała mszyce z upraw, ale przy okazji pozjadała też larwy naszych biedronek. Owady napływają nieprzerwanie. Zamiast tramwajarza mamy teraz skupieńca, mniejszego, bledszego, który zaczął oblepiać lipy. Jest też modliszka Mantis religiosa i czarna pszczoła Xylocopa violacea. Niektórzy mówią, że przybył też komar tygrysi i grozi nam malaria. To raczej bajki, ale faktem jest, że powiększa się lista chorób, które wywołują panikę: obok boreliozy od kleszczy i bąblowca na jagodach pojawiają się nowe, których robale są posłańcami. I owszem, zwiększa się nasza świadomość, ale łączenie schorzeń z „elementem napływowym” przypomina wmawianie wszawicy Żydom. Spiskowe teorie upraszczają świat, który jest nieco bardziej skomplikowany, niż chcemy. A zjedzony bukszpan pokazuje skalę globalizacji i nieustannej wymiany nawet na mikropoziomie. Inwazja gatunków trwa i żadne zamknięcie granic jej nie powstrzyma.

Hallgrimur Ólafs jako Unnar (fot. materiały prasowe)

Od tej opinii jak najdalsza jest Indiana, bohaterka polsko-islandzkiego filmu „Złotokap”. Słodko chrapie, gdy wnet cicha muzyka wybija ją z drzemki i starsza, z pozoru dobrotliwa pani zaczyna się wydzierać: „Przestań, kurwa, rzępolić!”. Wali laską w sufit, choć dobrze wie, że piętro wyżej popołudniami ćwiczy na instrumencie uzdolnione dziecko. Nic ją to nie obchodzi. Tak samo jak to, że dziewczynka ma wietnamskie, a nie chińskie korzenie i ma tutejsze obywatelstwo, bo urodziła się na Islandii, tak samo jak Indiana. Dla bohaterki filmu świat jest prosty jak budowa cepa: sąsiedzi o innym kolorze skóry to wszystko żółci, których żarcie capi na klatce i nic więcej. Wydaje jej się, że sama poznała świat na tyle, ile trzeba, czyli jeżdżąc rokrocznie na urlop do tego samego hotelu w „Costa del” i nosząc darmową koszulkę z palmami. Indiana sama jest pasożytem, choć posądza o to imigrantów – od lat wykorzystuje system opieki społecznej i żyje z zasiłków, symulując choroby własne i syna. Jest sobkiem, lejącym z góry na dół na lokalną społeczność. Udaje, że źle się czuje, żeby wyręczała ją sąsiadka i rozkręca rury, żeby wezwać do pomocy syna, za którym Indiana tęskni, choć nie chce się przyznać. Jej dbałość o otoczenie ogranicza się do hodowli drzewka, które pozwoli jej wygrać konkurs na najładniejszy balkon w Breiðholt. I rzeczywiście, udaje jej się stworzyć coś pięknego. Niestety, okazuje się, że musi to usunąć, gdyż złotokap nie występował na Islandii przed 1900 r., a władze systemowo nacjonalizują florę. Trudno jej nie współczuć. Jak wielką stratą musi być zniszczenie dzieła życia, które rzuca blask na całe jej mieszkanie, mogę sobie tylko wyobrazić. Podobną stratę przeżyłam, gdy policja kazała mi wymontować xenony z Golfa. Błękitna poświata zniknęła z mojego samochodu. Nie straciłam wprawdzie sensu życia, ale jazda straciła blask. Do dziś nie pojmuję, co komu szkodziłam. Tak samo pewnie myśli Indiana: co za różnica, czy złotokap pojawił się na tych ziemiach 120 czy 115 lat temu? Każdy ma swoje drzewko szczęścia, podcinane korzenie bolą.

Rósa Lý jako Chi (fot. materiały prasowe)

Prócz drzewka bohaterka ma również wychuchanego syna. Wybiera mu ości z ryby, nazywa szczeniaczkiem, daje kieszonkowe. Wmawiała mu też od dziecka różne choroby: ADHD, astmę, łuszczycę, uczulenie na zimno, byle tylko uzależnić go od siebie. Dopiero gdy Unnar dobija czterdziestki, zaczyna zastanawiać się, czy to aby prawda. W końcu jest ratownikiem, potrafi wyciągnąć kogoś, kto spadł z lodowca. Jednak te fakty to wciąż za mało, aby oderwał się od matki. Potrzebna jest jego miłość do innej osoby, składnik niezbędny do zerwania pępowiny i odsadzenia w dal nadopiekuńczej matki. Tu zjawia się Daniela i od razu – niby przypadkiem – siada na jej miejscu. Mówi, że Unnar jest w awangardzie, a Indiana nawet nie zna tego słowa, nie rozumie, że syn dotąd dreptał na szarym końcu, a teraz chce iść na przedzie. Nie chce być wiecznym wcześniakiem, urodzonym rencistą. Gdy leci mu krew z nosa, Indiana odgania Danielę, choć tamta jest pielęgniarką i sama „ratuje” syna. Jednak na dłuższą metę ta misja jest już niemożliwa. Konflikt bohaterki ze światem narasta w tempie atomowym. Indiana szaleje z wściekłości. Wciąż narzeka, że jest jej gorąco – czy to nadmiar uczuć czy menopauza, nie wiadomo. Wszystko zaczyna iść źle, syn nie jest już taki, jak dawniej, i wszystkiemu jest winna Daniela. Obca w rodzinie i w społeczeństwie musi być źródłem nieszczęścia.

Karolina Gruszka jako Daniela /(fot. materiały prasowe)

Napięcie między matką mężczyzny a synową to stały motyw, znany z wielu książek, filmów. Bo matka traktuje go jak własnego partnera, wydaje jej się, że zna go najlepiej i przyznaje sobie prawo, aby nim dysponować. „Ona cię tak nastawiła. Kopie dołki pod naszym związkiem!” – wyrzuca matka synowi w „Złotokapie”. Specjalnie przekręca imię dziewczyny, poprawia jej błędy w islandzkim. Jak w wielu filmach, tu też najbardziej nerwowym momentem są Święta, na które matka liczy, że odbędą się tak jak zwykle. Straszno-śmieszne walki synowej z teściową w komediach romantycznych, owszem, rozładowują atmosferę i materializują to, co wiele z nas miałoby nieraz ochotę zrobić, nokautując matki naszych partnerów raz na zawsze, ale równocześnie czynią z faceta trofeum, które jedna kobieta musi przejąć od drugiej. Daniela nie wchodzi w tę rolę, stawia Unnarowi wyższe wymagania. Każe mu wybrać i tu zaczynają się schody. Czy delikacik ma na tyle odwagi, by postawić na swoim?

Istnieje obiegowe przekonanie, że jeśli czule rozmawiać z rośliną, okazywać jej miłość i troskę, to wspaniale się rozwija. Indiana też twierdzi, że „ludzie źle nastawieni do życia nigdy niczego nie wyhodują”. Jakim cudem więc ktoś taki jak ona, wypielęgnował wspaniałe drzewo i wychował wrażliwego człowieka? To zwykle argument ludzi „kochających za bardzo”. Skoro są tacy źli, skąd wzięły się ich piękne dzieła. Nie rozumieją, że trzeba je puścić, by takimi pozostały. Znam wiele historii, jak choćby ta o rodzinie, która zerwała kontakty z dorosłym synem, bo wstrzymał kolację wigilijną, by żona nakarmiła piersią dziecko. Gniewać się można z każdego powodu. Indiana wybiera niechęć, nieufność, a wreszcie wstręt do całego świata. Daniela stanowi tylko jego element. Starsi ludzie bywają nietolerancyjni, bo boją się zmian, chorób, nędzy i samotności, dlatego próbują chronić przeszłość własnym ciałem. Widzą w niej tylko blask, zapominając własne zmęczenie, błędy, które popełniali i smród nawozu, którym podlewali drzewo, by wyrosło.  

Sigrun Edda i Halldora ( fot. materiały prasowe)

„Złotokap” to film kuszący i drastyczny. Po kimś, kto wystrzelił taką serię z karabinu: „Rodzice”, „Dzieci”, „Więźniowie” i „Metalhead” nie można się było zresztą spodziewać niczego innego. Nawet gdyby ten film wyglądał na balladę o zachodzie słońca, nie dajcie się zwieść – Ragnar Bragason to autor hardcorowego kina. Groteska, rozpacz, zabójczy dowcip emanują z tego, na pozór sentymentalnego, pluszowego obrazu. Nie da się rozsiąść tu jak w wygodnym fotelu, sącząc herbatkę z ulubionego kubka. Bragason szybko sprawi, że widz zsunie się na poręcz, będzie szczękać zębami i obleje sobie kolana wrzątkiem. Znakomicie przygotował scenariusz „Złotokapu”, który wcześniej wyreżyserował jako sztukę w teatrze i dostał wiele nagród – jest tu zarówno szermierka dialogów, solowe popisy aktorskie, jak i jasność, że mowa o szerszym zjawisku. Wspaniale obsadził zespół. Wiecznie zirytowaną Indianę gra Sigrun Edda Bjornsdottir, aktorka znana z poprzednich filmów reżysera, używająca dużej skali emocji. Magicznie przemienia się z bezbronnej staruszki w uwodzicielkę, z furii głęboko zapada się w sobie. Jej przeciwieństwem jest postać szczerej i otwartej Johanny (Halldóra Geirharðsdóttir), która lgnie do życia w ogóle. Próbuje kochać przybyszy z różnych krajów, sąsiadów, a także pewnego marynarza. Wszystkim pomaga, ale i lekceważy własne ciało. Jej wątek w fabule nie znajduje spełnienia – to bodaj jedyna krytyczna uwaga, jaką mam na temat tego filmu. Wspaniała jest Karolina Gruszka w roli Danieli. Pięknie przekręca słowa, jak domyślam się z polskich napisów. Manipuluje ciepłem, jakby przykręcała kurek gazu – raz pali namiętnością, raz robi się blada, niemal bez kontaktu. W mgnieniu oka wypełnia sobą całą przestrzeń. A mimo to jej Daniela wciąż jest czuła i obecna, więc Unnar (Hallgrimur Olafsson) lgnie do niej zachwycony. W epizodzie „Złotokapu” gra też Jón Gnarr – znany aktor, komik i polityk, który był burmistrzem Reykjaviku. Gra dosyć groteskowo, co zresztą można też powiedzieć i o reszcie obsady. W sumie tworzą galerię typów charakterystycznych, ale momentami tak trafionych, jakby ich figury głęboko wyrastały z życia.

Sigrun Edda jako Indiana (fot. materiały prasowe)

Powody, dla których Indiana jest tak toksyczną osobą, są złożone, ale w pewnym momencie dowiadujemy się, że bohaterka sama nie tylko nie była kochana, ale wychowywała się jako dziecko alkoholika. Czy to wystarczy za tłumaczenie jej zachowania i nie daje jej możliwości rozwoju? Bycie ofiarą wyklucza bycie sprawcą? Złotokap jest rośliną trującą. Szczególnie niebezpieczne są nasiona, więc lepiej, by rósł z dala od dzieci, psów i wszelkich zgromadzeń. To roślina samotna, nieznosząca konkurencji, dlatego najlepiej sprawdza się całkiem osobno. Indiana jest tak samo jak on niedostosowana do funkcjonowania wśród ludzi, a całkowicie od nich uzależniona. Chciała posadzić coś ładnego, uczynić otoczenie bardziej przyjaznym, a tylko je zatruła. Tak samo, jak przesadzenie drzewa w starszym wieku jest niemożliwe. Pyłek złotokapu jest też tak trujący, że zabija pszczoły. Film konstruuje fantazję o tym, że zło chciałoby się zniszczyć, ale to niemożliwe. Bragason stawia sprawę jasno: albo pogodzimy się z tym, co obce, pamiętając, by dbać o siebie, albo wyginiemy jako gatunek. Nie jest to kwestia polityki, lecz przetrwania.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę