Znaleziono 0 artykułów
02.11.2019

Demontaż atrakcji: Zniewolona Ukraina

Jesienna ramowka TVP (fot. Jan Bielecki/East News)

Skoro wiadomo już, że powstaną kolejne dwa sezony „Zniewolonej” w ukraińsko-polskiej koprodukcji, może warto dać Katii jakiś cel? Aktorka Katerina Kovalchyk, mając tak szeroką widownię, miałaby szansę obalić polskie folwarki, w których setki Ukraińców pracują na czarno, często poniżej stawek i w nieludzkich warunkach. Mogłaby to zmienić, gdyby tylko chciała.

Ukrainiec znaleziony w lesie. Ukrainka na przystanku. Chciałoby się, by ktoś zdążył im z pomocą. Uratował w porę jak zakopaną żywcem Katierinę w serialu „Zniewolona”. Ta jakoś cało zawsze wychodzi z opresji, gdy ją biczują, przykuwają łańcuchem, zmuszają do pracy w burdelu albo oddają we władzę brutalnej sekcie. Uświęcona postać z telewizyjnych ekranów tuż po sukcesie, jaki jej produkcja odniosła w Telewizji Polskiej, przybyła do nas wiwatowana bardziej niż papież, który przecież jest tylko marną wersją „naszego” giganta. Teraz nie on, tylko Katia jest „nasza”: mądra, piękna, pobożna i nieustannie dobra, mimo że zniosła niewyobrażalną liczbę aktów gwałtu, okrucieństwa i zawiści. Czyli jest taka jak my, Polacy – całkiem pozbawiona wad. Dlatego tak ją lubimy. 

Powitane Kateriny Kovalchyk na lotnisku w Warszawie (Fot. Krystian Dobuszyński / Polska Press)

A ponieważ dwumilionowa widownia głośno domaga się kontynuacji tej, moim zdaniem całkiem udanej opery mydlanej, mam pewną sugestię. Skoro wiadomo już, że powstaną kolejne dwa sezony „Zniewolonej” w ukraińsko-polskiej koprodukcji, może tym razem wykorzystać wspaniałą, nieszczęśliwą Kitty, w której jakimś cudem kochają się wszystkie męskie postacie świata przedstawionego tego serialu i dać jej jakiś cel? Poważniejszy niż związek z Kosaczem, ucieczka przed Grigorijem czy ślub z Żadanem. Skoro zawróciła w głowie tylu polskim widzom i widzkom, może warto uczynić ją zarzewiem buntu na naszym rynku pracy? Aktorka Katerina Kovalchyk w serialowej roli mogłaby być ukraińską Marianną. Założyć frygijską czapkę, wziąć flagę w dłoń i powieść lud na barykady. Mając tak szeroką widownię, miałaby szansę obalić polskie folwarki, w których setki Ukraińców pracują na czarno, często poniżej stawek i w nieludzkich warunkach. Mogłaby to zmienić, gdyby tylko chciała. I gdyby udało się wpleść taką możliwość w logikę historycznej superprodukcji. A przyznajmy, jest to logika nie lada, w której bezgraniczne napawanie się przemocą łączy się niczym w alchemicznym wzorze z pozostaniem nieskalaną/nieskalanym. Widz może unurzać się we krwi, a zarazem poczuć się czyściutki jak zdjęte ze sznura prześcieradło. Dzięki temu Katia, symbol kobiety pięknej, niewinnej i nieskończenie szlachetnej, jest zdolna do rzeczy niemożliwej. Do tego, by z anteny telewizji publicznej zachęcić nasz naród do rezygnacji z przewagi, wyższości, dominacji nad cudzoziemcami, a zwłaszcza mniejszością ukraińską w Polsce, liczącą dziś około 1,2 mln osób w ciągłym ruchu tam i z powrotem. Sprawić, by nie znajdowano już więcej Ukraińców porzuconych przez pracodawców w bagażniku auta.

„Zniewolona” przerażała mnie, przyznam. Uprzedzona do niej byłam przed seansem. Zniechęcona opiniami, które porównywały ją do „Niewolnicy Isaury”, co zresztą okazało się nieprawdą, bo oprócz miłosnego i niewolniczego wątku tytułów tych nie łączy zbyt wiele. Przede wszystkim ten nowy wcale nie jest takim snujem. Skonsternowana byłam. Zaniepokojona, że nie ogląda tego nawet moja babcia, ewidentnie uzależniona od „Mody na sukces”, potem fanka „Wspaniałego stulecia”. Nie miałam najmniejszej ochoty na podobne, miażdżąco głupie i przewidywalne doświadczenie. 
Jednak gdy wciągnęłam się w telenowelę, relacjonując drogiej babci dramatyczny przebieg kolejnych odcinków, ta sama zaczęła żałować, że odpuszczała sobie krwawe przyjemności na rzecz różańca emitowanego o tej porze przez konkurencyjną stację radiową (co za niefart i niedopatrzenie Telewizji Polskiej!). Zachwycona zaczęłam być. Zaskoczona, że tak dobrze się to ogląda. Pomiędzy wspomnianymi wyżej hitami zachodzą wprawdzie pewne podobieństwa, na przykład to, że losem kobiety jest niewyobrażalne cierpienie, którego sprawcami są sadystyczni mężczyźni, albo też jedna, jedyna w całej opowieści zimna, wredna, zazdrosna okrutnica, istna Królowa Śniegu – tu Lidia Szefer, mściwa rzeźniczka – której brutalność i wyrachowanie zawsze daleko przewyższają zło płynące od mężczyzn. 

Jednak fakt, iż nie podzielam takiego obrazu życia, w którym jesteśmy nieustannymi ofiarami: wychowania, systemu, rodziców, szkół czy stereotypowych ról płciowych, jednocześnie wcale nie przeszkodził mi czerpać radości z seansu. Zdecydowanie najwięcej miałam jej na poziomie inscenizacji. „Zniewolona” to bowiem serial, do którego jak żadne inne pasuje słówko „epicki”, jakże nadużywane w zupełnie nietrafionych sytuacjach, gdy wyciągamy je z kabury, zamiast powiedzieć, że coś jest wysokobudżetowe, kipiące od efektów specjalnych, patetyczne, wzniosłe albo rokokowe. „Zniewolona” pasuje do wszystkich tych określeń. Tak samo jak do sytuacji, gdy „epicki” wymsknie nam się jako epitet, gdy coś jest totalne, wielkie lub też ostateczne. Panorama wschodniej Ukrainy w połowie XIX wieku ukazana z perspektywy chłopki pańszczyźnianej, rozdartej pomiędzy klasami, skrzywdzonej i poniżonej do imentu – zaprawdę zasługuje na to, by nazwać ją epicką. Nieszczęsna „Korona królów” zrobiona z kartonów po mleku, puszek po piwie i resztek pazłotka mogłaby jej co najwyżej buty czyścić.

(Fot.materiały promocyjne)

Natomiast w 48 godzin, ile zajmuje obejrzenie całości, można wyczyścić nie tylko mieszkanie, ale i posprzątać jego złogi. Binge-watching „Zniewolonej” przyda się każdemu zapuszczonemu gospodarstwu. Pod warunkiem że nie ogarniają go akurat Ukrainki. Bo – zasięgnęłam języka – serial, który podbił serca Polaków, wśród „naszych” sprzątaczek i opiekunek wcale nie jest aż tak popularny. Nie dlatego, że grany jest po rosyjsku i w głównych rolach występują rosyjscy aktorzy. Bardziej z tej przyczyny, że w trakcie prac domowych trudno się skupić, a w przerwie lepiej przejrzeć wiadomości albo zadzwonić na Ukrainę, by poczuć się trochę u siebie. Na przerwy zresztą nie ma czasu. Przecież trzeba pracować po kilkanaście godzin dziennie, żeby Państwo byli zadowoleni. Skoro jedna praca nie wystarcza, wziąć drugą, a trzecią zrobić za darmo z sympatii. Nie słyszałam jeszcze, aby ktoś z pracodawców publicznie chwalił swoich podwładnych z Ukrainy. Zazwyczaj narzekają na to, że źle po polsku zrozumieli, że ten się spóźnił, wyjechał na prawosławne święta albo, co gorsza, potwierdził narodowościowy stereotyp i okrutnie się upił. Co nam oczywiście się nie zdarza, chyba że Polakowi urodzi się syn, prawowity następca znakomitego, rdzennego rodu. Chyba że reprezentacja wygra. Albo chociaż Legia lub Wisła.
Że Ukraińców jest w Polsce za dużo, słychać nieraz w Uberze, sklepie czy u fryzjera, gdy polscy pracownicy narzekają, że tania siła robocza ich wypiera. Że Ukraińców jest w Polsce za mało, słychać u przedsiębiorców, którzy szukają pracowników remontowych, którzy mogliby szybciej niż za pół roku coś pomalować, wymurować albo wymienić rurę. Że Ukraińcy w pracy są przyjaźni, serdeczni i pomocni, słychać u klientów, którzy lubią korzystać z uprzejmej obsługi i mają dość warczących osób zawsze w złym humorze. Że Ukraińcy średnio integrują się z Polakami i raczej trzymają ze sobą, widzę na uczelniach, gdzie od kilku lat studenci ze Wschodu mówią po angielsku dużo lepiej niż tutejsi i piszą zaliczenia na tematy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Gdy pytam ich o „Zniewoloną”, uśmiechają się do mnie wyrozumiale, acz z zażenowaniem.

Gdzie w Polsce widać Ukrainę? Można ją dostrzec z bliska w świetnym „Hamlecie” w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie tytułową rolę gra znakomity ukraiński aktor Roman Lutskyi, znany z seriali i filmu o Tarasie Szewczence, który dotąd w Polsce wcielił się tylko w kelnera w serialu „Szóstka” w TVN-ie. Oglądać go na teatralnej scenie wraz z zespołem mówiącym po ukraińsku, polsku i rosyjsku, jest hipnotycznym doświadczeniem, dlatego że spektakl toczy się w dawnej rzeźni wyłożonej orientalnymi dywanami, w kilku miejscach naraz, a tekst leci na słuchawkach, w których przełącza się kanały jak na silent disco. Dawno nic mnie tak nie wzruszyło w polskim teatrze jak ta sytuacja: swobody odbioru i interpretacji, zapętlenia i płynności świata, po którym poruszałam się jakby po żywej grze komputerowej. Po co konstruować VR-y i inne symulacje rzeczywistości, skoro są one dostępne na żywo w tak znakomitym wykonaniu? Ale krytycy wytknęli reżyserce Mai Kleczewskiej instrumentalne wykorzystanie aktorów. Ukraińców, ale też Hindusów i czarnych. Egzotyzację cudzoziemców w Teatrze Polskim. A tymczasem właśnie ich obecność, języki oraz sposób, w jaki ogrywali stereotypy na własny temat, dały mi nadzieję, że coś się zmienia, że ktoś widzi tych ludzi, zaczyna włączać w nasze uporczywie monokulturowe sceny. Oczywiście robiąc to w sposób niejednoznaczny. Bo każdy musi sam wziąć za siebie odpowiedzialność. Czego nie lubimy, woląc, aby ktoś nas usadził i zaprezentował nam wszystkie dostępne sensy. Łatwiej nam wytknąć przedmiotowe traktowanie w teatrze, gdzie imigranci są absolutną rzadkością, niż wszędzie, gdzie jest ich wielu i łatwiej udawać, że są przezroczyści?

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wingardium leviosa! 😂 @emmawatson

Post udostępniony przez Katerina Kovalchyk (@katerinakovalchyk)

Uderza mnie w pierwszym sezonie „Zniewolonej”, jak brutalność zgrabnie łączy się z kulturą wysoką. Zwłaszcza w scenach, gdy matka chrzestna Katii Anna Czerwińska (Julija Aug) zraniona faktem, że jej mąż regularnie gwałci służące, prosi chrześnicę, aby w trakcie głośnych stosunków czytała jej na głos książkę, by zagłuszyć przykre odgłosy. Do lektury służą klasyczne dzieła: „Rusłan i Ludmiła” Puszkina – poemat o dzielnym rycerzu, który ratuje dziewczynę, oraz „Wieczory na chutorze” Gogola – żywe opowiastki inspirowane ukraińskim folklorem. Te zdania mają odsyłać do innych prawd niż te, które rozlegały się za drzwiami. Wytyczać horyzont daleko za dworkiem w Nieżynie. Tyle że sztuka zawiera w języku symboli to, co dzieje się tuż obok.

Dowodem na to jest „Obywatel Jones”, film Agnieszki Holland o Wielkim Głodzie na Ukrainie. Oglądamy go oczyma młodego brytyjskiego reportera, który wymyka się z Moskwy, by sprawdzić, skąd Stalin bierze fundusze na astronomiczny wzrost gospodarczy. Przy okazji chce znaleźć dom, w którym żyła niegdyś jego matka, ucząc ziemiańskie dzieci angielskiego. Jednak to, co napotyka w drodze, przechodzi ludzkie pojęcie tragedii i nie pozwala nacisnąć spustu migawki, by zrobić reporterskie zdjęcie. Zwłoki wrzucane na taczkę zostawiają przywarte do niego wciąż płaczące niemowlę. Zagłodzone dzieci zjadają posiłek z zamarzniętego brata. Potworności, jakie widzi na Ukrainie, sprawiają, że dziennikarz ogłasza prawdę o reżimie Stalina mimo kosztów. Fakty łączą się z pisanym w Londynie „Folwarkiem zwierzęcym” Orwella. 
Takie są też ambicje tego filmu, aby stać się współczesnym sumieniem. Zwrócić uwagę na wojnę, która wciąż się toczy na Ukrainie, choć Europa po Majdanie nie chce już o tym słyszeć i próbuje oswoić, a najlepiej po prostu zapomnieć. Tyle różnych wcieleń ma w kulturze nasz najbliższy sąsiad, o którego kraju i warunkach życia nie myślimy, choć spotykamy już teraz codziennie. 

I co na to Katia? Czy ulubienica Polaków będzie chciała stanąć po stronie Ukrainy? Widzę ją – słodką, piegowatą, filigranową jako Łesię Ukrainkę, kobietę, jaką widać na banknocie o nominale dwieście hrywien. Ubraną w ludowy strój i zaczesaną do tyłu, niemizdrzącą się, niemodlącą, nieomdlewającą. Lecz skupioną, ze spojrzeniem utkwionym daleko przed sobą. Bohaterka z banknotu tak samo jak postać Wierbickiej była wszechstronnie wykształcona. Tak samo jak ona stała po stronie ludu, pracowników, przeciwko wyzyskiwaczom. Uwierzyła w cel większy niż zdobycie mężczyzny, zostając pisarką. Mając prawie tyle cnót, co Katia, głosiła solidarność klas i zniesienie hierarchii. Spróbujmy więc wyobrazić sobie „Zniewoloną”, która jest w stanie coś zmienić. Która przysłuży się Ukrainie i mówiąc o niewolnictwie w XIX wieku, wysadzi jego dzisiejsze formy. Rewolucja w ramach mydlanej opery? Czemu nie? Nie takie rzeczy w tym serialu okazały się przecież możliwe.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę