Znaleziono 0 artykułów
13.05.2019

Destynacja: dno

Tara Fitzgerald w spektaklu "Shipwreck"( Fot. Marc Brenner)

Najpierw pokazała w teatrze kreskówkę, następnie serial SF, a teraz Donalda Trumpa. Krytycy próbują ustalić, czy Anne Washburn jest nadzieją, czy koniem trojańskim dramaturgii. 

Są jeszcze takie miejsca na świecie, gdzie komórki nie łapią zasięgu, a internet strajkuje. Ludzie, którzy trafiają tam pod pretekstem umacniania przyjaźni, teoretycznie powinni się cieszyć: są skazani na samych siebie, wreszcie mogą porozmawiać o sprawach naprawdę ważnych. Ale niech no tylko zajdzie słońce i wysiądzie prąd – z każdego kąta wychodzą wtedy demony, a z człowieka – zwierz. W grupie dobrze odżywionych, wykształconych na uniwersytetach i raczej dopieszczonych przez życie białych reprezentantów wyższej klasy średniej USA zaplątała się czarna owca vel świnia – ktoś, kto głosował na Trumpa. Wystawiany w Teatrze Almeida w Londynie „Shipwreck” stawia sobie i widzom dwa drażniące pytania: jak to możliwe, że jeden z nas, zdrowy na ciele i umyśle, wyciął taki numer reszcie świata, oraz ile jeszcze takich osób nie przyznaje się do zbrodni? Brzmi znajomo? Powinno – problem z Trumpem, tym oryginalnym oraz jego podróbkami, mamy teraz wszyscy.

Khalid Abdalla w spektaklu "Shipwreck"( Fot. Marc Brenner)

„Shipwreck” to trzeci głośny spektakl Anne Washburn, Amerykanki, która „wybrała wolność” i wyemigrowała do Londynu. Większość krytyków uważa, że jest gwiazdą jutra, pozostali, że coś tam umie już teraz, ma talent, ale jeszcze nie wszystko jej wychodzi. Na przykład „Mr. Burns” z 2012 roku w 80 procentach był porażką. Recenzent branżowego magazynu „The Stage” napisał, że jeżeli tak ma wyglądać teraz teatr, to on dziękuje, woli eutanazję, ten spektakl jest jakiś taki popaprany, psychodeliczny, wierci dziurę w więcej niż jednym organie wewnętrznym widza. „Mr. Burns” przedstawia świat po apokalipsie, gdy nieliczni ocalali przedstawiciele gatunku homo sapiens próbują odtworzyć największe osiągnięcia cywilizacji. Z colą light im nie wychodzi, zbyt skomplikowana receptura, zabierają się zatem za kulturę. Z całego dorobku ludzkości najlepiej pamiętają kreskówkę, serial o rodzinie Simpsonów, rekonstruują scenariusz, wchodzą w role, klecą nowy dramat narodowy. „New York Times” napisał, że to jedno z 25 najważniejszych dzieł scenicznych nowej ery, co przekłada się na 20 procent wyrwanych wspomnianej wcześniej porażce.

Z „The Twilight Zone” w 2017 roku poszło znacznie lepiej, spektakl od razu polubiły i prasa, i publiczność, wystawiany jest właśnie na londyńskim West Endzie, co znaczy, że przemawia do mas i będą z niego pieniądze. Autorkę znów zainspirowała telewizja, amerykański serial SF – uczciwie obejrzała 156 odcinków, pocięła je i zmontowała po swojemu i voilà, oto portret zbiorowy ofiar popkultury. „Shipwreck” udaje, że telewizji zawdzięcza najmniej, ale Jamesa Grahama, nadziei brytyjskiej dramaturgii, nie oszukał. „Bohaterem spektaklu jest fikcyjna postać, jaką wykreował w telewizji Donald Trump” – mówi Graham. „Ta fikcyjna postać jest aktualnie prezydentem USA”.

Spektakl "Twillight Zone" (2017r.) (Fot. Johan Persson)
Spektakl "Twillight Zone" (Fot. Lauren O'Neil)

Scena w „Shipwreck” jest jednocześnie stołem, salonem, gabinetem i dziedzińcem wiejskiej posiadłości, po bokach wyświetlane są obrazy jak z zepsutego peceta, pod koniec pierwszego aktu i w połowie drugiego dźwięk wchodzi w najwyższy zakres. To nie są pomysły Washburn, tylko reżysera, Ruperta Goolda, który właśnie tak zinterpretował didaskalia w rodzaju: „Dzieje się coś dziwnego” albo „Scena nie powinna wypaść zbyt realistycznie” albo „To niby nieistotne, ale coś mi mówi, że on kłamie”.

Spektakl "Shipwrecl" (Fot. Marc Brenner)

W artykule tłumaczącym, co nowego wnosi do teatru Washburn, reżyserka Caitlin McLeod pisze, że zasadniczo mamy dwa skrajne typy dramaturgów: upierdliwych jak Czechow czy Bernard Shaw (dyktują, jak ustawić aktorów, co wsadzić im do ręki) oraz wyluzowanych w stylu Caryl Churchill (ona nawet dialogu nie rozpisuje na role, to, czy w scenie biorą udział dwie czy siedem osób, ma wyjść samo z siebie lub od reżysera). W tym dwubiegunowym układzie Washburn działa gdzieś z boku, więcej sugeruje niż wymaga, pozwala wszystkim się wykazać, teatr to praca zespołowa. Jeżeli chodzi o scenografię, najbardziej podobają jej się puste przestrzenie, z rekwizytów lubi te, które ledwo widać. Bo jak człowiek jest na scenie sam, łatwiej nam skupić się na jego słowach.

Obsada spektaklu "Shipwreck" ( Fot. Marc Brenner)

Tego spektaklu miało nie być, „Shipwreck” napisał się sam, w każdym razie wbrew intencjom autorki, gdy akurat zrobiła sobie wolne. Na dwa tygodnie wyjechała tam, gdzie nie ma żadnych mediów, potrzebowała ciszy, zbyt wiele działo się w jej głowie. Myślała o rychłym końcu świata, zanim do niego dojdzie, chciała poznać przyczyny porażki – czyja to wina, że demokracja dała ciała, komu najbardziej namieszały w głowach internet i telewizja? Takie pytania generują setki sugestii i hipotez, za dużo dla jednego człowieka. Żeby zapanować nad głosami w głowie, Washburn zaczęła ciekawsze myśli zapisywać, po mniej więcej dwóch tygodniach zorientowała się, że może być z tego sztuka. Prawdopodobnie pierwsza w historii, której autorka marzy, by szybko zeszła za afisza, natychmiast się zdezaktualizowała.

„The Twilight Zone”, Almeida West End, The Ambassadors Theatre, Londyn, www.almeida.co.uk

 

Piotr Zachara
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę